15.04.2024, 07:53 ✶
- Biorąc pod uwagę, że w Ministerstwie zatrudnionych jest wielu przedstawicieli czystej krwi z konserwatywnych rodzin, a Voldemort raczej nie rekrutuje mugolaków, są na to duże szanse - odparła Brenna po prostu na jego uwagi o infiltracji. Nie zamierzała udawać idiotki, która nie podejrzewała takich rzeczy, ale też zasadniczo jedynie zgadzała się z jego stwierdzeniem. Bo każde kolejne słowo Bagshota wywoływało w niej coraz większą ostrożność.
Ile w tej rozmowie było przypadku? Czy Isaac mówił o tym, bo naprawdę interesowała go sytuacja, czy próbował ją sprowokować?
Gdyby poprosił ją wcześniej o spotkanie albo nawet wpadliby na siebie gdzieś w Dolinie, chyba jej odrobina podejrzliwości zamieniłaby się w całkowity brak zaufania: przekonanie, że ktoś z jakiegoś powodu ją sprawdzał. Że ktoś zaczął coś podejrzewać, dowiedział się zbyt wiele albo, co gorsze, w szeregach znalazł się zdrajca.
- To zależy, co robiłby taki ruch oporu. Jeśli próbowaliby zabić kogoś, kogo podejrzewaliby o współpracę z Voldemortem, to byłoby działanie nielegalne. Jeśli tylko na przykład ochraniać kogoś zagrożonego... nikomu nie możnaby zabronić kręcić się przy przyjacielu i chwycić za różdżkę, kiedy ktoś go zaatakuje - powiedziała, wzruszając przy tym lekko ramionami, jakby zbywając tę kwestię, a i dobór słów wskazywał raczej na dywagacje niż cokolwiek innego: tryb przypuszczający. Jakby mogło się tak zdarzyć, ale jej nie było nic wiadomo o takich przypadkach. Isaac mógł być Gryfonem i szkolnym kolegą, ale żyli w niebezpiecznych czasach, a on nawet w dobrych chęciach mógłby narobić szkód, skoro chciał pisać artykuły. Nie widzieli się zbyt długo, aby zaczęła radośnie paplać, bo kto wie, czy potem nie zobaczy cytatu w Proroku Codziennym, gdy artykuły z jej nazwiskiem były ostatnim, czego chciała po czerwcu. Patrick wyszedł z cienia, ona więc nie mogła już pchać się na afisze.
Tajny ruch oporu mógł istnieć, bo był tajny. Tak tajny, że jak dotąd ani Ministerstwo, ani Voldemort nie wiedzieli, że różne drobne akcje są zorganizowane i nie stanowią prywatnej inicjatywy.
- Powiedziałabym, że w tej chwili Ministerstwo ma pełne ręce roboty raczej z powodu śmierciożerców i tego, że wraz z ich pojawieniem się wcale nie ubyło zwykłych przestępstw - podsumowała. Nie sięgnęła po herbatę, choć podziękowała kelnerce, na razie jednak do ust uniosła tylko wodę.
Obozy, rzeczy, których nikt nie chciał widzieć: mogła się domyśleć, o jakie chodzi, choć nie znała historii równie dobrze, co on. W Anglii jednak napatrzyła się na wystarczająco wiele rzeczy. Fragmenty ciał znoszone po Beltane, miejsca zbrodni, wspomnienia oglądane w dymie.
- Właściwie dlaczego? Dlaczego ktokolwiek miałby być obiektywny wobec ludzi, którzy zabiją dzieci tylko dlatego, że nie są dziećmi czarodziejów? - spytała, trochę prowokacyjnie, przypatrując się Isaackowi znad swojej szklanki.
Ile w tej rozmowie było przypadku? Czy Isaac mówił o tym, bo naprawdę interesowała go sytuacja, czy próbował ją sprowokować?
Gdyby poprosił ją wcześniej o spotkanie albo nawet wpadliby na siebie gdzieś w Dolinie, chyba jej odrobina podejrzliwości zamieniłaby się w całkowity brak zaufania: przekonanie, że ktoś z jakiegoś powodu ją sprawdzał. Że ktoś zaczął coś podejrzewać, dowiedział się zbyt wiele albo, co gorsze, w szeregach znalazł się zdrajca.
- To zależy, co robiłby taki ruch oporu. Jeśli próbowaliby zabić kogoś, kogo podejrzewaliby o współpracę z Voldemortem, to byłoby działanie nielegalne. Jeśli tylko na przykład ochraniać kogoś zagrożonego... nikomu nie możnaby zabronić kręcić się przy przyjacielu i chwycić za różdżkę, kiedy ktoś go zaatakuje - powiedziała, wzruszając przy tym lekko ramionami, jakby zbywając tę kwestię, a i dobór słów wskazywał raczej na dywagacje niż cokolwiek innego: tryb przypuszczający. Jakby mogło się tak zdarzyć, ale jej nie było nic wiadomo o takich przypadkach. Isaac mógł być Gryfonem i szkolnym kolegą, ale żyli w niebezpiecznych czasach, a on nawet w dobrych chęciach mógłby narobić szkód, skoro chciał pisać artykuły. Nie widzieli się zbyt długo, aby zaczęła radośnie paplać, bo kto wie, czy potem nie zobaczy cytatu w Proroku Codziennym, gdy artykuły z jej nazwiskiem były ostatnim, czego chciała po czerwcu. Patrick wyszedł z cienia, ona więc nie mogła już pchać się na afisze.
Tajny ruch oporu mógł istnieć, bo był tajny. Tak tajny, że jak dotąd ani Ministerstwo, ani Voldemort nie wiedzieli, że różne drobne akcje są zorganizowane i nie stanowią prywatnej inicjatywy.
- Powiedziałabym, że w tej chwili Ministerstwo ma pełne ręce roboty raczej z powodu śmierciożerców i tego, że wraz z ich pojawieniem się wcale nie ubyło zwykłych przestępstw - podsumowała. Nie sięgnęła po herbatę, choć podziękowała kelnerce, na razie jednak do ust uniosła tylko wodę.
Obozy, rzeczy, których nikt nie chciał widzieć: mogła się domyśleć, o jakie chodzi, choć nie znała historii równie dobrze, co on. W Anglii jednak napatrzyła się na wystarczająco wiele rzeczy. Fragmenty ciał znoszone po Beltane, miejsca zbrodni, wspomnienia oglądane w dymie.
- Właściwie dlaczego? Dlaczego ktokolwiek miałby być obiektywny wobec ludzi, którzy zabiją dzieci tylko dlatego, że nie są dziećmi czarodziejów? - spytała, trochę prowokacyjnie, przypatrując się Isaackowi znad swojej szklanki.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.