17.12.2022, 11:22 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.12.2022, 15:22 przez Florence Bulstrode.)
Florence Bulstrode nie była osobą, którą spotykało się w mugolskich pubach. W ogóle nie była osobą, która włóczyła się po mugolskim Londynie – odwiedzała bodaj wyłącznie tę jego część, z której dało się dostać do Kliniki Munga.
Może dlatego, chociaż po dostaniu wiadomości wybiegła w noc bez wahania (w skandalicznym jak na siebie stanie, mianowicie nieuczesana, w domowej bluzie pod okryciem, z rozchełstaną chustą na szyi i butami niedobranymi do płaszcza), znalezienie właściwego miejsca zajęło jej chwilę czasu i gdy wpadła do pubu, nigdzie nie zobaczyła Stewarda. Sprawdziła każdy kąt, ignorując dziwne spojrzenia, jakimi obrzucono ją, gdy zaglądała pod stoliki i wpakowała się do męskiej toalety. Samym zimnym wzrokiem zapewne kompletnie wykastrowała jednego z gości, który ją zaczepił, a wreszcie po wypytaniu barmana dowiedziała się o niedawnej bójce. Dopytując chwilę później przypadkowych przechodniów o to samo („Czy go widziałeś? Brunet, ciemne oczy, mniej więcej taki wzrost…”), była już bliska wezwania na pomoc braci i zażądania od nich urządzenia akcji poszukiwawczej w Londynie. Skłaniała ją ku temu dramatyczna wiadomość i świadomość mrozu, szczypiącego w policzki, który mógł sprawić, że jutrzejszego poranka ktoś znajdzie martwego Patricka Stewarda w jakimś zaułku. Powstrzymała przed tym jeszcze myśl, że chyba wie, co takiego bolało Patricka – i niekoniecznie chodziło o nagle objawioną chorobę wątroby, oberwanie klątwą (a szkoda, z klątwą Florence poradziłaby sobie od razu) ani nawet o to, że banda mugoli złamała mu obie nogi i ręce. Pewnie zresztą wolałby te nogi i ręce.
Tego dnia na dyżurze dotarły do niej wiadomości o śmierci Kordelii Avery. I po części troska, a po części wyrzuty sumienia – bo powinna była pierwszy raz w życiu z tego dyżuru wyjść i znaleźć Patricka, a nawet nie przyszło jej to do głowy, przecież mógł potrzebować przestrzeni, samotności, ona zaś akurat usiłowała zdjąć klątwę z dzieciaka, który po wycieczce do Egiptu zaczął chudnąć, blednąć i tracić siły… - zmusiły Florence do samotnego błądzenia najpierw po uliczkach, a potem po pobliskim, ciemnym parku. Chłód zdawał się przenikać przez okrycie, sięgać ciała, kości, wędrować dalej i na dobre zadomawiać się gdzieś w żołądku, wraz z myślą, uparcie odbijającą się w głowie uzdrowicielki.
Co jeżeli Patrick straci rozum do reszty i spróbuje pójść w ślady dziewczyny, którą pokochał?
Żałowała Avery. Ale w tej chwili ten żal został zepchnięty gdzieś na bok, bo Kordelii nie mogła już pomóc, natomiast Patrickowi – być może – jeszcze tak.
Ulga zalała ją, kiedy na ławce dostrzegła znajomą postać. Przyspieszyła kroku. Była już trochę zziajana, bo aktywność fizyczna nie była najmocniejszą stroną Florence Bulstrode, a mróz i wysiłek zabarwiły jej policzki na czerwono. Kasztanowe włosy częściowo ginęły pod płaszczem, częściowo opadały na ramiona, wbrew zwyczajom nieułożone ani nie związane odpowiednio.
– Patrick – powiedziała, stając u jego boku. Nie pierwszy raz miała do czynienia z kimś, kto stracił bliską osobę. Obserwowanie utraty stanowiło część jej pracy. Ale mimo całego swojego doświadczenia, nigdy nie było łatwiej znaleźć odpowiednie słowa.
Tak mi przykro.
Wszystko w porządku?
Jak mogę pomóc?
Wszystkie tak samo puste, pozbawione znaczenia. Nie niosące pocieszenia.
Umiała leczyć złamane kości, ale nie złamane serca.
