15.04.2024, 00:07 ✶
Pierwszą wskazówką co do tego, że coś niepokojącego działo na zewnątrz było to, że stado czworonogów z Warowni nie wydawało się jakoś przesadnie chętne do tego, aby zaczerpnąć świeżego powietrza. W ostatnich dniach psy spędzały większość dnia na zewnątrz, ganiając się do wieczora po ogrodzie, a w rezydencji zjawiały się, dopiero gdy kompletnie opadały z sił lub naszła je ochota na jakąś przekąskę. Teraz jednak było inaczej.
Z początku Erik nawet nie zwrócił na to zbytniej uwagi; krzątał się po parterze w poszukiwaniu swoich raportów, ganiając między parterem a piętrem. Tak to się właśnie kończyło, gdy przysypiał na kanapie, bo rozsiadał się na wieczór z herbatą i służbowymi papierami. A biorąc pod uwagę, że nie mieszkał sam, trudno było domyślić się, kto konkretnie przesunął jego rzeczy. Malwa, Brenna, rodzice, wuj... Cała masa winnych! Oby tylko nie okazało się, że mi to zeżarliście, pomyślał, zerkając spod zmrużonych powiek na Ponuraka i towarzyszące mu psy.
Może dlatego leżały w drzwiach do ogrodu i wyglądały tak, jakby nie zamierzały się w najbliższym czasie ruszyć? Wyrzuty sumienia? Longbottom podszedł bliżej, rozglądając się po kątach, szukając jakichś dowodów na winę psiaków. Gdyby chociaż znalazł resztki kartek, to mógłby spróbować rzucić Reparo, ale bez głównych dowodów rzeczowych na niewiele mu się to zda. Zaklęcie przywołujące też by pewnie nie zadziałało, bo w Warowni zwyczajnie było za dużo papierów. Magia mogłaby wprawdzie przyciągnąć te, na których mu zależało, ale równie dobrze mogła ściągnąć mu na głowę masę innych.
— Czasem mam wrażenie, że wam trochę za dobrze, wiecie? — mruknął pod nosem, trącając bosą stopą grzbiet Ponuraka.
Pies spojrzał na niego z wyrzutem i odtoczył się, aby zaraz przewrócić się na drugi bok. Erik pokręcił z dezaprobatą głową. Już nawet nie chciało im się wstawać, żeby przenieść się w spokojniejszy kąt; zamiast tego dosłownie pełzały po podłodze, jakby w ten sposób chciały uniknąć jakiegoś drapieżnika lub potencjalnego przeciwnika i...
Wtedy i do niego zaczęły odchodzić dziwne odgłosy dochodzące z ogrodu. Wydawało mu się, że usłyszał cichy, a potem drugi, jednak dużo cieńszy i urywany, jakby komuś brakowało powietrza (może ze śmiechu?). Zamrugał, sądząc, że się przesłyszał, jednak potem wyczuł dudnienie, jakby coś ciężkiego krążyło zaledwie parę metrów dalej. Wiedziony przeczuciem chwycił za różdżkę i wyszedł na zewnątrz.
Wyszedł zza rozłożystych krzaków, aby większa część podwórka znalazła się w zasięgu jego wzroku i... Krew momentalnie odpłynęła mu z twarzy, gdy zobaczył swoją chrześnicę ujeżdżającą wielkie niedźwiedzia. Pierwsza myśl? Brenna go zabije za to, że jej nie przypilnował. Druga myśl? Nora go dobije, jeśli siostra nie zdoła dokończyć dzieła. Trzecia myśl? Skąd, do cholery, ona wytrzasnęła niedźwiedzia!?
— MABEL! — podniósł głos, biegnąc w stronę miejsca tego niecodziennego... zdarzenia. Cholera jasna!
Bo owszem, widok ten był niecodzienny, nawet jak na Warownię Longbottomów, a Erik mknął w tę stronę bez żadnego planu. Nie wyglądał na przygotowanego na walkę z wielkim zwierzem; nie miał butów, a krótkie spodenki i t-shirt sugerowały, że prędzej wybierał się na jogging niż na mocowanie się z niedźwiedziem. Gdy znalazł się bliżej, nieco zdziwił się, że zwierz w żaden sposób nie zareagował na jego obecność. A przynajmniej nie gwałtownie.
— Mabel, moja droga — odezwał się, wbijając wzrok w jasnowłosą dziewczynkę. — Możesz mi wyja... powiedzieć, co się właściwie dzieje? Możesz.. Możesz z niego zejść?
Zacisnął mocniej palce na rączce różdżki, nie wiedząc za bardzo, czego się spodziewać. Kątem oka zerknął na Karla, jednak zaraz wrócił wzrokiem do Mabel. Obecność niedźwiedzia w ogrodzie była dziwna, ale z drugiej strony w Kniei Godryka ostatnio odwalało się mnóstwo dziwnych rzeczy. Jak na razie nie połączył faktów, że dziki zwierz był Samuelem. Gdzieś z tyłu głowy kołatała mu myśl, że mężczyzna wspominał o tym, że był animagiem, jednak obawa o bezpieczeństwo młodszej panny Figg chwilowo było jego priorytetem.
