Do dziecka Victorii było tak samo daleko, jak niemowlęciu do bycia dorosłym. Dwa przeciwstawne bieguny. Victoria była za mądra, zbyt sprytna, potrafiła sobie poradzić w przeróżnych sytuacjach i w dodatku sposób, w jaki ruszała głową (ten fizyczny i ten mentalny!) nieustannie mu imponował i przede wszystkim - podobał mu się. W powściągliwości emocjonalnej i kryciu się za maską była równie skuteczna co wiecznie nadęty auror siedzący w ich biurze z rodziny Rookwoodów - rodziny, na którą jego oczy były skierowane ze względu na parę podszeptów, jakie usłyszał na swoje uszko od strony Brenny. Teraz to wydawało się wszystko bardzo daleko za ich plecami, teraz byli w mrocznym lesie, z brakiem dostępu do być może istotnych danych przez dziwny rozkaz Harper. Kazać iść gdzieś aurorom, ale stawiać brygadzistę na straży. Równie dobrze mogli kazać sprzątaczce stanąć na straży banku Gringotta, bo akurat się nawinęła. Nie zamierzał robić sobie tutaj problemów, bo były osoby, które lepiej mogły wykorzystać zdolności do badania akurat tamtego miejsca - dlatego był w stanie to zaakceptować bez mrugnięcia okiem. To sceptycyzm czasami poddawał w wątpliwość bardzo wiele rzeczy. I czasem ta możliwość cofnięcia się do niektórych spraw i ich sprawdzenia potrafiła przynieść sporo negatywu, jeśli tylko za mocno grzebałeś w przeszłości. Wykorzystywał to, jak mógł, ale to nie był dar. To była klątwa.
To przyszło naturalnie, bo przyszło przede wszystkim z dobrym klikiem od samego startu. Nawet jeśli Cain jej nie ufał, bo jak miał ufać komuś, kto był obudowany oklumencją? Nie ufał ludziom, których znał po pięć lat, a których potrafił odczytać, więc jak miałby w pełni ufać jej? Pokazywała sobą jednak same dobre cechy. Teraz nawet nie mógłby pomyśleć, że znalazłby tam najmniejszy negatyw! Chodziło o te cechy, które sprawiały, że zgrywali się dobrze. Nie było konfliktów zazwyczaj na tle tego, co zrobić, albo jak zrobić, nie było problemów, żeby każdy zajął się swoją robotą, żeby siedzieli w całkowitej ciszy i żeby nie brzdąkało radio, bo Cain zaczynał dostawać pierdolca, nie było kłopotów, żeby wszystko w pracy było na tym samym monotonnym miejscu i nie było wokół kolorów i dziwnych świecidełek, bo były rozpraszające, a tym bardziej, kiedy się przesuwały. Z niczym właściwie nie mieli problemów. Największy był tylko wtedy, kiedy wybuch posłał go do szpitala. I tutaj nawet nikt nie był winien. Bo Cain lubił chodzić sam. Lubił działać sam. Był do tego przyzwyczajony, głównie dlatego też odszedł od Atreusa, więc w sumie to czy nie był sobie samemu winien? Skoro został posłany z nim - powinien też z nim pójść.
- Stereotypy i ocenianie powierzchowne - to właśnie ja. - Wyciągnął wyżej kąciki ust na momencik. Taak, czasy szkolne i ten nie lubił tamtego domu, tamten tamtego. Śmieszne z perspektywy czasu, wtedy trochę mniej. Tylko dlatego, że byłeś Gryfonem, musiałeś się pilnować, żeby nie wpaść w ręce Ślizgonów i na odwrót. Nie było reguły, która nie miała wyjątków i mnóstwo dzieciaków przeplatało się pomiędzy stołami, ale ta zażyłość zielonych i czerwonych była wręcz legendarna w Hogwarcie. Cain do tej pory miał problemy żeby zauważyć dlaczego. Głównie uważał, że był to problem krwi. Czystokrwiści byli w większości wychowywani w specyficznych warunkach, hermetycznie, a to przekładało się na podejście do Gryfonów, którzy w większości byli bardziej otwarci i nie bali się pyskować do takich dzieci czystej krwi. To było bardzo spłycone ujęcie bardzo głębokiego problemu, który w dodatku był strasznie złożony.
Potem już w zasadzie nie było żadnych słów, a chociaż Victorię słyszał to nie był w stanie odpowiedzieć. Napiął się cały z uczucia bólu - stalowego gwoździa, który wbił się w jego głowę od naporu barw, jakie wirowały wokół. Tak, wokół Ciepła i przyjemna aura Victorii przecięta dziwną linią tego miejsca jawiła się wręcz jak ostoja i haczyk, który chcesz złapać, żeby się utrzymać na powierzchni. Zrobił dwa kroki wstecz. Pękła gałązka, a on zamknął oczy i poszukał podparcia czegokolwiek, co pomogłoby mu utrzymać ciężar ciała za sobą. Nic takiego nie znalazł. Poleciał na drogę, upadł na tyłek i zacisnął powieki, podpierając czoło na dłoni. Kolory wokół ludzi to jedno. Aury płonące wokół miejsc to... zupełnie inny poziom doświadczenia, do którego nie był przyzwyczajony.
- Całe to miejsce pochłania fioletowa aura, która ociera się o czerń. - Ślad czarnej magii jego osobistym zdaniem. Rozchylił powieki, ale nawet kiedy to zrobił to kolory wcale nie znikały. - Ta aura na nas osiadła. Nie wiem jak, ale coś zmieniła. - Coś... Cain zamknął oczy znowu, czując, że jego umysł przestaje go słuchać w ukłuciach bólu, kiedy on chciał przestać, ale uwolnienie się od samego siebie czasami było najbardziej problematycznym elementem życia. - Tylko... tyle... nic więcej nie widziałem. - Spróbował się podnieść.