17.04.2024, 15:27 ✶
Pamiątki pamiątkami, im Brenna nie poświęciła ani odrobiny uwagi, ale och, mięso i to w garnuszkach! Brenna spojrzała na nie z tęsknotą w oczach, przez chwilę bardzo nieszczęśliwa, zupełnie jakby nie jadła najmniej od wczoraj (a zjadła śniadanie, trochę w biegu, ale zjadła i to całkiem smaczne). Gdyby nie to, że nie chciała tracić za wiele czasu, zaraz rzuciłaby się kupować poczęstunek, bo jednak w takim wydaniu to mięso na pewno dużo lepiej smakowało niż po prostu w domu na talerzu.
Westchnęła jednak cierpiętniczo i ruszyła dalej, w stronę wejścia do muzeum. Starała się nie patrzeć w stronę tych mięs,
- W sumie to... nie wiem. Myślałam, żeby płynąć z prądem? Porozglądać się za pracownikami i gadać o tym naszyjniku? Może ktoś coś słyszał albo zechce sprawdzić w archiwum, jak powiemy, że rozważamy kolejną dotację dla muzeum albo coś takiego...
*
W normalnych okolicznościach Brennę pewnie zaciekawiłyby muzeum i eksponaty, obojętnie od ich natury – bo miała naturę kogoś, kto był ogólnie zainteresowany tym, co go otaczało i lubił różne drobiazgi. Dziś jednak wciąż miała w pamięci poranną rozmowę z dwójką duchów, zdawało się Brennie, że dalej czuje na skórze chłód, a w jej głowie tańczyły przeklęte kryształy. Uśmiechała się, oczywiście, zerkała na rzeczy wystawione w gablotach, i wesoło świergotała, ilekroć zdołała złapać jakiegoś pracownika, ale w tym wszystkim cel był tylko jeden: dowiedzieć się więcej o sprawie klejnotów. O ile jedna dziewczyna nic nie wiedziała, a mężczyzna w średnim wieku nie chciał z nimi rozmawiać, o tyle starszy mugol – ewidentnie już koło osiemdziesiątki, przygarbiony i zupełnie siwy, chyba już tu nie pracujący, ale najwyraźniej zatrudniony tutaj niegdyś, zainteresował się toczącym się tuż obok dialogiem.
– Ojciec mi opowiadał, że kiedyś muzeum przekazano taki naszyjnik, panienko – wyjaśnił, spoglądając na Olivię i Brennę z pewnym zainteresowaniem. – Zdawało mi się, że to tylko taka… miejscowa legenda? Nigdy nie został jednak wystawiony. Ojciec podejrzewał, że ukradł go ówczesny dyrektor muzeum, Thompson i sfabrykował dokumenty na to, że to jakieś nic nie warte kamienie… chociaż jego współpracownica wspominała, że tak naprawdę Thompson chciał się go pozbyć, bo sprawdzał nieszczęście, ale jak naszyjnik miałby sprowadzać nieszczęście?
– To dopiero intrygująca historia. Gdyby taki naszyjnik wrócił do muzeum, ta opowieść nie przyciągnęłaby zwiedzających? – zastanowiła się Brenna obłudnie. – Pan Thompson już pewnie od dawna nie żyje, prawda?
– Ano, zmarło mu się już dobre pół wieku temu, chociaż był bardzo żywotny, jak wszyscy w tej rodzinie. Jego syn jest dziesięć lat starszy ode mnie, a chciałbym mieć jego zdrowie!
– Szczęśliwy los na loterii, co? Zdrowie to najcenniejszy skarb – powiedziała Brenna, spoglądając na mężczyznę, przez moment ze szczerym współczuciem. Starość była czymś okropnym: czymś, czemu nikt nie mógł ujść, ale co dla czarodziejów było jednak bardziej znośne i przychodziło później… – Oni dalej mieszkają tu, w Beamish?
– Tuż poza miasteczkiem, mają niewielki domek. Ale jestem pewien, panienko, że gdyby zabrali nawet ten naszyjnik, to nie ma go od dawna. I nie wspominajcie broń Boże Paddy’emu, że wam o tym wspomniałem, ależ by się wściekł, że szkaluję imię jego ojca.
Westchnęła jednak cierpiętniczo i ruszyła dalej, w stronę wejścia do muzeum. Starała się nie patrzeć w stronę tych mięs,
- W sumie to... nie wiem. Myślałam, żeby płynąć z prądem? Porozglądać się za pracownikami i gadać o tym naszyjniku? Może ktoś coś słyszał albo zechce sprawdzić w archiwum, jak powiemy, że rozważamy kolejną dotację dla muzeum albo coś takiego...
*
W normalnych okolicznościach Brennę pewnie zaciekawiłyby muzeum i eksponaty, obojętnie od ich natury – bo miała naturę kogoś, kto był ogólnie zainteresowany tym, co go otaczało i lubił różne drobiazgi. Dziś jednak wciąż miała w pamięci poranną rozmowę z dwójką duchów, zdawało się Brennie, że dalej czuje na skórze chłód, a w jej głowie tańczyły przeklęte kryształy. Uśmiechała się, oczywiście, zerkała na rzeczy wystawione w gablotach, i wesoło świergotała, ilekroć zdołała złapać jakiegoś pracownika, ale w tym wszystkim cel był tylko jeden: dowiedzieć się więcej o sprawie klejnotów. O ile jedna dziewczyna nic nie wiedziała, a mężczyzna w średnim wieku nie chciał z nimi rozmawiać, o tyle starszy mugol – ewidentnie już koło osiemdziesiątki, przygarbiony i zupełnie siwy, chyba już tu nie pracujący, ale najwyraźniej zatrudniony tutaj niegdyś, zainteresował się toczącym się tuż obok dialogiem.
– Ojciec mi opowiadał, że kiedyś muzeum przekazano taki naszyjnik, panienko – wyjaśnił, spoglądając na Olivię i Brennę z pewnym zainteresowaniem. – Zdawało mi się, że to tylko taka… miejscowa legenda? Nigdy nie został jednak wystawiony. Ojciec podejrzewał, że ukradł go ówczesny dyrektor muzeum, Thompson i sfabrykował dokumenty na to, że to jakieś nic nie warte kamienie… chociaż jego współpracownica wspominała, że tak naprawdę Thompson chciał się go pozbyć, bo sprawdzał nieszczęście, ale jak naszyjnik miałby sprowadzać nieszczęście?
– To dopiero intrygująca historia. Gdyby taki naszyjnik wrócił do muzeum, ta opowieść nie przyciągnęłaby zwiedzających? – zastanowiła się Brenna obłudnie. – Pan Thompson już pewnie od dawna nie żyje, prawda?
– Ano, zmarło mu się już dobre pół wieku temu, chociaż był bardzo żywotny, jak wszyscy w tej rodzinie. Jego syn jest dziesięć lat starszy ode mnie, a chciałbym mieć jego zdrowie!
– Szczęśliwy los na loterii, co? Zdrowie to najcenniejszy skarb – powiedziała Brenna, spoglądając na mężczyznę, przez moment ze szczerym współczuciem. Starość była czymś okropnym: czymś, czemu nikt nie mógł ujść, ale co dla czarodziejów było jednak bardziej znośne i przychodziło później… – Oni dalej mieszkają tu, w Beamish?
– Tuż poza miasteczkiem, mają niewielki domek. Ale jestem pewien, panienko, że gdyby zabrali nawet ten naszyjnik, to nie ma go od dawna. I nie wspominajcie broń Boże Paddy’emu, że wam o tym wspomniałem, ależ by się wściekł, że szkaluję imię jego ojca.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.