– Gdzie masz kurtkę? Zamarzniesz tutaj – oświadczyła, ściągając z szyi wełnianą, niebieską chustę i narzucając mu ją na ramiona. Baczne spojrzenie przesunęło się po jego twarzy i sylwetce, poszukując śladów po obrażeniach, pamiątkach niedawnej bójki.
Może dlatego, chociaż po dostaniu wiadomości wybiegła w noc bez wahania (w skandalicznym jak na siebie stanie, mianowicie nieuczesana, w domowej bluzie pod okryciem, z rozchełstaną chustą na szyi i butami niedobranymi do płaszcza), znalezienie właściwego miejsca zajęło jej chwilę czasu i gdy wpadła do pubu, nigdzie nie zobaczyła Stewarda. Sprawdziła każdy kąt, ignorując dziwne spojrzenia, jakimi obrzucono ją, gdy zaglądała pod stoliki i wpakowała się do męskiej toalety. Samym zimnym wzrokiem zapewne kompletnie wykastrowała jednego z gości, który ją zaczepił, a wreszcie po wypytaniu barmana dowiedziała się o niedawnej bójce. Dopytując chwilę później przypadkowych przechodniów o to samo („Czy go widziałeś? Brunet, ciemne oczy, mniej więcej taki wzrost…”), była już bliska wezwania na pomoc braci i zażądania od nich urządzenia akcji poszukiwawczej w Londynie. Skłaniała ją ku temu dramatyczna wiadomość i świadomość mrozu, szczypiącego w policzki, który mógł sprawić, że jutrzejszego poranka ktoś znajdzie martwego Patricka Stewarda w jakimś zaułku. Powstrzymała przed tym jeszcze myśl, że chyba wie, co takiego bolało Patricka – i niekoniecznie chodziło o nagle objawioną chorobę wątroby, oberwanie klątwą (a szkoda, z klątwą Florence poradziłaby sobie od razu) ani nawet o to, że banda mugoli złamała mu obie nogi i ręce. Pewnie zresztą wolałby te nogi i ręce.
Tego dnia na dyżurze dotarły do niej wiadomości o śmierci Kordelii Avery. I po części troska, a po części wyrzuty sumienia – bo powinna była pierwszy raz w życiu z tego dyżuru wyjść i znaleźć Patricka, a nawet nie przyszło jej to do głowy, przecież mógł potrzebować przestrzeni, samotności, ona zaś akurat usiłowała zdjąć klątwę z dzieciaka, który po wycieczce do Egiptu zaczął chudnąć, blednąć i tracić siły… - zmusiły Florence do samotnego błądzenia najpierw po uliczkach, a potem po pobliskim, ciemnym parku. Chłód zdawał się przenikać przez okrycie, sięgać ciała, kości, wędrować dalej i na dobre zadomawiać się gdzieś w żołądku, wraz z myślą, uparcie odbijającą się w głowie uzdrowicielki.
Co jeżeli Patrick straci rozum do reszty i spróbuje pójść w ślady dziewczyny, którą pokochał?
Żałowała Avery. Ale w tej chwili ten żal został zepchnięty gdzieś na bok, bo Kordelii nie mogła już pomóc, natomiast Patrickowi – być może – jeszcze tak.
Ulga zalała ją, kiedy na ławce dostrzegła znajomą postać. Przyspieszyła kroku. Była już trochę zziajana, bo aktywność fizyczna nie była najmocniejszą stroną Florence Bulstrode, a mróz i wysiłek zabarwiły jej policzki na czerwono. Kasztanowe włosy częściowo ginęły pod płaszczem, częściowo opadały na ramiona, wbrew zwyczajom nieułożone ani nie związane odpowiednio.
– Patrick – powiedziała, stając u jego boku. Nie pierwszy raz miała do czynienia z kimś, kto stracił bliską osobę. Obserwowanie utraty stanowiło część jej pracy. Ale mimo całego swojego doświadczenia, nigdy nie było łatwiej znaleźć odpowiednie słowa.
Tak mi przykro.
Wszystko w porządku?
Jak mogę pomóc?
Wszystkie tak samo puste, pozbawione znaczenia. Nie niosące pocieszenia.
Umiała leczyć złamane kości, ale nie złamane serca.
– Gdzie masz kurtkę? Zamarzniesz tutaj – oświadczyła, ściągając z szyi wełnianą, niebieską chustę i narzucając mu ją na ramiona. Baczne spojrzenie przesunęło się po jego twarzy i sylwetce, poszukując śladów po obrażeniach, pamiątkach niedawnej bójki.