16.04.2024, 00:08 ✶
Facet odszedł do swoich, odprowadzony czujnym wzrokiem Feliciana. Hollow nie był pewien, co ma o nim myśleć, ani też czego się spodziewać oprócz oczywistego złego scenariusza. Pijani ludzie nigdy nie dają łatwo za wygraną, nawet jeśli wygląda, że jest inaczej. A jak do tego majà pretekst, to już pozamiatane, zaś przy odpowiedniej dawce alkoholu wszystko może być pretekstem i pretekst znajdzie się przy wszystkim.
Zresztą, sam Felician nie omieszkał domówić sobie kolejnej szklanki.
Zmarszczył lekko brwi, patrząc na chłopaka j jego rękę. Przez chwilę zastanawiał się, jak można kogoś uderzyć kolczatką, ale w końcu chyba załapał.
— Kastetem — Poprawił go i upił ze szklanki. A zaraz znowu uniósł brwi i spojrzenie. — Da się kogoś walnąć z pięści przypadkiem? — rzucił z powątpiewaniem. Jakoś nie umiał sobie tego wyobrazić. No, chyba że przypadek wyglądał tak, że chłopak wszedł na linię strzału w kogoś innego, ale musiałby mieć wyjątkowego pecha. — Co? — znów podniósł na niego wzrok znad szklanki, a w głowie łączył fakty. A no tak, zaczął to mówić. — Chyba od wojny secesyjnej?... Jankesi to byli północni... i po wojnie już nie miałeś Północy i Południa, nie? — wyjaśnił dość mętnie, bo to były tego typu szczegóły, które człowiek ma znać w szkole, ale potem zupełnie się nie przydają całymi latami.
Mecz minął w miarę spokojnie, choć nie obyło się bez dźwięków proletariackiej frustracji, kiedy wyszło, że "nasi" jednak przegrali. Co to były za przeżycia, emocje, co za gniew i głód odegrania się...
Choć meczu nie oglądał, Felician siedział i pił dalej, i gadał o rzeczach, o których na trzeźwo nigdy by nie wspomniał, ale w zasadzie były to rzeczy normalne. Stosunkowo normalne, których po prostu na trzeźwo nie uznawał za ciekawe. I tak się zasiedział, że doczekał końca zmiany Neila, więc opuścili lokal we dwóch. Wtedy też dowiedzieli się, że wcale nie minęło wiele czasu od końca meczu, bo towarzystwo kibiców już na nich czekało na podjeździe.
— Co jest... — Fel zmrużył ślepia i zaklął pod nosem, kiedy ci zaczęli się zbliżać. Zerknął za siebie, ale drzwi były zamknięte tak jak zostawił przed sekundą.
Zresztą, sam Felician nie omieszkał domówić sobie kolejnej szklanki.
Zmarszczył lekko brwi, patrząc na chłopaka j jego rękę. Przez chwilę zastanawiał się, jak można kogoś uderzyć kolczatką, ale w końcu chyba załapał.
— Kastetem — Poprawił go i upił ze szklanki. A zaraz znowu uniósł brwi i spojrzenie. — Da się kogoś walnąć z pięści przypadkiem? — rzucił z powątpiewaniem. Jakoś nie umiał sobie tego wyobrazić. No, chyba że przypadek wyglądał tak, że chłopak wszedł na linię strzału w kogoś innego, ale musiałby mieć wyjątkowego pecha. — Co? — znów podniósł na niego wzrok znad szklanki, a w głowie łączył fakty. A no tak, zaczął to mówić. — Chyba od wojny secesyjnej?... Jankesi to byli północni... i po wojnie już nie miałeś Północy i Południa, nie? — wyjaśnił dość mętnie, bo to były tego typu szczegóły, które człowiek ma znać w szkole, ale potem zupełnie się nie przydają całymi latami.
Mecz minął w miarę spokojnie, choć nie obyło się bez dźwięków proletariackiej frustracji, kiedy wyszło, że "nasi" jednak przegrali. Co to były za przeżycia, emocje, co za gniew i głód odegrania się...
Choć meczu nie oglądał, Felician siedział i pił dalej, i gadał o rzeczach, o których na trzeźwo nigdy by nie wspomniał, ale w zasadzie były to rzeczy normalne. Stosunkowo normalne, których po prostu na trzeźwo nie uznawał za ciekawe. I tak się zasiedział, że doczekał końca zmiany Neila, więc opuścili lokal we dwóch. Wtedy też dowiedzieli się, że wcale nie minęło wiele czasu od końca meczu, bo towarzystwo kibiców już na nich czekało na podjeździe.
— Co jest... — Fel zmrużył ślepia i zaklął pod nosem, kiedy ci zaczęli się zbliżać. Zerknął za siebie, ale drzwi były zamknięte tak jak zostawił przed sekundą.