15.04.2024, 12:17 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.04.2024, 12:17 przez Samuel McGonagall.)
Rozochocony śmiechem Mabel musiał zaiste bardzo się pilnować, żeby nie przeszarżować, ale jak już odkryli optymalny młynek, przy którym dziewczynka nawet się nie ześlizgiwała, to kręcił młynki i bączki, kręcił ósemki, zakreślając coraz szersze kręgi.
Trochę też podeptał to nad czym pracował. Może w płocie pojawiła się dodatkowa dziura, gdy nieopatrznie trzeba było gwałtownie zahamować i dupskiem przetrącił białe sztachetki świeżo pomalowane, zatem n lewym biodrze pozostały białe pasy, jego wina, jego bardzo wielka wina.
I musiał przyznać, że hasanie po wrzosowiskach było fantastyczne, ale nic nie było tak fantastyczne jak hasanie z Mabel. Ależ byłoby wspaniale, gdyby podobnie jemu potrafiła zmieniać się w małego niedźwiadka. Niedźwiedzie instynkty podsuwały mu mnóstwo wspólnych aktywności, niedźwiedzia samotność mocno rozepchała się łokciami przy stoliku tych fantazji wyrażając swój entuzjazm ale i wielki smutek za faktem, że w okolicy nie było jemu podobnych. Wiadomo animagia trudną sztuką, on w dodatku był kawałek dalej w tej sztuce, krwią związany z pograniczem między człowieczeństwem a naturą. Po prostu tęsknił za takimi momentami, tęsknił bardziej niż chciałby sam się przed sobą przyznać. Za zabawą nie ludzi a tych, którzy są ludźmi i zwierzętami w tym samym momencie.
Bardzo też musiał się pilnować, żeby nie zacząć się tarzać, choć perełki przeczystego śmiechu zachęcały go do coraz głupszych pomysłów. Czy podobałoby jej się na tak wysokiej gałęzi drzewa, że na pewno tak wysoko nie była? A może na dachu domku? A może dałoby radę ją podrzucać i łapać, żeby nie wspomnieć o woltyżerce i obrotach gdzie raz siedziałaby przodem, a raz tyłem do kierunku jazdy? A może by coś przeskoczyć? To brzmiło najwyborniej.
BA-DUM
BA-DUM
Kiedy Erik znalazł Mabel, ta trzykrotnie już przeskoczyła (oczywiście nie sama) półtora metrowy żywopłot. Rosła bestia miała wywalony jęzor, ziejąc próbował się schłodzić, ale nie przeszkadzało mu to, żeby zamłynkować znów po rozoranej pazurami trawie i ruszyć do nieszczęsnej przeszkody trzeci raz.
Trzeci raz, którego nie było.
Imię dziewczynki rozniosło się po ogródku, usadzając niedźwiedzia momentalnie w miejscu (no powiedzmy prawami fizyki kilkadziesiąt centymetrów dalej). Pobojowisko pięknie korespondowało ze zdemolowanym domkiem, który Sam porzucił na czas "przerwy".
Szlag
Nie chciał mieć problemów ze swoim pracodawcą, w sumie pracował tu ledwie kilka dni, ale podobał mu się teren i zadania, które dostał, łączące obie jego miłości do przyrody i stolarki. Nagle czarne oczy rozejrzały się po zdewastownej okolicy i Sam zdał sobie sprawę, że trochę nie pomyślał. Taką małą troszeczkę.
A potem wielka dzika siedząca pośrodku ogrodu w Warowni bestia podniosła łapy do góry, jakby była przestępcą przyznającym się do winy i wraz z tym gestem, kiedy pazury już sięgnęłyby dziewczynki, to nie były pazury a ręce siedzącego na trawniku wysokiego blondyna w znanej, spłowiałej kraciastej koszuli. Jego ciało momentalnie zareagowało na brak futra, a kropelki potu zrosiły jego czoło. Minę miał... zestresowaną.
