16.04.2024, 10:25 ✶
Sebastian Macmillan musiał lubić Patricka Stewarda bardziej niż Brenna kiedykolwiek podejrzewała, skoro sam, pierwszy, z własnej, nieprzymuszonej woli, poprosił ją o spotkanie. Nie była pewna, dlaczego padło akurat na nią - być może Patrick wspomniał mu o wyprawie do Szwecji, a może chodziło o to, że była kuzynką Mavelle, z nią samą natomiast Sebastian nie miał wiele kontaktów. Pewna paranoja, tkwiąca w jej głowie od ładnych paru miesięcy, podpowiadała, że może też Sebastian szukał informacji dla tej drugiej strony, bo z Voldemortem w Limbo były trzy osoby, ale niezbyt widziała spokojnego i miłującego spokój Macmillana jako zwolennika Voldemorta.
Zresztą, o co by nie chodziło – nie było mowy, aby Brenna odmówiła. Pomiędzy wszystkimi rzeczami, którymi należało się zająć czy to w pracy, czy dla Zakonu Feniksa, stale miała gdzieś z tyłu głowy myśl o Zimnych i o tym, że do Samhain powinni znaleźć rozwiązanie zagadki albo przynajmniej jakąś podpowiedź. W kowenie Macmillanów mogły kryć się podpowiedzi, bo arcykapłanka, nawet jeżeli później oszalała, w jakiś sposób zdołała wyciągnąć Atreusa Bulstroda z zaświatów.
Jego zabrała ona.
Resztę pchnęły ku temu duchy?
Różnica w pokonanej drodze mogła być odpowiedzią, a Isobell Macmillan nie udzieli tej Brennie, Mavelle, pewnie nawet nie Atreusowi. Być może natomiast zechce porozmawiać ze swoim kuzynem.
Potrzebowali nekromanty, nie spirytysty, owszem, ale w tej chwili Brenna nie miała nekromanty pod ręką – tego dopiero zamierzała szukać gdzieś w krainie, którą kiedyś nazywano Czarnym Lądem.
Rozglądała się ciekawie, gdy przekroczyła próg niewielkiej kaplicy Matki. To nie tak, że Brenna była ateistką: żyli w czasach i w świecie, w którym ateizm wcale nie był oczywistą opcją, zwłaszcza jeżeli wiedziałeś, że w głowie twojej kuzynki kryły się wspomnienia kogoś, kto umarł. Ale też prawdą było, że modlitwom nie poświęcała wiele czasu, nie odwiedzała siedziby kowenu bez powodów, a sabaty były dla niej bardziej okazją do zabawy lub dniem pracy niż religijnym świętem. Nie bywała więc często w takich miejscach, jak tutaj. Czy Sebastian miał jakiś konkretny powód, aby wskazać właśnie je jako lokalizację spotkania?
- Cześć – przywitała się, podchodząc do Sebastiana. Uśmiechnęła się mimowolnie: brak pytań był po części związany z tym, że tak jakby ręka bolała ją wtedy za bardzo, aby mogła utrzymać bez problemów pióro w ręku. Ale prawdą było i to, że nie zamierzała prosić Sebastiana o żadne listowne wyjaśnienia. Chciał pomóc, z jakichś powodów uważał, że ona powinna być w to zaangażowana, to oznaczało, że po prostu powinna się tutaj stawić i omówić z nim wszystko osobiście. – Pomyślałam, że lepiej będzie wszystkie pytania zadać osobiście. Poza tym z czego miałbyś mi się tłumaczyć? Z tego, że chcesz pomóc przyjacielowi, który ma poważny problem?
Wzruszyła przy tym lekko ramionami, zbywając przy tym nie tyleż pomoc przyjacielowi czy wagę ewentualnego problemu, a raczej podkreślając, że nie ma pojęcia, jakichś wyjaśnień mogłaby się od niego spodziewać.
– To jest dla mnie ważna sprawa. Byłam z Mavelle w Szwecji. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, być może za parę dni pojadę z Victorią do Afryki. Mamy trochę tropów, ale żadnych odpowiedzi. Być może niektórych z nich mogłaby udzielić twoja świeżo aresztowana krewna.
