Szanowny Eriku,
minęło trochę dni od wydarzeń na Perle Morza, na której miałem okazję Pana spotkać. Przyznaję - chwila była bardzo niekorzystna, ale podtrzymuję - był to zaszczyt. Mam nadzieję, że zdrowie Panu sprzyja i żadne niepożądane powikłanie nie pojawiło się w związku z wydarzeniami, jakich był Pan świadkiem i jakich Pan doznał.
Postanowiłem wystosować do Pana wiadomość w związku z zagadnieniem, jakie miało miejsce między Panem a Panem Patrickiem. Nie wiem, ile opowieści zdążył Pan usłyszeć, ile zbadać, ile się dowiedzieć, a może żadna część dramatu pisanego niewidzialnym tuszem dusz z Perły Morza jednak nie znalazła drogi do Pańskich oczu. Bez względu na to postanowiłem podzielić się z Panem tą częścią opowieści, którą poznałem Ja. Mam nadzieję, że będzie miała dla Pana jakąś wartość - nawet jeśli będzie to ledwo wartość zaspokojenia ciekawości.
Opowieść o Perle Morza można rozpocząć z wielu miejsc, ponieważ była ona zlepkiem wielu historii. Wiele dróg prowadzących do jednej formy. Plątała losy czarodziei jak Mojry z greckich mitologii. Powstały z nich wyjątkowo brzydkie warkocze. Statek miał prosty cel z niełatwym ładunkiem. Wiózł skarb dla samego Edwarda VII, a jednym z tych skarbów było coś, co nie powinno trafić w mugolskie dłonie. Nie rozumiał tego jeden ze złodziei, który próbował się do tego skarbu dobrać. Pozwolę sobie zacząć tę historię od osoby, która nie miała o tym skarbie pojęcia, a której życie z nim powiązano. Od kobiety imieniem Marianne Fawley.
Marianna była córką Persefony Fawley, utalentowanej czarownicy, której zainteresowania w magii przekraczały ponad to, co jest dozwolone. Marianne miała romans, bardzo nieszczęśliwy, z mugolem. Niegroźny, wydawałoby się. A jednak doprowadził do tego, że Marianne została znaleziona z podciętymi nadgarstkami w wannie. Życie za życie. Ile jest w stanie poświęcić matka dla swojego dziecka pokazało to wydarzenie. Korzystając z tajemniczego skarby wiezionego przez Perłę Morza, łącząc ją ze swoją córką i rzuciła czar, który miał, w jej mniemaniu, uratować Mariannę przed śmiercią. Aby się to udało poświęciła życie wszystkich na statku. Kobieta nie umarła i nigdy nie mogła się również obudzić. Perła Morza przybijała do wybrzeży, żeby ściągać do siebie dusze, które stanowiły paliwo dla klątwy, pożerały z nich życie powoli. Persefona Fawley oszalała i zamieniła się w coś więcej niż zwykłego poltergeista. Marianne żyła i oddychała, żył i oddychał statek.
Czym więc był tajemniczy skarb?
Naszyjnik z pereł był potężnym artefaktem należącym do Matki Wody. Przynależał do jednego z klanów trytonów. Historia tych istot nie jest pisana również różowym atramentem. Naszyjnik został przegrany w karty, a przynajmniej miał zostać takim. Zrosiła go krew trytona, który oddać ich nie chciał i który mógł być ostatnim świadkiem, co się z nim stało. Tak trafił na Perłę Morza. Głęboko do jej ładowni, gdzie biegał i krył się pewien chłopiec. Obscurus. Błąkał się pod ładownią. Jaka była jego relacja z Fawleyami i czy istniała, co robił na statku - tego nie wiem. Wiem, że był zlęknionym dzieckiem, które również nie mogło odejść w spokoju. Perły zaś należały do Morza i do Morza chciały wrócić. Ściągały do siebie tych, którzy byli wrażliwi i rozumieli szepty Matki Wody, żeby tam pochłonęła ich klątwa. One, całkowicie świadomie, chciały trafić z powrotem do świata, do których należały.
Historia ta zaczyna się daleko przed Marianne Fawley, zbiór przypadków zapędzających ludzi do jednej historii, ale to od niej ma swój rozdział pierwszy i na niej swój epilog. Nie chciała takiej historii. Nie chciała klątwy. Śmierci. Kiedy Perła Morza wynurzała się i przybywały nowe osoby na pokład statku starała się ich obudzić. Aż w końcu sama zasnęła na wieki, dręczona błędem swojego samobójstwa, utraconą miłością i doprowadzeniem matki do szaleństwa.
Nie jestem pisarzem, ale mam nadzieję, że forma opowieści była dla Pana przystępna i przedstawiła historię od strony, od której nie miał jej Pan okazji poznać.