16.04.2024, 17:51 ✶
Olivia nie postrzegała się jako ofiara - już nie. Ciąg wydarzeń, splatany z bolesną przeszłością i radosną teraźniejszością sprawił, że udało jej się przezwyciężyć to wzburzone morze i wystawić głowę ponad fale, by chwycić łapczywie powietrze. Udało jej się nie tylko złapać oddech, ale i tak wygiąć ciało, by utrzymać się na powierzchni, a nawet wykonywać pierwsze nieśmiałe gesty rękami i nogami, by zacząć sunąć do brzegu i pokonywać przeszkody, jakimi były spienione, morskie bałwany. Być może gdyby Laurent spotkał się z nią wcześniej, gdy rany się jeszcze nie zabliźniły, zachowywałaby się inaczej - bardziej płochliwie, bardziej jak ofiara. Ale nie teraz - teraz była silna, udało jej się zerwać ten sznur i w końcu odnaleźć siebie, a przynajmniej tak sądziła. Nie szukała jego dotyku tak, jak kiedyś - gdy palce musnęły powietrze, tylko pokręciła głową z uśmiechem. Wiedziała doskonale, że czułe gesty i w ogóle dotyk były oznaką troski ze strony Laurenta. Ona też porozumiewała się dotykiem, chociaż niektórym pewnie ciężko byłoby w to uwierzyć, bo przecież Olivia Quirke gadała jak najęta. Ale taka była prawda - przytulenie, złapanie za rękę, pocałunek w czubek głowy czy czoło. Jednak nawet ona wiedziała, że pewnych rzeczy po prostu już nie wypada. Poza tym to nie jego dotyku pragnęła - i owszem, była gotowa go złapać, przytulić i zamknąć w objęciach, gdyby tego potrzebował, lecz najwyraźniej sama doskonale znała wyznaczone przez siebie i niego samego granice, skoro nie podeszła bliżej i nie wtuliła policzka w jego dłoń.
- Tak, myślałam o tym w ten sposób. Wszystko jednak zależy od wspomnienia - powiedziała w końcu, przygryzając wnętrze policzka. Laurent miał rację, lecz przecież i ona nie kłamała w swoich domniemaniach. Łatwo było się zatracić w przyjemnej przeszłości, ale równie łatwo było spaść na samo dno dzięki bolesnym wspomnieniom. Ona miała jedno takie jedno, które trzymała ukryte, i za nic nie chciałaby przeżywać tego po raz kolejny. Czy Laurent również miał takie wspomnienia? Olivia uważnie studiowała delikatną twarz mężczyzny. Na pewno miał - musiał mieć. Każdy miał takie wspomnienie, o którym chciał zapomnieć i które potrafiło sprawić, że rany otwierały się na nowo i zaczynały krwawić i ropieć.
Gdy skomentował jej ciekawość, tylko przewróciła oczami, ale uśmiechnęła się. Znał ją dość dobrze - pewnie wiedział, jak wielką bitwę toczyła w głowie. Być albo nie być, zabrać czy zostawić. Ukraść czy zgłosić. Nakręcić pozytywkę czy schować ją przed światem. Wiadomym było, że w przypadku Olivii rozsądek rzadko kiedy bierze górę, więc ruda tylko rozłożyła ręce w geście mówiącym i co się czepiasz?. A potem wbiła wzrok w dłonie Prewetta, sprawnie nakręcające pozytywkę po raz drugi.
Nagle znalazła się w szklarni. Znowu była w Hogwarcie, ale była starsza niż w ostatnim wspomnieniu. Dłonie opatulały skórzane, grube rękawice, a jej ręce poruszały się niemal mechanicznie, gdy rozkopywała ziemię, by następnie ostrożnie przesadzić roślinę do nowej doniczki.
Nagle donica pękła, a kolejny kamień zatrzymał się tuż przed jej twarzą. Olivia odskoczyła, niemal się wywracając. Gdyby nie dużo młodszy od niej ślizgon, zapewne dostałaby kamieniem w głowę. Powiedział coś do niej, a ona mu odpowiedziała. Czuła ten niepokój podczas rozmowy, czuła oblepiający wzrok i widziała kpiący uśmiech. Nie była w stanie sobie jednak przypomnieć tego, o czym rozmawiali. Coś o przyjęciu i quidditchu. A potem słyszała tylko jedno. Szlama. Szlama, szlama, szlama. Czuła złość i to nie dlatego, że była czystej krwi. Czuła złość, bo te słowa były obraźliwe dla osób, które kochała całym sercem. Wtedy i teraz. Czuła, jak gniew i nienawiść rozsadzają ją od środka, a palce mimowolnie wędrują do kieszeni szaty po różdżkę, ale młody ślizgon zniknął.
Zniknął tak samo, jak szklarnia i donica, jak zielarski stół.
Olivia zamrugała, wciąż czując ogromną złość i jeszcze większy dyskomfort. Mimowolnie wykrzywiła twarz w brzydkim grymasie - i nawet odwróciła od Laurenta głowę, żeby tego nie dostrzegł, ale chyba zrobiła to zbyt późno.
