17.04.2024, 10:22 ✶
W pierwszej chwili nie zareagowała, kończąc szkic, dociemniając włosy, pogłębiając cienie, dwa raz przejeżdżając po linii uda. Wzdrygnęła się na tembr cudzego głosu, tłumiąc w sercu żałobę za spotkaniem, które się nie odbyło.
Potem jednak rzuciła krótkim, na pół zdziczałym spojrzeniem ku drzwiom. Prawie w ogóle się nie zmieniła. Może gdyby spotkał ją pół roku temu mógłby mówić o cieniach pod oczami, o zapadniętej twarzy osoby, której nie miał kto przypomnieć że sama kawa nie wystarczy do tego, aby żyć, a whisky nie jest uniwersalnym środkiem na dobry sen, szczególnie dawkowana co godzinę od północy licząc.
Teraz jednak była na szpitalnym wikcie i jadła regularnie jak nigdy, wyznaczone porcje odgórnie, którymi nie pluła i nie rzygała potem. Była grzeczną dziewczynką, brała leki, chodziła na spotkania, jadła... Musiała się wydostać z tego więzienia, za dużo głosów, za dużo krzyków za dużo...
Niósł ze sobą słońce i zapach łąk. To było pierwsze co uderzyło jej zmysły, bo okno było ciasno zamknięte kolejną godzinę. Pogoda nie sprzyjała, tymczasem Isaac przyniósł pejzaż ze sobą. Był pejzażem. Ci którzy ją odwiedzali, przyjaciele przesiąknięci wojną, żałobą, nieustannym lękiem o bliskich, chcieli jej dać coś, czego nie mieli. Jej gość, ten którego nie widziała kilkanaście lat, o kogo istnieniu prawdopodobnie nie pamiętała przez większość tego czasu, on to przyniósł za darmo.
Był słodszy niż cała siatka czekoladek.
Podniosła się z łóżka powoli, karykaturalnie, jakby miała za dużo łokci i kolan odcinających się na pokrytej szarymi smugami białej szpitalnej piżamie. Zatruwała sobą sterylność tego miejsca, pozostawiając wszędzie swój ślad, choćby mglisty, niewyraźny. Przekrzywiła głowę w znajomym geście, zadziornym, dzikim. Ale wbrew temu jak mógł zapamiętać ich rozmowy, nie oblała go serdeczną falą przekleństw. Nie walnęła w niego jak piorun, który zdobił jej plecy, a który przed laty miał szansę eksplorować według uznania. Lśniące żółte oczy taksowały go w zamyśleniu, a Isaac zdał sobie sprawę że zmieniła się bardzo, choć nie zmieniła się wcale.
Podeszła bliżej i jeszcze bliżej, wchodząc mu niemal na głowę, wąchając go bezceremonialnie.
– Co tu robisz? – zapytała w końcu mrużąc oczy podejrzliwie i odsuwając się o dwa kroki. Był dla niej... zbyt słodki, wręcz nierealny w tym pozbawionym marzeń sennych piekle. – Kto Cie przysłał? – kolejny krok w tył i wznoszona defensywa. Potarła o siebie dłonie czarne od węgla, którym zarysowywała kolejne karty szkicownika.
Potem jednak rzuciła krótkim, na pół zdziczałym spojrzeniem ku drzwiom. Prawie w ogóle się nie zmieniła. Może gdyby spotkał ją pół roku temu mógłby mówić o cieniach pod oczami, o zapadniętej twarzy osoby, której nie miał kto przypomnieć że sama kawa nie wystarczy do tego, aby żyć, a whisky nie jest uniwersalnym środkiem na dobry sen, szczególnie dawkowana co godzinę od północy licząc.
Teraz jednak była na szpitalnym wikcie i jadła regularnie jak nigdy, wyznaczone porcje odgórnie, którymi nie pluła i nie rzygała potem. Była grzeczną dziewczynką, brała leki, chodziła na spotkania, jadła... Musiała się wydostać z tego więzienia, za dużo głosów, za dużo krzyków za dużo...
Niósł ze sobą słońce i zapach łąk. To było pierwsze co uderzyło jej zmysły, bo okno było ciasno zamknięte kolejną godzinę. Pogoda nie sprzyjała, tymczasem Isaac przyniósł pejzaż ze sobą. Był pejzażem. Ci którzy ją odwiedzali, przyjaciele przesiąknięci wojną, żałobą, nieustannym lękiem o bliskich, chcieli jej dać coś, czego nie mieli. Jej gość, ten którego nie widziała kilkanaście lat, o kogo istnieniu prawdopodobnie nie pamiętała przez większość tego czasu, on to przyniósł za darmo.
Był słodszy niż cała siatka czekoladek.
Podniosła się z łóżka powoli, karykaturalnie, jakby miała za dużo łokci i kolan odcinających się na pokrytej szarymi smugami białej szpitalnej piżamie. Zatruwała sobą sterylność tego miejsca, pozostawiając wszędzie swój ślad, choćby mglisty, niewyraźny. Przekrzywiła głowę w znajomym geście, zadziornym, dzikim. Ale wbrew temu jak mógł zapamiętać ich rozmowy, nie oblała go serdeczną falą przekleństw. Nie walnęła w niego jak piorun, który zdobił jej plecy, a który przed laty miał szansę eksplorować według uznania. Lśniące żółte oczy taksowały go w zamyśleniu, a Isaac zdał sobie sprawę że zmieniła się bardzo, choć nie zmieniła się wcale.
Podeszła bliżej i jeszcze bliżej, wchodząc mu niemal na głowę, wąchając go bezceremonialnie.
– Co tu robisz? – zapytała w końcu mrużąc oczy podejrzliwie i odsuwając się o dwa kroki. Był dla niej... zbyt słodki, wręcz nierealny w tym pozbawionym marzeń sennych piekle. – Kto Cie przysłał? – kolejny krok w tył i wznoszona defensywa. Potarła o siebie dłonie czarne od węgla, którym zarysowywała kolejne karty szkicownika.