14.04.2024, 22:50 ✶
Na jednej z gałęzi rozłożystego świerku wisiało coś osobliwego. Wilczy nos Brenny podchwycił ulatniający się z tego czegoś słabnący odór rozkładu. Wyglądało jak zawieszone na wysokości flaki. Ludzkie? Zwierzęce? Może jakieś jelita? Jelito cienkie? Jelito grube? Poszarzałe, już od dawna nie pęczniejące, wyprute z zawartości, ale wciąż jeszcze oślizłe, ze śladami po resztkach ciemnej krwi, usychające. Miejscami już zieleniały. Wilczy wzrok Brenny dostrzegł również niewielkie białe plamki między zielenią a brunatnymi plamami. Jakby coś albo zaczynało je porastać, albo jakby muchy robacznice złożyły tam jaja i z tych zdążyły się wykluć pierwsze larwy.
Ale nigdzie dookoła nie dostrzegła ciała. Były tylko jelita. Nic też dookoła nie wskazywało na to, by rozegrała się tutaj jakaś pasjonująca walka, która mogłaby zaowocować takim obrotem spraw. Roślinność, nie była szczególnie zadeptana. Na pniach drzew nie było śladów krwi. Gałęzie nie zostały niedawno połamane. Wszystko tutaj żyło swoim własnym, zdawałoby się spokojnym rytmem.
Kiedy Brenna pobiegła w bok, za słabnącym odorem nieumarłych, początkowo mogła pomyśleć, że zupełnie zgubiła trop. Wpadła na niewielką polankę. Leśna roślinność rosła tu wyjątkowo bujnie. Mech porastał omszałe kamienie i ściółkę leśną. Trujący swąd dorodnych muchomorów odstraszał ją od podejścia w jej centrum. Z tego miejsca, między drzewami widziała jeszcze domki letniskowe Ośrodka Windermere, a jednak kiedy przyłożyła wilczy nos do ziemi i zaczęła szukać tropu uważniej, zauważyła coś niespodziewanego. Początkowo mogła to wziąć za omszały pień dawno powalonego drzewa, ale to nie było to. Patrzyła na leżące na polanie stare zwłoki. Człowiek ten został rozczłonkowany. Z ziemi wystawały jeszcze resztki ciemnych spodni i nadgniły kawałek sportowego buta, ale w otoczeniu roślinności, dało się go łatwo przeoczyć. Tak, jak pozieleniałą, zmurszałą czaszkę, której tylko fragment oczodołów nie został jeszcze pochłonięty przez wilgotną, miękką ziemię.
Rzut na to, czy coś jeszcze znajdzie Brenna pod postacią wilczycy
Ale nigdzie dookoła nie dostrzegła ciała. Były tylko jelita. Nic też dookoła nie wskazywało na to, by rozegrała się tutaj jakaś pasjonująca walka, która mogłaby zaowocować takim obrotem spraw. Roślinność, nie była szczególnie zadeptana. Na pniach drzew nie było śladów krwi. Gałęzie nie zostały niedawno połamane. Wszystko tutaj żyło swoim własnym, zdawałoby się spokojnym rytmem.
Kiedy Brenna pobiegła w bok, za słabnącym odorem nieumarłych, początkowo mogła pomyśleć, że zupełnie zgubiła trop. Wpadła na niewielką polankę. Leśna roślinność rosła tu wyjątkowo bujnie. Mech porastał omszałe kamienie i ściółkę leśną. Trujący swąd dorodnych muchomorów odstraszał ją od podejścia w jej centrum. Z tego miejsca, między drzewami widziała jeszcze domki letniskowe Ośrodka Windermere, a jednak kiedy przyłożyła wilczy nos do ziemi i zaczęła szukać tropu uważniej, zauważyła coś niespodziewanego. Początkowo mogła to wziąć za omszały pień dawno powalonego drzewa, ale to nie było to. Patrzyła na leżące na polanie stare zwłoki. Człowiek ten został rozczłonkowany. Z ziemi wystawały jeszcze resztki ciemnych spodni i nadgniły kawałek sportowego buta, ale w otoczeniu roślinności, dało się go łatwo przeoczyć. Tak, jak pozieleniałą, zmurszałą czaszkę, której tylko fragment oczodołów nie został jeszcze pochłonięty przez wilgotną, miękką ziemię.
Rzut na to, czy coś jeszcze znajdzie Brenna pod postacią wilczycy