To mógł być drażliwy temat, bo Isobell była nie tylko Macmillanówną, ale także arcykapłanką. Przewodniczką sabatu. Która najwyraźniej nie tylko nie umiała już odróżnić tego, co dobre, od tego, co złe, ale też tego, co rozsądne, od tego, co jest absolutnie głupie. W tym wypadku Brenna nie zdecydowała się jednak na daleko posuniętą ostrożność.
– Zastanawiam się za to, czego ode mnie oczekujesz, Sebastianie?
Bo to dziwiło ją chyba najbardziej – że skontaktował się właśnie z nią.
Zresztą, o co by nie chodziło – nie było mowy, aby Brenna odmówiła. Pomiędzy wszystkimi rzeczami, którymi należało się zająć czy to w pracy, czy dla Zakonu Feniksa, stale miała gdzieś z tyłu głowy myśl o Zimnych i o tym, że do Samhain powinni znaleźć rozwiązanie zagadki albo przynajmniej jakąś podpowiedź. W kowenie Macmillanów mogły kryć się podpowiedzi, bo arcykapłanka, nawet jeżeli później oszalała, w jakiś sposób zdołała wyciągnąć Atreusa Bulstroda z zaświatów.
Jego zabrała ona.
Resztę pchnęły ku temu duchy?
Różnica w pokonanej drodze mogła być odpowiedzią, a Isobell Macmillan nie udzieli tej Brennie, Mavelle, pewnie nawet nie Atreusowi. Być może natomiast zechce porozmawiać ze swoim kuzynem.
Potrzebowali nekromanty, nie spirytysty, owszem, ale w tej chwili Brenna nie miała nekromanty pod ręką – tego dopiero zamierzała szukać gdzieś w krainie, którą kiedyś nazywano Czarnym Lądem.
Rozglądała się ciekawie, gdy przekroczyła próg niewielkiej kaplicy Matki. To nie tak, że Brenna była ateistką: żyli w czasach i w świecie, w którym ateizm wcale nie był oczywistą opcją, zwłaszcza jeżeli wiedziałeś, że w głowie twojej kuzynki kryły się wspomnienia kogoś, kto umarł. Ale też prawdą było, że modlitwom nie poświęcała wiele czasu, nie odwiedzała siedziby kowenu bez powodów, a sabaty były dla niej bardziej okazją do zabawy lub dniem pracy niż religijnym świętem. Nie bywała więc często w takich miejscach, jak tutaj. Czy Sebastian miał jakiś konkretny powód, aby wskazać właśnie je jako lokalizację spotkania?
- Cześć – przywitała się, podchodząc do Sebastiana. Uśmiechnęła się mimowolnie: brak pytań był po części związany z tym, że tak jakby ręka bolała ją wtedy za bardzo, aby mogła utrzymać bez problemów pióro w ręku. Ale prawdą było i to, że nie zamierzała prosić Sebastiana o żadne listowne wyjaśnienia. Chciał pomóc, z jakichś powodów uważał, że ona powinna być w to zaangażowana, to oznaczało, że po prostu powinna się tutaj stawić i omówić z nim wszystko osobiście. – Pomyślałam, że lepiej będzie wszystkie pytania zadać osobiście. Poza tym z czego miałbyś mi się tłumaczyć? Z tego, że chcesz pomóc przyjacielowi, który ma poważny problem?
Wzruszyła przy tym lekko ramionami, zbywając przy tym nie tyleż pomoc przyjacielowi czy wagę ewentualnego problemu, a raczej podkreślając, że nie ma pojęcia, jakichś wyjaśnień mogłaby się od niego spodziewać.
– To jest dla mnie ważna sprawa. Byłam z Mavelle w Szwecji. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, być może za parę dni pojadę z Victorią do Afryki. Mamy trochę tropów, ale żadnych odpowiedzi. Być może niektórych z nich mogłaby udzielić twoja świeżo aresztowana krewna.
To mógł być drażliwy temat, bo Isobell była nie tylko Macmillanówną, ale także arcykapłanką. Przewodniczką sabatu. Która najwyraźniej nie tylko nie umiała już odróżnić tego, co dobre, od tego, co złe, ale też tego, co rozsądne, od tego, co jest absolutnie głupie. W tym wypadku Brenna nie zdecydowała się jednak na daleko posuniętą ostrożność.
– Zastanawiam się za to, czego ode mnie oczekujesz, Sebastianie?
Bo to dziwiło ją chyba najbardziej – że skontaktował się właśnie z nią.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.