Uwielbiała członków Zakonu Feniksa, wszyscy wiedzieli, że to nie było losowe skupisko ludzi, tylko grupa znajomych, bliskich sobie od lat, którzy pałali do siebie sympatią, a teraz ramię w ramię walczyli o to, aby nie pozwolić poplecznikom Czarnego Dzbana przejąć władzy na czarodziejskim światem. To oni po cichu działali, żeby utrudnić jego manewry. Każdy na tyle, na ile umiał. Oczywiście, że panna Figg musiała się dołączyć, może na tle reszty nie błyszczała tak mocno, wszak jej umiejętności magiczne kulały, no, może poza tą jedną związaną z gotowaniem magicznych mikstur, które warzyła namiętnie w każdej wolnej chwili, teraz jeszcze bardziej intensywnie, aby wesprzeć chociaż w ten sposób swoich przyjaciół. Była przydatna też w dni jak te, kiedy musieli ogarnąć sprawy bardziej przyziemne, jak chociażby sprzątanie kolejnej siedziby. Cieszyło ją niezmiernie, że mogła przydać się na coś więcej, bo było w niej sporo entuzjazmu, bo wierzyła, że te działania mają sens, że wygrają te wojnę, prędzej, czy później, bo cholera jasna dobro ZAWSZE zwycięża i już.
Kiedy więc została poproszona o to, żeby pojawić się w tym starym domu nie odmówiła. Zostawiała Klubokawiarnię pod opieką swoich cudownych współpracowników (liczyła na to, że nie spłonie) i zjawiła się na miejscu o umówionej porze. Jak przystało na prawdziwą pierdołę musiała skorzystać z pomocy brata, bo przecież sama nie była w stanie się teleportować. Nie byłaby sobą, gdyby nie przygotowała na tę okazję kartonu pączków, który zostawiła na wejściu w jednym z pomieszczeń, na bardzo mocno zakurzonym stole. Liczyła, że wesoła brygada będzie się nimi częstować, kiedy zacznie burczeć im w brzuszkach.
Jakoś tak wyszło, że trafiła z Millie do biblioteki. Dawno jej nie widziała, starała się jej jednak jakoś specjalnie nie przyglądać, bo wiedziała, że swoje przeżyła, nikt tak naprawdę nie wiedział do końca co, może wyspowiadała się z tego Alastorowi, Norka jednak nie chciała wtykać nosa w nieswoje sprawy. Nie lubiła się narzucać, jakby coś to Moody przecież wiedziała, że jest i może przyjść do niej zawsze, ze wszystkim. Była trochę taką Zakonową mamą, u której każdy mógł znaleźć nieco ciepła.
Figg nie peplała, bo nie do końca wiedziała, co powinna mówić. Wyglądała zwyczajnie, znaczy, jak na siebie zwyczajnie. Ubrana w różową sukienkę, która ledwie zasłaniała jej tyłek, może trochę nawet przypominała landrynkę, w butach na wysokim obcasie, w których poruszała się zgrabnie niczym sarenka. Nie pasowała do tego miejsca, wcale, ale nie wydawało jej się to robić na niej żadnego wrażenia.
- To fakt, ale zaraz przestanie, trzeba to miejsce doprowadzić do porządku, bo tu nie da się przebywać. - Och, nie znosiła syfu, kurzu. Bardzo dobrze, że padło na nią, bo na pewno wysprząta wszystko dokładnie, kto, jak kto, ale ona należała do tych bardzo szczegółowych osób, w tych przyziemnych sprawach. Miała w dłoni różdżkę, chociaż co tu dużo mówić, ta różdżka i tak raczej średnio była w jej dłoniach przydatna, znała jakieś tam zaklęcia, Chłoszczyść opanowała do perfekcji, bo z niego najczęściej korzystała, ale to było na tyle, z drugiej strony, czy coś więcej mogło się jej przydać w tym miejscu, przecież nie było tu żadnego zagrożenia.
Zbliżyła się do okna, wydawało jej się, że dobrze im zrobi, jeśli wpuszczą do tego miejsca nieco świeżego powietrza, pozbędą się smrodu, przynajmniej na chwilę.