17.12.2022, 12:32 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.12.2022, 22:41 przez Brenna Longbottom.)
- Tak, dlatego za ciebie nawet nie zapłacą, tylko bezczelnie porwą – westchnęła Brenna, decydując się nie wspominać, że tak naprawdę martwi się tym, bo dzisiaj Steward zdawał się mieć strasznego pecha. Bo to właściwie nie byłoby „wspominanie” a „wypominanie”.
- Mav, nie mogę ci tego obiecać - powiedziała poważnym tonem. - Co jeżeli zobaczę mężczyznę mojego życia akurat, gdy ciebie nie będzie obok? Mam wtedy wstrzymać się z rzucaniem szyszką aż dotrzesz na miejsce? A co jeżeli stracę przez to jedyną szansę na szczęście? Jeżeli podejdę do niego i powiem: "hej, słuchaj, postój tu chwilę, bo chcę coś zrobić, ale moja kuzynka koniecznie musi być świadkiem", może mnie uznać za kompletną wariatkę. Chociaż zaraz, za taką pewnie i tak mnie uzna, jak już rzucę szyszką, więc może i żadna różnica...
Nie oponowała przeciwko wyprawie ku stoisku wił, mimo odrobiny niepokoju. Ruszyła do przodu, znów kierując się w tamtą stronę.
A wtedy ktoś zaczepił Patricka.
Brenna zmarszczyła brwi, obserwując sytuację, chociaż z początku nie dostrzegła w niej niczego niepokojącego. Dopiero kiedy Steward powiedział, że zaczepiła go Szeptucha, jej oczy zrobiły się jakby odrobinę większe.
Nie dlatego, że kobieta podeszła do Patricka. A dlatego, że zrobiła to niezauważona. Brenna mieszkała w Dolinie, słyszała o niej i po tym wszystkim, co dziś spadało na głowę Stewarda, zapewne widząc Szeptuchę wędrującą w jego stronę, zaryzykowałaby oberwanie witkami po głowie i po prostu zastąpiła jej drogę. Tymczasem… coś jakby pomieszało jej zmysły. I to sprawiło, że Longbottom spojrzała w tłum, jakby próbowała wypatrzeć znikającą kobietę. Jasnowidzenie? Wróżbiarstwo? Norma w ich świecie. Nic nadzwyczajnego dla kogoś, kto regularnie dosłownie dawał nura w przeszłość.
Przejście niezauważonym obok dwóch Brygadzistek, z których jedna miała paranoję?
- Szlag – mruknęła. – Jeśli kiedyś ją wypatrzę, to chyba przykuję się do niej kajdankami, cokolwiek o nas nie powiedzą i zażądam wyjaśnień – mruknęła. – Nie ufaj jej za bardzo, Patrick. Ta kobieta podobno faktycznie… wiele widzi, ale jest szalona. Z powodu tych wizji albo pomimo ich. Nie przypominam sobie, aby kiedykolwiek komukolwiek jakaś jej wróżba pomogła.
Oczywiście, Brenna znała tylko plotki.
Ale w tym przypadku miała uczucie, że w tych plotkach tkwi ziarno prawdy.
- Chodźmy gdzieś na bok – powiedziała, chyba odgadując, że Steward po tym wszystkim ma dość. Ciągnięcie go dalej na stragany i Dobrą Zabawę nie wydawało się już Brennie dobrym pomysłem. Schwyciła nawet lekko rąbek jego rękawa, drugą ręką złapała za nadgarstek Mavelle i była gotowa odejść spomiędzy straganów. Dowiedzieć się, co dokładnie powiedziała Szeptucha, a potem pozwolić Stewardowi się ulotnić, jeżeli to tego sobie życzył.
- Mav, nie mogę ci tego obiecać - powiedziała poważnym tonem. - Co jeżeli zobaczę mężczyznę mojego życia akurat, gdy ciebie nie będzie obok? Mam wtedy wstrzymać się z rzucaniem szyszką aż dotrzesz na miejsce? A co jeżeli stracę przez to jedyną szansę na szczęście? Jeżeli podejdę do niego i powiem: "hej, słuchaj, postój tu chwilę, bo chcę coś zrobić, ale moja kuzynka koniecznie musi być świadkiem", może mnie uznać za kompletną wariatkę. Chociaż zaraz, za taką pewnie i tak mnie uzna, jak już rzucę szyszką, więc może i żadna różnica...
Nie oponowała przeciwko wyprawie ku stoisku wił, mimo odrobiny niepokoju. Ruszyła do przodu, znów kierując się w tamtą stronę.
A wtedy ktoś zaczepił Patricka.
Brenna zmarszczyła brwi, obserwując sytuację, chociaż z początku nie dostrzegła w niej niczego niepokojącego. Dopiero kiedy Steward powiedział, że zaczepiła go Szeptucha, jej oczy zrobiły się jakby odrobinę większe.
Nie dlatego, że kobieta podeszła do Patricka. A dlatego, że zrobiła to niezauważona. Brenna mieszkała w Dolinie, słyszała o niej i po tym wszystkim, co dziś spadało na głowę Stewarda, zapewne widząc Szeptuchę wędrującą w jego stronę, zaryzykowałaby oberwanie witkami po głowie i po prostu zastąpiła jej drogę. Tymczasem… coś jakby pomieszało jej zmysły. I to sprawiło, że Longbottom spojrzała w tłum, jakby próbowała wypatrzeć znikającą kobietę. Jasnowidzenie? Wróżbiarstwo? Norma w ich świecie. Nic nadzwyczajnego dla kogoś, kto regularnie dosłownie dawał nura w przeszłość.
Przejście niezauważonym obok dwóch Brygadzistek, z których jedna miała paranoję?
- Szlag – mruknęła. – Jeśli kiedyś ją wypatrzę, to chyba przykuję się do niej kajdankami, cokolwiek o nas nie powiedzą i zażądam wyjaśnień – mruknęła. – Nie ufaj jej za bardzo, Patrick. Ta kobieta podobno faktycznie… wiele widzi, ale jest szalona. Z powodu tych wizji albo pomimo ich. Nie przypominam sobie, aby kiedykolwiek komukolwiek jakaś jej wróżba pomogła.
Oczywiście, Brenna znała tylko plotki.
Ale w tym przypadku miała uczucie, że w tych plotkach tkwi ziarno prawdy.
- Chodźmy gdzieś na bok – powiedziała, chyba odgadując, że Steward po tym wszystkim ma dość. Ciągnięcie go dalej na stragany i Dobrą Zabawę nie wydawało się już Brennie dobrym pomysłem. Schwyciła nawet lekko rąbek jego rękawa, drugą ręką złapała za nadgarstek Mavelle i była gotowa odejść spomiędzy straganów. Dowiedzieć się, co dokładnie powiedziała Szeptucha, a potem pozwolić Stewardowi się ulotnić, jeżeli to tego sobie życzył.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.