- Mówiłam - powiedziała tylko, sięgając po kolejnego papierosa. Miała ograniczać, ale wyglądała tak, jakby zobaczyła ducha. Odrobinę też trzęsły się jej ręce. - Zapalę i możemy jechać dalej. Chyba że chcesz wracać?
Nie miała zamiaru dzielić się z Laurentem tym wspomnieniem. Bo co by to dało? "Kiedyś ktoś błędnie nazwał mnie szlamą, a ja nie lubię gdy ktoś segreguje ludzi ze względu na krew, rasę, wygląd czy cokolwiek innego"? Przecież mógł się domyślić, że z tej całej zgrai czystokrwistych Olivii było bliżej do Longbottomów niż kogokolwiek innego, jeżeli chodzi o poglądy. To było oczywiste - była zbyt dobra i zbyt naiwna, by było inaczej. W jej sercu nie było miejsca na nienawiść tego typu.
- Tak, myślałam o tym w ten sposób. Wszystko jednak zależy od wspomnienia - powiedziała w końcu, przygryzając wnętrze policzka. Laurent miał rację, lecz przecież i ona nie kłamała w swoich domniemaniach. Łatwo było się zatracić w przyjemnej przeszłości, ale równie łatwo było spaść na samo dno dzięki bolesnym wspomnieniom. Ona miała jedno takie jedno, które trzymała ukryte, i za nic nie chciałaby przeżywać tego po raz kolejny. Czy Laurent również miał takie wspomnienia? Olivia uważnie studiowała delikatną twarz mężczyzny. Na pewno miał - musiał mieć. Każdy miał takie wspomnienie, o którym chciał zapomnieć i które potrafiło sprawić, że rany otwierały się na nowo i zaczynały krwawić i ropieć.
Gdy skomentował jej ciekawość, tylko przewróciła oczami, ale uśmiechnęła się. Znał ją dość dobrze - pewnie wiedział, jak wielką bitwę toczyła w głowie. Być albo nie być, zabrać czy zostawić. Ukraść czy zgłosić. Nakręcić pozytywkę czy schować ją przed światem. Wiadomym było, że w przypadku Olivii rozsądek rzadko kiedy bierze górę, więc ruda tylko rozłożyła ręce w geście mówiącym i co się czepiasz?. A potem wbiła wzrok w dłonie Prewetta, sprawnie nakręcające pozytywkę po raz drugi.
Nagle znalazła się w szklarni. Znowu była w Hogwarcie, ale była starsza niż w ostatnim wspomnieniu. Dłonie opatulały skórzane, grube rękawice, a jej ręce poruszały się niemal mechanicznie, gdy rozkopywała ziemię, by następnie ostrożnie przesadzić roślinę do nowej doniczki.
Nagle donica pękła, a kolejny kamień zatrzymał się tuż przed jej twarzą. Olivia odskoczyła, niemal się wywracając. Gdyby nie dużo młodszy od niej ślizgon, zapewne dostałaby kamieniem w głowę. Powiedział coś do niej, a ona mu odpowiedziała. Czuła ten niepokój podczas rozmowy, czuła oblepiający wzrok i widziała kpiący uśmiech. Nie była w stanie sobie jednak przypomnieć tego, o czym rozmawiali. Coś o przyjęciu i quidditchu. A potem słyszała tylko jedno. Szlama. Szlama, szlama, szlama. Czuła złość i to nie dlatego, że była czystej krwi. Czuła złość, bo te słowa były obraźliwe dla osób, które kochała całym sercem. Wtedy i teraz. Czuła, jak gniew i nienawiść rozsadzają ją od środka, a palce mimowolnie wędrują do kieszeni szaty po różdżkę, ale młody ślizgon zniknął.
Zniknął tak samo, jak szklarnia i donica, jak zielarski stół.
Olivia zamrugała, wciąż czując ogromną złość i jeszcze większy dyskomfort. Mimowolnie wykrzywiła twarz w brzydkim grymasie - i nawet odwróciła od Laurenta głowę, żeby tego nie dostrzegł, ale chyba zrobiła to zbyt późno.
- Mówiłam - powiedziała tylko, sięgając po kolejnego papierosa. Miała ograniczać, ale wyglądała tak, jakby zobaczyła ducha. Odrobinę też trzęsły się jej ręce. - Zapalę i możemy jechać dalej. Chyba że chcesz wracać?
Nie miała zamiaru dzielić się z Laurentem tym wspomnieniem. Bo co by to dało? "Kiedyś ktoś błędnie nazwał mnie szlamą, a ja nie lubię gdy ktoś segreguje ludzi ze względu na krew, rasę, wygląd czy cokolwiek innego"? Przecież mógł się domyślić, że z tej całej zgrai czystokrwistych Olivii było bliżej do Longbottomów niż kogokolwiek innego, jeżeli chodzi o poglądy. To było oczywiste - była zbyt dobra i zbyt naiwna, by było inaczej. W jej sercu nie było miejsca na nienawiść tego typu.