– Em... ja... ee... ja to zaraz posprzątam? – stwierdził, a może zapytał, ściągając sobie Mabel z barków i pomagając jej stanąć na trawie, nie odrywając spojrzenia od Erika, choć nie dało się ukryć że zezował przy tym na wymierzoną w nich różdżkę.
Trochę też podeptał to nad czym pracował. Może w płocie pojawiła się dodatkowa dziura, gdy nieopatrznie trzeba było gwałtownie zahamować i dupskiem przetrącił białe sztachetki świeżo pomalowane, zatem n lewym biodrze pozostały białe pasy, jego wina, jego bardzo wielka wina.
I musiał przyznać, że hasanie po wrzosowiskach było fantastyczne, ale nic nie było tak fantastyczne jak hasanie z Mabel. Ależ byłoby wspaniale, gdyby podobnie jemu potrafiła zmieniać się w małego niedźwiadka. Niedźwiedzie instynkty podsuwały mu mnóstwo wspólnych aktywności, niedźwiedzia samotność mocno rozepchała się łokciami przy stoliku tych fantazji wyrażając swój entuzjazm ale i wielki smutek za faktem, że w okolicy nie było jemu podobnych. Wiadomo animagia trudną sztuką, on w dodatku był kawałek dalej w tej sztuce, krwią związany z pograniczem między człowieczeństwem a naturą. Po prostu tęsknił za takimi momentami, tęsknił bardziej niż chciałby sam się przed sobą przyznać. Za zabawą nie ludzi a tych, którzy są ludźmi i zwierzętami w tym samym momencie.
Bardzo też musiał się pilnować, żeby nie zacząć się tarzać, choć perełki przeczystego śmiechu zachęcały go do coraz głupszych pomysłów. Czy podobałoby jej się na tak wysokiej gałęzi drzewa, że na pewno tak wysoko nie była? A może na dachu domku? A może dałoby radę ją podrzucać i łapać, żeby nie wspomnieć o woltyżerce i obrotach gdzie raz siedziałaby przodem, a raz tyłem do kierunku jazdy? A może by coś przeskoczyć? To brzmiło najwyborniej.
BA-DUM
BA-DUM
Kiedy Erik znalazł Mabel, ta trzykrotnie już przeskoczyła (oczywiście nie sama) półtora metrowy żywopłot. Rosła bestia miała wywalony jęzor, ziejąc próbował się schłodzić, ale nie przeszkadzało mu to, żeby zamłynkować znów po rozoranej pazurami trawie i ruszyć do nieszczęsnej przeszkody trzeci raz.
Trzeci raz, którego nie było.
Imię dziewczynki rozniosło się po ogródku, usadzając niedźwiedzia momentalnie w miejscu (no powiedzmy prawami fizyki kilkadziesiąt centymetrów dalej). Pobojowisko pięknie korespondowało ze zdemolowanym domkiem, który Sam porzucił na czas "przerwy".
Szlag
Nie chciał mieć problemów ze swoim pracodawcą, w sumie pracował tu ledwie kilka dni, ale podobał mu się teren i zadania, które dostał, łączące obie jego miłości do przyrody i stolarki. Nagle czarne oczy rozejrzały się po zdewastownej okolicy i Sam zdał sobie sprawę, że trochę nie pomyślał. Taką małą troszeczkę.
A potem wielka dzika siedząca pośrodku ogrodu w Warowni bestia podniosła łapy do góry, jakby była przestępcą przyznającym się do winy i wraz z tym gestem, kiedy pazury już sięgnęłyby dziewczynki, to nie były pazury a ręce siedzącego na trawniku wysokiego blondyna w znanej, spłowiałej kraciastej koszuli. Jego ciało momentalnie zareagowało na brak futra, a kropelki potu zrosiły jego czoło. Minę miał... zestresowaną.
– Em... ja... ee... ja to zaraz posprzątam? – stwierdził, a może zapytał, ściągając sobie Mabel z barków i pomagając jej stanąć na trawie, nie odrywając spojrzenia od Erika, choć nie dało się ukryć że zezował przy tym na wymierzoną w nich różdżkę.