16.04.2024, 17:54 ✶
- A nie, nic takiego, pewnie bredzę, bo podali mi eliksiry - oświadczyła Brenna bezczelnie, patrząc Basiliusowi prosto w oczy, ani myśląc wdawać się w wyjaśnienia, że tę wzmiankę o czytanie dla tej bohaterki wpadającej w wodę, uznała właśnie za typowo prewettowskie, odruchowe mówienie czegoś, co ktoś inny uzna za miłe. Co poradzić, ostatecznie była przecież z rodziny glin, niektóre rzeczy nadmiernie analizowała. (Ale przy okazji była też córką Potterówny, więc takie zapewnianie, że ależ skąd, ona nic, bredzi tylko, także wpisywało się w pewne rodzinne tradycje.) – Zupełnie nie zwracaj na mnie uwagi. Znaczy się na to, co wygaduję. Bo na rany to lepiej zwracaj, chciałabym, żeby znikły.
Brenna, wbrew pozorom, czasem potrafiła zachować się profesjonalnie. Głównie w pracy, wobec świadków i ofiar przestępstw. Niekiedy przy okazji załatwiania interesów rodzinnych, gdy zdawała sobie sprawę z tego, że ta druga strona nie przyjmie dobrze Brenny w trybie zwykłego chaosu – nie mogła ot tak wpaść sobie do salonu Blacków, których znała zaledwie z widzenia, i zacząć wygadywać absolutnych głupot, gdy chciała prosić ich o udział w jakimś wydarzeniu charytatywnym. Ale w Mungu już zachowywała się raczej… no jak ona, Basiliusa pamiętała z Hogwartu, w dodatku z roku jej brata, a poza tym ogólne przytępienie zażytą miksturą dodatkowo rozwiązywało język.
– Policyjne śledztwa rzadko dobrze opisują, więc pewnie z przypadkami medycznymi też zwykle jest słabo – odparła, a potem…
Potem syknęła i odruchowo wyrwała ręce, kiedy zostały zlane nieco zbyt dużą ilością eliksiru, bo środki przeciwbólowe środkami przeciwbólowymi, ale rany w pierwszej chwili nie zareagowały dobrze i gdy się powiększyły na ten moment, to Brenna zdecydowanie to poczuła. Na całe szczęście już kilkanaście sekund później zasklepiły się, i ból zaczął powoli ustępować. Brenna odetchnęła z pewną ulgą, opuszczając ręce, ale chociaż była blada, to najwyraźniej nie ona zniosła tę całą procedurę najgorzej…
Odruchowo poderwała się, widząc, że biedny Octavian biegnie do drzwi i zaczyna się chwiać. Niestety albo na całe szczęście, dzieliła ich zbyt duża odległość. Z pewnością na całe szczęście – za rozwartymi drzwiami trafił się magipielęgniarz, który złapał nieszczęsnego chłopaka, nim ten upadł na ziemię.
– Macie bardzo wytrenowaną kadrę – pochwaliła Brenna, widząc, że wybawca studenta zdołał go schwycić i jeszcze utrzymać, mimo tego, że Octavian był człowiekiem słusznego wzrostu. A potem opadła z powrotem na kozetkę i jeszcze raz przyjrzała się swoim dłoniom, cudownie niegnijącym, i kolanom, absolutnie wolnym od śladów zieleni. Tylko Rhynda, zajmująca się umundurowaniem, będzie marudziła, gdy Brenna zgłosi zapotrzebowanie na nowy komplet. – Dopiero zaczyna, co? Czy to już wszystko, panie uzdrowicielu? – zapytała, jak gdyby nigdy nic, i jak gdyby nie zauważyła, że Basilius siedzi trochę jak spetryfikowany przez jakiegoś bazyliszka.
Brenna, wbrew pozorom, czasem potrafiła zachować się profesjonalnie. Głównie w pracy, wobec świadków i ofiar przestępstw. Niekiedy przy okazji załatwiania interesów rodzinnych, gdy zdawała sobie sprawę z tego, że ta druga strona nie przyjmie dobrze Brenny w trybie zwykłego chaosu – nie mogła ot tak wpaść sobie do salonu Blacków, których znała zaledwie z widzenia, i zacząć wygadywać absolutnych głupot, gdy chciała prosić ich o udział w jakimś wydarzeniu charytatywnym. Ale w Mungu już zachowywała się raczej… no jak ona, Basiliusa pamiętała z Hogwartu, w dodatku z roku jej brata, a poza tym ogólne przytępienie zażytą miksturą dodatkowo rozwiązywało język.
– Policyjne śledztwa rzadko dobrze opisują, więc pewnie z przypadkami medycznymi też zwykle jest słabo – odparła, a potem…
Potem syknęła i odruchowo wyrwała ręce, kiedy zostały zlane nieco zbyt dużą ilością eliksiru, bo środki przeciwbólowe środkami przeciwbólowymi, ale rany w pierwszej chwili nie zareagowały dobrze i gdy się powiększyły na ten moment, to Brenna zdecydowanie to poczuła. Na całe szczęście już kilkanaście sekund później zasklepiły się, i ból zaczął powoli ustępować. Brenna odetchnęła z pewną ulgą, opuszczając ręce, ale chociaż była blada, to najwyraźniej nie ona zniosła tę całą procedurę najgorzej…
Odruchowo poderwała się, widząc, że biedny Octavian biegnie do drzwi i zaczyna się chwiać. Niestety albo na całe szczęście, dzieliła ich zbyt duża odległość. Z pewnością na całe szczęście – za rozwartymi drzwiami trafił się magipielęgniarz, który złapał nieszczęsnego chłopaka, nim ten upadł na ziemię.
– Macie bardzo wytrenowaną kadrę – pochwaliła Brenna, widząc, że wybawca studenta zdołał go schwycić i jeszcze utrzymać, mimo tego, że Octavian był człowiekiem słusznego wzrostu. A potem opadła z powrotem na kozetkę i jeszcze raz przyjrzała się swoim dłoniom, cudownie niegnijącym, i kolanom, absolutnie wolnym od śladów zieleni. Tylko Rhynda, zajmująca się umundurowaniem, będzie marudziła, gdy Brenna zgłosi zapotrzebowanie na nowy komplet. – Dopiero zaczyna, co? Czy to już wszystko, panie uzdrowicielu? – zapytała, jak gdyby nigdy nic, i jak gdyby nie zauważyła, że Basilius siedzi trochę jak spetryfikowany przez jakiegoś bazyliszka.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.