17.04.2024, 20:42 ✶
Zacisnął zęby na moment, zacisnął pięści a potem rozluźnił je w geście rezygnacji.
– Mam wrażenie, że w ogóle mi to całe zgadywanie nie wychodzi. Drażni mnie to, bo jak rozmawiam z ludźmi to oni zwykle wiedzą, że coś mnie dręczy, trapi a ja nic nie wiem, nie rozumiem... – podrapał się po głowie, zupełnie jakby to jakkolwiek miało mu w czymkolwiek pomóc. – Zupełnie jakby mówili innym językiem, nie wiem... Z Tobą mi się dobrze rozmawiam na przykład, ja wiem, że co masz w sercu to masz na twarzy, nie muszę się martwić spinać, jakby... – westchnął siadając na powrót do krojenia. Praca pomagała na nerwy. Nim jednak nóż opadł, wygiął się na krześle i zajrzał do jej kubeczka.
– Nie smakuje Ci, czy nie masz ochoty? – on uwielbiał orzechówkę. Uwielbiał to jak była słodka, mimo cierpkości skórek orzechowych, które też gdzieś znajdowały się w Lysandrowym przepisie. Jeśli poprosiła – nalał jej czego innego do czystego kubka, a sam zgarnął jej.
– Ja czasem sam siebie nie rozumiem. Wiesz, w kniei... ha, za dużo o tym mówię co? Ale no... martwiłem się jak koza była chora. Martwiłem się jak wiatr zerwał daszek, a teraz... mam tyle uczuć, nie nadążam ich wszystkich złapać i rozpoznać. Tak łatwosię denerwuje, tak bardzo czasem boli. – zwierzał się jej po nieprzespanej nocy, rozgrzany ciepłym napitkiem, rozgoryczony zachowaniem kogoś, kogo wziął za swojego przyjaciela. Za kogoś, kto mógłby być w jego stadzie.
– Albo takie właśnie... nieporozumienie. To już na zawsze? My już zawsze będziemy się nie lubić? Jak takie rzeczy się naprawia? Wiem jak naprawić szafkę, ale jak się ludzie kłócą to potrafię tylko uciekać. – co z resztą Brenna mu wyrzuciła bardzo dosadnie. Ale skąd miał wiedzieć, skąd miał znać zasady gry, skoro nikt mu ich nie wytłumaczył.
– Byłaś kiedyś zakochana? – zapytał nagle, tym razem już monotonnie uderzając ostrzem o deskę. Wrócił do pracy. Wrócił do rozmyślań. Przy pracy łatwiej się te rozmyślania czesało. Zwłaszcza takiej monotonnej.
– Mam wrażenie, że w ogóle mi to całe zgadywanie nie wychodzi. Drażni mnie to, bo jak rozmawiam z ludźmi to oni zwykle wiedzą, że coś mnie dręczy, trapi a ja nic nie wiem, nie rozumiem... – podrapał się po głowie, zupełnie jakby to jakkolwiek miało mu w czymkolwiek pomóc. – Zupełnie jakby mówili innym językiem, nie wiem... Z Tobą mi się dobrze rozmawiam na przykład, ja wiem, że co masz w sercu to masz na twarzy, nie muszę się martwić spinać, jakby... – westchnął siadając na powrót do krojenia. Praca pomagała na nerwy. Nim jednak nóż opadł, wygiął się na krześle i zajrzał do jej kubeczka.
– Nie smakuje Ci, czy nie masz ochoty? – on uwielbiał orzechówkę. Uwielbiał to jak była słodka, mimo cierpkości skórek orzechowych, które też gdzieś znajdowały się w Lysandrowym przepisie. Jeśli poprosiła – nalał jej czego innego do czystego kubka, a sam zgarnął jej.
– Ja czasem sam siebie nie rozumiem. Wiesz, w kniei... ha, za dużo o tym mówię co? Ale no... martwiłem się jak koza była chora. Martwiłem się jak wiatr zerwał daszek, a teraz... mam tyle uczuć, nie nadążam ich wszystkich złapać i rozpoznać. Tak łatwosię denerwuje, tak bardzo czasem boli. – zwierzał się jej po nieprzespanej nocy, rozgrzany ciepłym napitkiem, rozgoryczony zachowaniem kogoś, kogo wziął za swojego przyjaciela. Za kogoś, kto mógłby być w jego stadzie.
– Albo takie właśnie... nieporozumienie. To już na zawsze? My już zawsze będziemy się nie lubić? Jak takie rzeczy się naprawia? Wiem jak naprawić szafkę, ale jak się ludzie kłócą to potrafię tylko uciekać. – co z resztą Brenna mu wyrzuciła bardzo dosadnie. Ale skąd miał wiedzieć, skąd miał znać zasady gry, skoro nikt mu ich nie wytłumaczył.
– Byłaś kiedyś zakochana? – zapytał nagle, tym razem już monotonnie uderzając ostrzem o deskę. Wrócił do pracy. Wrócił do rozmyślań. Przy pracy łatwiej się te rozmyślania czesało. Zwłaszcza takiej monotonnej.