17.04.2024, 00:47 ✶
Owen przewrócił oczami. Poczuł jak w środku coś mu się przewróciło z irytacji. No naprawdę, czy ten tutaj kuzynek pomyślał, że… jakim trzeba być zapatrzonym w siebie człowiekiem, żeby odebrać to co powiedział w taki sposób!
Historyk zacisnął mocniej ręce na kubku z herbatą. Nagle kompletnie odechciało mu się tego napoju. Gdyby to jeszcze była prawdziwa, angielska, liściasta herbata a tak musiał się męczyć z niechcianym członkiem rodziny i lurą z torebki.
- Mówiłem o ciotce Margaret – rzucił kwaśno. O twoim istnieniu zapomniałem, dodał w myślach. Zresztą, nawet gdyby pamiętał to pamiętał Isaaca jako małego bąbla (sam był wtedy tylko trochę większym bąblem, ale teraz uparcie nie chciał tego pamiętać). Przez lata nie czuł potrzeby utrzymywania z nim kontaktu a teraz dotarło do niego, że właściwie to nawet się dobrze składało, bo wystarczyło jedno spojrzenie na Bagshota, by pojął, że aż nosiło go ze złości na widok tej zadowolonej z siebie twarzy. – Jej biurokracja bloku komunistycznego nie powinna chyba krzyżować szyków w wysłaniu do mnie zwykłej wiadomości.
Zmarszczył brwi, jakby dopiero w tym momencie dotarło do niego, że Isaac z rodziną musieli najwyraźniej wyemigrować do Europy Wschodniej. Czego oni tam szukali? I czemu wrócili? Owen westchnął cierpiętniczo. Na dobrą sprawę sam nie rozumiał w tym momencie własnych uczuć. Gdyby się miał racjonalnie zastanowić – a jako autor starał się trzymać racjonalności i obiektywizmu, Isaac Bagshot nie zrobił nic, co mogłoby go aż tak rozzłościć. A jednak istniał. Dosłownie istniał i Owen nagle potrafił znaleźć w jego wyglądzie mnóstwo rzeczy, które były nie tak jak powinny i które go tym swoim nie tak denerwowały niemożliwie.
- Też jesteś pisarzem… - powtórzył za nim jak echo. I znowu. Ta wiadomość nie powinna wywrzeć na nim żadnego negatywnego wrażenia a jednak wywarła. Tak jakby Isaac właśnie rzucił mu wyzwanie. Niby tylko się przedstawił, ale w uszach Owena zabrzmiało to jak: jestem na pewno lepszym pisarzem niż ty. Jaki on był nieznośny… Skrzywił się i żeby przykryć irytację napił się herbaty. Wreszcie trochę przestygła, ale posmakowała mu osłodzonym kartonem. – Chętnie przeczytam co napisałeś – rzucił pojednawczo, ale irytacja, nawet gdy próbował ją porzucić, mu nie minęła. – Tak. Biskup żyjący w XII wieku. Miał na imię Athelwold, w zasadzie Æthelwold. Ta druga pisownia jego imienia… - zmarszczył brwi, zastanawiając się czy jeśli powie to, co chodziło mu po głowie, pisarz Isaac wykorzysta jego słowa i napisze książkę o biskupie przed nim. – Skłaniam się ku wnioskom, że zanim wstąpił w stan kapłański, musiał być już potężnym i wykwalifikowanym magiem. – Owen nagle pożałował, że nie poczęstował się papierosem. – W dodatku dość mściwym. To ponoć za jego bytności spalono na stosie ostatnią wiedźmę z lasu Inglewood. Na cześć tego wydarzenia, każdego 10 sierpnia urządzany jest festyn i miejscowi palą na stosie słomianą kukłę. – Wylał resztkę herbaty w krzaki. – Gorzkie, co? Czarodziej posłał na stos czarownicę.
Historyk zacisnął mocniej ręce na kubku z herbatą. Nagle kompletnie odechciało mu się tego napoju. Gdyby to jeszcze była prawdziwa, angielska, liściasta herbata a tak musiał się męczyć z niechcianym członkiem rodziny i lurą z torebki.
- Mówiłem o ciotce Margaret – rzucił kwaśno. O twoim istnieniu zapomniałem, dodał w myślach. Zresztą, nawet gdyby pamiętał to pamiętał Isaaca jako małego bąbla (sam był wtedy tylko trochę większym bąblem, ale teraz uparcie nie chciał tego pamiętać). Przez lata nie czuł potrzeby utrzymywania z nim kontaktu a teraz dotarło do niego, że właściwie to nawet się dobrze składało, bo wystarczyło jedno spojrzenie na Bagshota, by pojął, że aż nosiło go ze złości na widok tej zadowolonej z siebie twarzy. – Jej biurokracja bloku komunistycznego nie powinna chyba krzyżować szyków w wysłaniu do mnie zwykłej wiadomości.
Zmarszczył brwi, jakby dopiero w tym momencie dotarło do niego, że Isaac z rodziną musieli najwyraźniej wyemigrować do Europy Wschodniej. Czego oni tam szukali? I czemu wrócili? Owen westchnął cierpiętniczo. Na dobrą sprawę sam nie rozumiał w tym momencie własnych uczuć. Gdyby się miał racjonalnie zastanowić – a jako autor starał się trzymać racjonalności i obiektywizmu, Isaac Bagshot nie zrobił nic, co mogłoby go aż tak rozzłościć. A jednak istniał. Dosłownie istniał i Owen nagle potrafił znaleźć w jego wyglądzie mnóstwo rzeczy, które były nie tak jak powinny i które go tym swoim nie tak denerwowały niemożliwie.
- Też jesteś pisarzem… - powtórzył za nim jak echo. I znowu. Ta wiadomość nie powinna wywrzeć na nim żadnego negatywnego wrażenia a jednak wywarła. Tak jakby Isaac właśnie rzucił mu wyzwanie. Niby tylko się przedstawił, ale w uszach Owena zabrzmiało to jak: jestem na pewno lepszym pisarzem niż ty. Jaki on był nieznośny… Skrzywił się i żeby przykryć irytację napił się herbaty. Wreszcie trochę przestygła, ale posmakowała mu osłodzonym kartonem. – Chętnie przeczytam co napisałeś – rzucił pojednawczo, ale irytacja, nawet gdy próbował ją porzucić, mu nie minęła. – Tak. Biskup żyjący w XII wieku. Miał na imię Athelwold, w zasadzie Æthelwold. Ta druga pisownia jego imienia… - zmarszczył brwi, zastanawiając się czy jeśli powie to, co chodziło mu po głowie, pisarz Isaac wykorzysta jego słowa i napisze książkę o biskupie przed nim. – Skłaniam się ku wnioskom, że zanim wstąpił w stan kapłański, musiał być już potężnym i wykwalifikowanym magiem. – Owen nagle pożałował, że nie poczęstował się papierosem. – W dodatku dość mściwym. To ponoć za jego bytności spalono na stosie ostatnią wiedźmę z lasu Inglewood. Na cześć tego wydarzenia, każdego 10 sierpnia urządzany jest festyn i miejscowi palą na stosie słomianą kukłę. – Wylał resztkę herbaty w krzaki. – Gorzkie, co? Czarodziej posłał na stos czarownicę.