17.12.2022, 03:32 ✶
Przez chwilę miała jakąś głupią nadzieję, że magicznie Patrick dozna objawienia, co do jej tożsamości. Po części rozwiązałoby to problem uświadamiania go w „odpowiedniej chwili”; ta póki co zdawała się być wręcz nieosiągalna. Bo kiedy miałaby nastąpić? Gdy cały ruch Voldemorta upadnie? A jeśli jednak nie? Jeśli to się będzie ciągnąć i ciągnąć?
Sylwetka Patricka się rozmazała. Zdała sobie sprawę z tego, że oczy zwilgotniały, zaszły łzami. Zamrugała parę razy, usiłując się ich pozbyć, odzyskać ostrość wzroku. Alanna ne płacze, nie wolno, weź się w garść, nakazała sobie w duchu, choć coś czuła, że to się skończy zwinięciem w kłębek – gdy tylko przekroczy próg mieszkania – i porządnym zmoczeniu poduszki.
Miała też głupią nadzieję, że mężczyzna zdecyduje się chociaż rzucić spojrzenie przez ramię. Krótka chwila, tylko tego potrzebowała – żeby spojrzeć jeszcze raz na tę twarz, na te dobrze znane oczy, przepełnione teraz czymś, czego widzieć nie chciała.
Zbyt wiele stracił.
I zamiast mu oddać chociaż część tego – trzymała się z daleka.
A zegar tykał.
Myśl ta niemalże zmroziła krew w żyłach, gdy przypomniała sobie, jak ulotnym był właśnie czas. Zdawało się, że miało się go dużo, ale… nigdy nie dało się przewidzieć, co widziała chociażby po sobie. Żyła i nagle już nie; plany stały się jedynie prochem rozwiewanym przez wiatr. Crouch został wdowcem, nie rozwodnikiem, a Patrick…?
Wciągnęła gwałtowniej powietrze do płuc, starając się ze wszystkich sił powstrzymać kolejną falę emocji, a wraz z nią – szloch. Nie mogła. Nie teraz, nie tutaj.
Nie odwrócił się.
Może to i lepiej, przekonywała samą siebie, tak będzie dla niego bezpieczniej. Bo jeśli chodziło jedynie o nią samą…? Cóż, prędzej wolałaby dać się wyegzorcyzmować bądź dosłownie wyrwać sobie serce niż pozwolić, żeby spadł mu choć jeden włos z łepetyny.
I tak już była martwa dla świata.
Ponownie opuściła głowę, ruszyła do furtki. Zgrzyt zakłócił ciszę. Jeszcze parę kroków – i jej nie było, w końcu się teleportowała, daleko stąd.
Sylwetka Patricka się rozmazała. Zdała sobie sprawę z tego, że oczy zwilgotniały, zaszły łzami. Zamrugała parę razy, usiłując się ich pozbyć, odzyskać ostrość wzroku. Alanna ne płacze, nie wolno, weź się w garść, nakazała sobie w duchu, choć coś czuła, że to się skończy zwinięciem w kłębek – gdy tylko przekroczy próg mieszkania – i porządnym zmoczeniu poduszki.
Miała też głupią nadzieję, że mężczyzna zdecyduje się chociaż rzucić spojrzenie przez ramię. Krótka chwila, tylko tego potrzebowała – żeby spojrzeć jeszcze raz na tę twarz, na te dobrze znane oczy, przepełnione teraz czymś, czego widzieć nie chciała.
Zbyt wiele stracił.
I zamiast mu oddać chociaż część tego – trzymała się z daleka.
A zegar tykał.
Myśl ta niemalże zmroziła krew w żyłach, gdy przypomniała sobie, jak ulotnym był właśnie czas. Zdawało się, że miało się go dużo, ale… nigdy nie dało się przewidzieć, co widziała chociażby po sobie. Żyła i nagle już nie; plany stały się jedynie prochem rozwiewanym przez wiatr. Crouch został wdowcem, nie rozwodnikiem, a Patrick…?
Wciągnęła gwałtowniej powietrze do płuc, starając się ze wszystkich sił powstrzymać kolejną falę emocji, a wraz z nią – szloch. Nie mogła. Nie teraz, nie tutaj.
Nie odwrócił się.
Może to i lepiej, przekonywała samą siebie, tak będzie dla niego bezpieczniej. Bo jeśli chodziło jedynie o nią samą…? Cóż, prędzej wolałaby dać się wyegzorcyzmować bądź dosłownie wyrwać sobie serce niż pozwolić, żeby spadł mu choć jeden włos z łepetyny.
I tak już była martwa dla świata.
Ponownie opuściła głowę, ruszyła do furtki. Zgrzyt zakłócił ciszę. Jeszcze parę kroków – i jej nie było, w końcu się teleportowała, daleko stąd.
Koniec sesji
313/2008