Z początku Erik nawet nie zwrócił na to zbytniej uwagi; krzątał się po parterze w poszukiwaniu swoich raportów, ganiając między parterem a piętrem. Tak to się właśnie kończyło, gdy przysypiał na kanapie, bo rozsiadał się na wieczór z herbatą i służbowymi papierami. A biorąc pod uwagę, że nie mieszkał sam, trudno było domyślić się, kto konkretnie przesunął jego rzeczy. Malwa, Brenna, rodzice, wuj... Cała masa winnych! Oby tylko nie okazało się, że mi to zeżarliście, pomyślał, zerkając spod zmrużonych powiek na Ponuraka i towarzyszące mu psy.
Może dlatego leżały w drzwiach do ogrodu i wyglądały tak, jakby nie zamierzały się w najbliższym czasie ruszyć? Wyrzuty sumienia? Longbottom podszedł bliżej, rozglądając się po kątach, szukając jakichś dowodów na winę psiaków. Gdyby chociaż znalazł resztki kartek, to mógłby spróbować rzucić Reparo, ale bez głównych dowodów rzeczowych na niewiele mu się to zda. Zaklęcie przywołujące też by pewnie nie zadziałało, bo w Warowni zwyczajnie było za dużo papierów. Magia mogłaby wprawdzie przyciągnąć te, na których mu zależało, ale równie dobrze mogła ściągnąć mu na głowę masę innych.
— Czasem mam wrażenie, że wam trochę za dobrze, wiecie? — mruknął pod nosem, trącając bosą stopą grzbiet Ponuraka.
Pies spojrzał na niego z wyrzutem i odtoczył się, aby zaraz przewrócić się na drugi bok. Erik pokręcił z dezaprobatą głową. Już nawet nie chciało im się wstawać, żeby przenieść się w spokojniejszy kąt; zamiast tego dosłownie pełzały po podłodze, jakby w ten sposób chciały uniknąć jakiegoś drapieżnika lub potencjalnego przeciwnika i...
Wtedy i do niego zaczęły odchodzić dziwne odgłosy dochodzące z ogrodu. Wydawało mu się, że usłyszał cichy, a potem drugi, jednak dużo cieńszy i urywany, jakby komuś brakowało powietrza (może ze śmiechu?). Zamrugał, sądząc, że się przesłyszał, jednak potem wyczuł dudnienie, jakby coś ciężkiego krążyło zaledwie parę metrów dalej. Wiedziony przeczuciem chwycił za różdżkę i wyszedł na zewnątrz.
Wyszedł zza rozłożystych krzaków, aby większa część podwórka znalazła się w zasięgu jego wzroku i... Krew momentalnie odpłynęła mu z twarzy, gdy zobaczył swoją chrześnicę ujeżdżającą wielkie niedźwiedzia. Pierwsza myśl? Brenna go zabije za to, że jej nie przypilnował. Druga myśl? Nora go dobije, jeśli siostra nie zdoła dokończyć dzieła. Trzecia myśl? Skąd, do cholery, ona wytrzasnęła niedźwiedzia!?
— MABEL! — podniósł głos, biegnąc w stronę miejsca tego niecodziennego... zdarzenia. Cholera jasna!
Bo owszem, widok ten był niecodzienny, nawet jak na Warownię Longbottomów, a Erik mknął w tę stronę bez żadnego planu. Nie wyglądał na przygotowanego na walkę z wielkim zwierzem; nie miał butów, a krótkie spodenki i t-shirt sugerowały, że prędzej wybierał się na jogging niż na mocowanie się z niedźwiedziem. Gdy znalazł się bliżej, nieco zdziwił się, że zwierz w żaden sposób nie zareagował na jego obecność. A przynajmniej nie gwałtownie.
— Mabel, moja droga — odezwał się, wbijając wzrok w jasnowłosą dziewczynkę. — Możesz mi wyja... powiedzieć, co się właściwie dzieje? Możesz.. Możesz z niego zejść?
Zacisnął mocniej palce na rączce różdżki, nie wiedząc za bardzo, czego się spodziewać. Kątem oka zerknął na Karla, jednak zaraz wrócił wzrokiem do Mabel. Obecność niedźwiedzia w ogrodzie była dziwna, ale z drugiej strony w Kniei Godryka ostatnio odwalało się mnóstwo dziwnych rzeczy. Jak na razie nie połączył faktów, że dziki zwierz był Samuelem. Gdzieś z tyłu głowy kołatała mu myśl, że mężczyzna wspominał o tym, że był animagiem, jednak obawa o bezpieczeństwo młodszej panny Figg chwilowo było jego priorytetem.
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