17.04.2024, 08:15 ✶
Sny, sny, słodkie sny, brakowało jej worka z piaskiem, brakowało czerwonego rubinu, brakowało idei, którą mogłaby zasiewać w umysłach innych, tych, którzy jeszcze nie rozumieli, tych, którzy nie doświadczali, tych, którzy nie śnili.
– Chcę? – odbiła jego pytanie, zapatrzona w krzywe usta, w grymas wyuczony, zasłaniający wszelkie wątpliwości i rozterki. Ta krzywizna, ładna, trochę nabzdyczona i dolna warga, taka miękka taka...
Zimna?
Odsunęła dłoń i przysiadła zaintrygowana na pomoście. Ten chłód był znajomy, ale nie mogła przypomnieć sobie gdzie.
– Nie musisz się uśmiechać, mogę zrobić gniewną minę, straszną, aurorską, wzbudzającą w innych strach i posłuch. Lepiej, żeby się Ciebie bali niż kochali, miłości nigdy nie nasycisz, ale strach... – powstrzymała chichot, więc ramiona zadrgały jej bezgłośnie. Dłonie złożyła na swoich ramionach, na gryzącym swetrze przypominającym jej o tym, że nie jest sama, nawet jeśli nie mogła teraz być w terenie z Alastorem, nie mogła mu pomagać w jego sprawie.
Zazdrość tkana przez jezioro, przez to miejsce, przez powietrze, którym oddychała, znów zaczęła wbijać czarne szpilki pod paznokcie. Powstrzymała wybuch, powstrzymała gorzkie słowa o tym, jak Atreus teraz marnował na nią czas, skoro mógłby och, mógłby powiedzieć jedno słowo i być partnerem Moody'ego, mógłby być w jego towarzystwie prawie cały dzień. Tego zazdrościła mu najbardziej, a uczucie to wzbijało tylko lepki kurz tęsknoty.
Odpełzła do swojego notesu, wyssana z energii i chęci do dalszej rozmowy, nieświadoma mistycznej kołdry utulającej ją coraz ciaśniej, kształtującej jej plastyczny, świeżo odzyskany z okowów snu umysł.
– Chcę? – odbiła jego pytanie, zapatrzona w krzywe usta, w grymas wyuczony, zasłaniający wszelkie wątpliwości i rozterki. Ta krzywizna, ładna, trochę nabzdyczona i dolna warga, taka miękka taka...
Zimna?
Odsunęła dłoń i przysiadła zaintrygowana na pomoście. Ten chłód był znajomy, ale nie mogła przypomnieć sobie gdzie.
– Nie musisz się uśmiechać, mogę zrobić gniewną minę, straszną, aurorską, wzbudzającą w innych strach i posłuch. Lepiej, żeby się Ciebie bali niż kochali, miłości nigdy nie nasycisz, ale strach... – powstrzymała chichot, więc ramiona zadrgały jej bezgłośnie. Dłonie złożyła na swoich ramionach, na gryzącym swetrze przypominającym jej o tym, że nie jest sama, nawet jeśli nie mogła teraz być w terenie z Alastorem, nie mogła mu pomagać w jego sprawie.
Zazdrość tkana przez jezioro, przez to miejsce, przez powietrze, którym oddychała, znów zaczęła wbijać czarne szpilki pod paznokcie. Powstrzymała wybuch, powstrzymała gorzkie słowa o tym, jak Atreus teraz marnował na nią czas, skoro mógłby och, mógłby powiedzieć jedno słowo i być partnerem Moody'ego, mógłby być w jego towarzystwie prawie cały dzień. Tego zazdrościła mu najbardziej, a uczucie to wzbijało tylko lepki kurz tęsknoty.
Odpełzła do swojego notesu, wyssana z energii i chęci do dalszej rozmowy, nieświadoma mistycznej kołdry utulającej ją coraz ciaśniej, kształtującej jej plastyczny, świeżo odzyskany z okowów snu umysł.