16.04.2024, 01:52 ✶
Brygadzista kiwnął głową. Stał i słuchał tyrady Brenny, najwidoczniej nie za bardzo wiedząc, co właściwie powinien jej na to odpowiedzieć. Czy wierzył, że Longbottom naprawdę znalazła tutaj ciało? Chciał jej wierzyć.
I tu mniej więcej kończyło się jego zdanie na temat tego, co mówiła. Chciał jej wierzyć, ale ciągle jakaś cicha myśl podpowiadała mu, że było jednak dość ciemno, ciała nie ma (i pewnie go wcale tutaj nie było) a Brenna była jednak zmęczona (bo wszyscy byli już trochę zmęczeni). I choćby to, że słabł trop, który wyczuwała, w jego mniemaniu wskazywało na to, że czegokolwiek nie twierdziłaby, również i ją dopadło męczenie. Tak więc, uwierzył jej, że coś tutaj dostrzegła, ale po dłuższym zastanowieniu założyłby, że był to raczej kapelusz pruchawki niż czaszka i stary, zmurszały pieniek a nie buty lub nogi.
Ach, no i był zdania, że ten mech to tutaj na pewno był. Nie znał się może jakoś szczególnie na ogrodnictwie, ale i mając podstawową wiedzę wiedział, że rośliny potrzebowały czasu by rosnąć. Trochę więcej czasu niż dwadzieścia minut.
Jeszcze raz posłał światełko, by to oświetliło polanę, ale nie zobaczyli nic niepokojącego. Cichym mruknięciem zakończył działanie zaklęcia. Mimo wszystko lepiej, by mugole nie zauważyli oznak magii.
- Eee… jeśli Bagshot nie żyje, to chyba przekonamy się o tym dość szybko – powiedział wreszcie, dość dyplomatycznie pomijając fakt znikających zwłok, być może należących do zaginionego historyka a być może takich, które były jednak halucynacją przemęczonego umysłu. – Wierzę ci, naprawdę. Po prostu rankiem chyba łatwiej będzie dostrzec jakieś ślady – dodał łagodniej, jakby próbował przekonać nie tylko Brennę, ale również i siebie samego. – Słyszałem, że w czasie, gdy znikał Owen nie było w Ośrodku Windermere zbyt wielu mugoli, bo większość udała się na festyn do Carlisle. Palili tam dzisiaj jakieś ognisko.
Posłusznie poszedł za brygadzistką.
W ludzkiej postaci, Brenna widziała mniej niż jako wilczyca. W nos dalej uderzał ją zapach młodego lasu: czuła igliwie i żywicę. Ale jej zmysły nie były już aż tak czułe, by mogła wychwycić czające się w głębinie zwierzęta lub wyczuć słabnący odór nieumarłych. Tego ostatniego zresztą, może już nawet nie było?
Gdy dotarli do miejsca, gdzie za pierwszym razem zobaczyła rozciągnięte na gałęzi jelito, to nadal znajdowało się na swoim miejscu. W ludzkiej postaci, Longbottom widziała je jedynie jako coś ciemnego, długiego i smętnie zwisającego, ale wystarczyłaby odrobina światła, by potwierdziła przed swoim towarzyszem, że nie miała halucynacji.
Brygadzistka tymczasem podniósł głowę do góry i zmrużył oczy, chyba nie do końca zdając sobie sprawę z tego, na co właściwie patrzył. Odoru zgnilizny i rozkładu nie wyczuwali.
I tu mniej więcej kończyło się jego zdanie na temat tego, co mówiła. Chciał jej wierzyć, ale ciągle jakaś cicha myśl podpowiadała mu, że było jednak dość ciemno, ciała nie ma (i pewnie go wcale tutaj nie było) a Brenna była jednak zmęczona (bo wszyscy byli już trochę zmęczeni). I choćby to, że słabł trop, który wyczuwała, w jego mniemaniu wskazywało na to, że czegokolwiek nie twierdziłaby, również i ją dopadło męczenie. Tak więc, uwierzył jej, że coś tutaj dostrzegła, ale po dłuższym zastanowieniu założyłby, że był to raczej kapelusz pruchawki niż czaszka i stary, zmurszały pieniek a nie buty lub nogi.
Ach, no i był zdania, że ten mech to tutaj na pewno był. Nie znał się może jakoś szczególnie na ogrodnictwie, ale i mając podstawową wiedzę wiedział, że rośliny potrzebowały czasu by rosnąć. Trochę więcej czasu niż dwadzieścia minut.
Jeszcze raz posłał światełko, by to oświetliło polanę, ale nie zobaczyli nic niepokojącego. Cichym mruknięciem zakończył działanie zaklęcia. Mimo wszystko lepiej, by mugole nie zauważyli oznak magii.
- Eee… jeśli Bagshot nie żyje, to chyba przekonamy się o tym dość szybko – powiedział wreszcie, dość dyplomatycznie pomijając fakt znikających zwłok, być może należących do zaginionego historyka a być może takich, które były jednak halucynacją przemęczonego umysłu. – Wierzę ci, naprawdę. Po prostu rankiem chyba łatwiej będzie dostrzec jakieś ślady – dodał łagodniej, jakby próbował przekonać nie tylko Brennę, ale również i siebie samego. – Słyszałem, że w czasie, gdy znikał Owen nie było w Ośrodku Windermere zbyt wielu mugoli, bo większość udała się na festyn do Carlisle. Palili tam dzisiaj jakieś ognisko.
Posłusznie poszedł za brygadzistką.
W ludzkiej postaci, Brenna widziała mniej niż jako wilczyca. W nos dalej uderzał ją zapach młodego lasu: czuła igliwie i żywicę. Ale jej zmysły nie były już aż tak czułe, by mogła wychwycić czające się w głębinie zwierzęta lub wyczuć słabnący odór nieumarłych. Tego ostatniego zresztą, może już nawet nie było?
Gdy dotarli do miejsca, gdzie za pierwszym razem zobaczyła rozciągnięte na gałęzi jelito, to nadal znajdowało się na swoim miejscu. W ludzkiej postaci, Longbottom widziała je jedynie jako coś ciemnego, długiego i smętnie zwisającego, ale wystarczyłaby odrobina światła, by potwierdziła przed swoim towarzyszem, że nie miała halucynacji.
Brygadzistka tymczasem podniósł głowę do góry i zmrużył oczy, chyba nie do końca zdając sobie sprawę z tego, na co właściwie patrzył. Odoru zgnilizny i rozkładu nie wyczuwali.