14.04.2024, 19:49 ✶
Normalnie współpracowały inaczej. Nora ogarniała rekonesans, żeby potem Miles wiedziała gdzie jebnąć i jak mocno. Panny miały ze sobą najlepszy kontakt po udanych akcjach, gdzie Moody wyciągała młodą matkę (ja pierdole cały czas zapominam, że Ty masz dzieciaka, kurwa, nie potrafiłabym jak Ty tego ogarnąć, jesteś zajebista!) na alkoholizowane wieczorki taneczno-plotkarsko-tarotowe. Nawet nie proponowała siebie w roli ewentualnej opiekunki do Mabel, obie były co do tego bardzo zgodne. Ale zawsze ich czas był swoistą odskocznią (dla Nory) i przyjemnym uziemieniem (dla Miles). No i Nora zawsze ogarniała coś dobrego do kawy. Jak tu jej nie kochać? Jej pączki były zdecydowanie bardziej miękkie niż te, którymi raczyła się w Bucky's Buns.
Teraz jednak sytuacja była inna. Chociaż Moody była przytomna prawie od trzech miesięcy, to wszyscy najbliżsi wiedzieli, że nie jest aż tak dobrze, jak próbowała wszystkim wmówić. I nie chodziło tylko o fakt, że nie mogła pić z powodu stale przyjmowanych leków stabilizujących nastrój.
Mildred prawie w ogóle się nie odzywała.
Jej złociste oczy przypatrywały się wszystkiemu, jakby była posępnym krukiem wypatrującym padliny. Uśmiech na jej pochudlej, bladej twarzy pojawiał się tylko i wyłącznie w towarzystwie Alastora, jej podkulone ramiona i wycofana postawa mogły ranić bardziej przyjaciół niż leżące w Lecznicy Dusz warzywo. Pozostawała nadzieja. Lekarze mówili: "Zaufajcie procesowi, to trochę potrwa, dojdzie do siebie".
Może to nie było najmądrzejsze brać ją na misje, ale po Windermere Miles bardzo jednoznacznie poprosiła, aby nie traktować jej jak kaleki. Może nie wróciła jeszcze na służbę, ale nie zamierzała grzać ławki rezerwowej. Stara, dobra Miles, weszłaby na miotłę ze złamaną nogą, ba! mogłaby mieć obie ręce złamane, a znicz przyniosłaby teamowi w zębach.
Dlatego teraz wchodziły do pomieszczenia razem, ramię w ramię, proste zadanie, normalne zadanie. Ubrana była w krwiście czerwony sweter, podkreślający tylko bladość cery okolonej kruczo-czarnymi włosami. Nielegalnie obcisłe czarne jeansy wpadały w wysoką cholewę dwóch ciężkich glanów. Pochudła twarz rozglądała się czujnie po otoczeniu, przy ślicznej, anielskiej blond Norze wyglądała bardzo... demonicznie.
W dłoni trzymała swoją różdżkę, z pozornym lekceważeniem obracając ją w palcach, jakby chciała sprzątać, lecz ktokolwiek był w domu Moodych wiedział, że zdecydowanie nie można było zaliczyć jej do "kobiecej ręki" jeśli chodzi o powierzchnie płaskie.
– Śmierdzi. – skomentowała krótko i podeszła bliżej regałów, żeby zlustrować grzbiety pod kątem ciekawych tytułów, ale może kto wie... ukrytego mechanizmu prowadzącego do drugiego pomieszczenia. Może i prawie umarła, ale też naczytała się zdecydowanie za dużo pulpowych książek w swoje bezsenne noce, żeby teraz nie spróbować jednego czy dwóch co bardziej podejrzanych tomów pociągnąć do siebie licząc na ciche "klik" i uruchomienie mechanizmu.
Teraz jednak sytuacja była inna. Chociaż Moody była przytomna prawie od trzech miesięcy, to wszyscy najbliżsi wiedzieli, że nie jest aż tak dobrze, jak próbowała wszystkim wmówić. I nie chodziło tylko o fakt, że nie mogła pić z powodu stale przyjmowanych leków stabilizujących nastrój.
Mildred prawie w ogóle się nie odzywała.
Jej złociste oczy przypatrywały się wszystkiemu, jakby była posępnym krukiem wypatrującym padliny. Uśmiech na jej pochudlej, bladej twarzy pojawiał się tylko i wyłącznie w towarzystwie Alastora, jej podkulone ramiona i wycofana postawa mogły ranić bardziej przyjaciół niż leżące w Lecznicy Dusz warzywo. Pozostawała nadzieja. Lekarze mówili: "Zaufajcie procesowi, to trochę potrwa, dojdzie do siebie".
Może to nie było najmądrzejsze brać ją na misje, ale po Windermere Miles bardzo jednoznacznie poprosiła, aby nie traktować jej jak kaleki. Może nie wróciła jeszcze na służbę, ale nie zamierzała grzać ławki rezerwowej. Stara, dobra Miles, weszłaby na miotłę ze złamaną nogą, ba! mogłaby mieć obie ręce złamane, a znicz przyniosłaby teamowi w zębach.
Dlatego teraz wchodziły do pomieszczenia razem, ramię w ramię, proste zadanie, normalne zadanie. Ubrana była w krwiście czerwony sweter, podkreślający tylko bladość cery okolonej kruczo-czarnymi włosami. Nielegalnie obcisłe czarne jeansy wpadały w wysoką cholewę dwóch ciężkich glanów. Pochudła twarz rozglądała się czujnie po otoczeniu, przy ślicznej, anielskiej blond Norze wyglądała bardzo... demonicznie.
W dłoni trzymała swoją różdżkę, z pozornym lekceważeniem obracając ją w palcach, jakby chciała sprzątać, lecz ktokolwiek był w domu Moodych wiedział, że zdecydowanie nie można było zaliczyć jej do "kobiecej ręki" jeśli chodzi o powierzchnie płaskie.
– Śmierdzi. – skomentowała krótko i podeszła bliżej regałów, żeby zlustrować grzbiety pod kątem ciekawych tytułów, ale może kto wie... ukrytego mechanizmu prowadzącego do drugiego pomieszczenia. Może i prawie umarła, ale też naczytała się zdecydowanie za dużo pulpowych książek w swoje bezsenne noce, żeby teraz nie spróbować jednego czy dwóch co bardziej podejrzanych tomów pociągnąć do siebie licząc na ciche "klik" i uruchomienie mechanizmu.