14.04.2024, 21:09 ✶
– Czy na czole też zrobiłam się zielona? Obiecuję, że nie wpadnę w histerię, jeśli tak – zapewniła Brenna, kiedy Basilius już drugi raz dotknął jej czoła, co w połączeniu ze wszystkimi uwagami Octaviana, że zielony właściwie to do kobiety pasuje, i jeszcze z tym, że Prewett zaczął mówić coś o jej twarzy, a potem urwał, sprawiło, że zrobiła się tak jakby odrobinkę podejrzliwa. Wolałaby nie być zielona na twarzy: już pomijając próżność (jak na Potterównę była bardzo mało próżna, ale jednak była pewna, że wygląda lepiej bez zielonej skóry) to na pewno coś takiego zwracałoby ogólną uwagę.
– To nikt dotąd nie wpadł do zielonej, magicznej wody? I słuchaj, opowiadanie opowiadaniem, ale ja byłabym w tym opowiadaniu tylko postacią poboczną. Bo to właściwie jest śledztwo jednego takiego starszego Brygadzisty, poszłam tam razem z nim, wyrosło mu kilka nóg, człowiek po przejściach, nosi taki długi, ciemny płaszcz, rzecz jasna rozwodnik, bo żona go zostawiła, ze względu na to, że za dużo czasu spędzał w pracy, i wychodzi na to, że tę zieloną wodę wyhodował jego wróg z przeszłości… – zrelacjonowała, z przejęcia aż zaczynając poruszać rękami, a raczej spróbowała to zrobić i zaraz zamarła, gdy sobie przypomniała, że biedny Basilius próbuje te jej rany oczyścić. A potem ugryzła się w język, że nie powinna tak beztrosko opowiadać o toczącej się sprawie: nie zdążyła na szczęście zdradzić niczego istotnego. Ten cały eliksir namieszał jej nieźle w głowie, a poza tym ręce bolały i było Brennie tak trochę słabo, co otumaniało ją nie dość, żeby zamilkła albo zemdlała, ale dość, aby mówiła coraz bardziej od rzeczy… chociaż nie, ona zwykle tak mówiła, aby po prostu gadała do Basiliusa tak, jak gadałaby do takiego Vincenta albo takiej Pandory. – W każdym razie, to byłoby opowiadanie o Gregorym, a ja byłabym tą postacią w tle, która wpadła do dołu z zieloną wodą – zakończyła, nie wdając się w szczegóły odnośnie tego dawnego wroga z przeszłości Gregory’ego.
Może zaczęłaby natychmiast gadać o czymś innym, gdyby nie Octavian, który najpierw wycierał eliksir szatą, potem zaczął opowiadać o Olivanderze, a potem jeszcze biedny poczerwieniał. Brenna spojrzała na niego z odrobiną zmartwienia, bo biedny chłopak (chociaż właściwie to był może z rok czy dwa młodszy od niej, więc to nie był jakiś dzieciak) zdawał się straszliwie stresować.
– Tak, jestem pewna, że pan Prewett mi pomoże i to bardzo miło z twojej strony, że uważasz, że nie musiałabym zakrywać rąk – zapewniła i wiele o niej mówiło, że nie, wcale nie była to żadna ironia i nie, nie próbowała nad Octavianem się znęcać. – Też kupowałam różdżkę u Ollivandera. Jaki ma rdzeń twoja? – spytała, tak myśląc, że może takie zwykłe pytanie trochę go uspokoi? Zwykle spokojny ton, który starała się przybrać i takie uwagi pomagały nieco uspokoić osoby roztrzęsione po tym, jak były na przykład świadkami przestępstwa, może tutaj też mogło to podziałać?
– To nikt dotąd nie wpadł do zielonej, magicznej wody? I słuchaj, opowiadanie opowiadaniem, ale ja byłabym w tym opowiadaniu tylko postacią poboczną. Bo to właściwie jest śledztwo jednego takiego starszego Brygadzisty, poszłam tam razem z nim, wyrosło mu kilka nóg, człowiek po przejściach, nosi taki długi, ciemny płaszcz, rzecz jasna rozwodnik, bo żona go zostawiła, ze względu na to, że za dużo czasu spędzał w pracy, i wychodzi na to, że tę zieloną wodę wyhodował jego wróg z przeszłości… – zrelacjonowała, z przejęcia aż zaczynając poruszać rękami, a raczej spróbowała to zrobić i zaraz zamarła, gdy sobie przypomniała, że biedny Basilius próbuje te jej rany oczyścić. A potem ugryzła się w język, że nie powinna tak beztrosko opowiadać o toczącej się sprawie: nie zdążyła na szczęście zdradzić niczego istotnego. Ten cały eliksir namieszał jej nieźle w głowie, a poza tym ręce bolały i było Brennie tak trochę słabo, co otumaniało ją nie dość, żeby zamilkła albo zemdlała, ale dość, aby mówiła coraz bardziej od rzeczy… chociaż nie, ona zwykle tak mówiła, aby po prostu gadała do Basiliusa tak, jak gadałaby do takiego Vincenta albo takiej Pandory. – W każdym razie, to byłoby opowiadanie o Gregorym, a ja byłabym tą postacią w tle, która wpadła do dołu z zieloną wodą – zakończyła, nie wdając się w szczegóły odnośnie tego dawnego wroga z przeszłości Gregory’ego.
Może zaczęłaby natychmiast gadać o czymś innym, gdyby nie Octavian, który najpierw wycierał eliksir szatą, potem zaczął opowiadać o Olivanderze, a potem jeszcze biedny poczerwieniał. Brenna spojrzała na niego z odrobiną zmartwienia, bo biedny chłopak (chociaż właściwie to był może z rok czy dwa młodszy od niej, więc to nie był jakiś dzieciak) zdawał się straszliwie stresować.
– Tak, jestem pewna, że pan Prewett mi pomoże i to bardzo miło z twojej strony, że uważasz, że nie musiałabym zakrywać rąk – zapewniła i wiele o niej mówiło, że nie, wcale nie była to żadna ironia i nie, nie próbowała nad Octavianem się znęcać. – Też kupowałam różdżkę u Ollivandera. Jaki ma rdzeń twoja? – spytała, tak myśląc, że może takie zwykłe pytanie trochę go uspokoi? Zwykle spokojny ton, który starała się przybrać i takie uwagi pomagały nieco uspokoić osoby roztrzęsione po tym, jak były na przykład świadkami przestępstwa, może tutaj też mogło to podziałać?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.