17.04.2024, 19:50 ✶
Na krótki moment w niebieskich oczach kobiety pojawił się błysk, świadczący o tym, że Camille wcale nie zapomniała o ich wspólnej przeszłości i nie nadpisała wszystkich wspomnień tymi bolesnymi. Jednak zaraz po tym, jak ostatnie słowa o upomnieniu wybrzmiały, blondynka opuściła wzrok i wbiła ją w kawę. Ostrożnie uniosła łyżeczkę i zamieszała nią w płynie, doprowadzając do połączenia dwóch cieczy. Westchnęła. Białe mleko i czarna kawa razem dawały napój, który był niemal doskonały w smaku i działaniu. A przecież osobno żadnego z tych napojów by nie tknęła. Na moment odpłynęła myślami, ale tylko na krótką chwilę - bo Laurence zaczął mówić. Pokręciła głową.
- Chcę wierzyć, że nie miałeś wyboru i robiłeś to, co dla ciebie było najlepsze - powiedziała cicho, bo tak to sobie przez lata tłumaczyła. Gdyby teraz jej powiedział, że był tchórzem i zgodził się na aranżowane małżeństwo bo tak było łatwiej, to chyba by się rozpadła na kawałki. Bo nie za taką osobę go uważała, nie takiego go przecież pokochała. Dlatego lepiej dla wszystkich byłoby, gdyby po prostu przyznał, że zrobił to, co uważał za słuszne. Camille przecież nie mogła dać mu tego, co dała jego zmarła żona. Czy byłaby gotowa zrezygnować z kariery lub po prostu zrobić sobie przerwę, by urodzić i wychować dzieci? To nie tak, że ich nie lubiła, ale dzieci bywały kulą u nogi, jeżeli chodzi o plany zawodowe. I oczywiście zwykle dla kobiet, bo przecież nie dla mężczyzn. - Przykro mi z powodu twojej rodziny.
Powiedziała w końcu, ośmielając się podnieść wzrok i w końcu spojrzeć mu w oczy. Oczywiście, że słyszała o wypadku i śmierci jego żony. O tym, że umierając połowicznie osierociła jego syna. Ile mógł mieć teraz lat? Nie miała pojęcia, na pewno więcej niż trzy. Ostatnie lata zlewały się blondynce w jeden nieprzerwany ciąg, bo... Nie musiała się przejmować upływającym czasem. Nikt na nią nie czekał, nikt nie wymagał od niej jakichkolwiek deklaracji.
- Nie, nie mam nikogo - powiedziała, odkładając łyżeczkę na spodek. Ostrożnie uniosła filiżankę do ust. Nie miała obrączki ani pierścionka, ale to nie znaczyło, że się z nikim nie spotykała. Ale prawda była taka, że Delacour była samotna, jeżeli wziąć pod uwagę rodzinę. Jej była we Francji, trzymali się z daleka poza listami. A ewentualny związek... Każdy płonął intensywnie i jeszcze intensywniej się spalał. Bo żaden z tych mężczyzn nie był nim. - Czy sugerujesz, że teraz masz więcej odwagi?
Odwołała się do jego wcześniejszych słów, marszcząc nieznacznie brwi. To nie tak, że zgrywała niedostępną - po prostu sama nie wiedziała, co o tym myśleć. Miała mętlik w głowie, rozum podpowiadał jej jedno, a serce krzyczało drugie. Mózg mówił, że nie da się dwa razy wejść do tej samej rzeki, że oboje się zmienili. A jednocześnie serce rwało się do tego, by znowu spróbować, że teraz nic i nikt im nie przeszkodzi. Ale prawda była taka, że przeszkody zawsze się znajdą, a na tym głupim sercu wciąż znajdowała się głęboka blizna, którą rozdrapywał, przychodząc do niej i mówiąc takie rzeczy. Być może dzięki temu zaleczy się lepiej, czasem tak było trzeba. Ale... Co jeśli znowu zmieni zdanie?
- Chcę wierzyć, że nie miałeś wyboru i robiłeś to, co dla ciebie było najlepsze - powiedziała cicho, bo tak to sobie przez lata tłumaczyła. Gdyby teraz jej powiedział, że był tchórzem i zgodził się na aranżowane małżeństwo bo tak było łatwiej, to chyba by się rozpadła na kawałki. Bo nie za taką osobę go uważała, nie takiego go przecież pokochała. Dlatego lepiej dla wszystkich byłoby, gdyby po prostu przyznał, że zrobił to, co uważał za słuszne. Camille przecież nie mogła dać mu tego, co dała jego zmarła żona. Czy byłaby gotowa zrezygnować z kariery lub po prostu zrobić sobie przerwę, by urodzić i wychować dzieci? To nie tak, że ich nie lubiła, ale dzieci bywały kulą u nogi, jeżeli chodzi o plany zawodowe. I oczywiście zwykle dla kobiet, bo przecież nie dla mężczyzn. - Przykro mi z powodu twojej rodziny.
Powiedziała w końcu, ośmielając się podnieść wzrok i w końcu spojrzeć mu w oczy. Oczywiście, że słyszała o wypadku i śmierci jego żony. O tym, że umierając połowicznie osierociła jego syna. Ile mógł mieć teraz lat? Nie miała pojęcia, na pewno więcej niż trzy. Ostatnie lata zlewały się blondynce w jeden nieprzerwany ciąg, bo... Nie musiała się przejmować upływającym czasem. Nikt na nią nie czekał, nikt nie wymagał od niej jakichkolwiek deklaracji.
- Nie, nie mam nikogo - powiedziała, odkładając łyżeczkę na spodek. Ostrożnie uniosła filiżankę do ust. Nie miała obrączki ani pierścionka, ale to nie znaczyło, że się z nikim nie spotykała. Ale prawda była taka, że Delacour była samotna, jeżeli wziąć pod uwagę rodzinę. Jej była we Francji, trzymali się z daleka poza listami. A ewentualny związek... Każdy płonął intensywnie i jeszcze intensywniej się spalał. Bo żaden z tych mężczyzn nie był nim. - Czy sugerujesz, że teraz masz więcej odwagi?
Odwołała się do jego wcześniejszych słów, marszcząc nieznacznie brwi. To nie tak, że zgrywała niedostępną - po prostu sama nie wiedziała, co o tym myśleć. Miała mętlik w głowie, rozum podpowiadał jej jedno, a serce krzyczało drugie. Mózg mówił, że nie da się dwa razy wejść do tej samej rzeki, że oboje się zmienili. A jednocześnie serce rwało się do tego, by znowu spróbować, że teraz nic i nikt im nie przeszkodzi. Ale prawda była taka, że przeszkody zawsze się znajdą, a na tym głupim sercu wciąż znajdowała się głęboka blizna, którą rozdrapywał, przychodząc do niej i mówiąc takie rzeczy. Być może dzięki temu zaleczy się lepiej, czasem tak było trzeba. Ale... Co jeśli znowu zmieni zdanie?