— Uhm, bo wiesz, to nie tak do końca jest zgadywanie... Ale czasem... Niektórzy lubią ukrywać swoje emocje, wiesz, jakieś skomplikowane gry społeczne, pewnie częściej to się pojawia w tak zwanych "wyższych sferach"... A mnie rozumiesz, bo ja jestem prosta babka, wśród ludzi bywałam tyle, co trzeba, a że ze wsi jestem, to tutaj każdy mówi co myśli, o ile w ogóle myśli. No ale tutaj... Wiesz, no ja nie wiem co dokładnie siedziało w tym twoim koledze, ale skoro tak usilnie chciał wrócić do domu to trzeba było mu dać wrócić i tyle.
Podzieliłam się swoim punktem widzenia, mając nadzieję, że go tym nie zdenerwuję. W końcu to tylko jakaś informacja zwrotna, spostrzeżenie... Może mu jakoś pomoże.
— Nie cierpię. Wiesz, ja z alkoholi to tylko te słodziutkie, nalewki malinowe, wiśniówka, czasem cydr... Takie orzechówki to dla kogoś, kto zaznajomiony jest z intensywniejszymi smakami.
Wyjaśniłam i podziękowałam za jakikolwiek alkohol. Było zbyt wcześnie na to, a przecież nie jestem jak te Mirki spod monopolowego. Aż mnie wzdrygało na wspomnienie o nich.
Zaskakiwało mnie zwierzanie się Samuela. To nie tak, że nie podejrzewałam go o głębokie przemyślenia i problemy socjalne. Nie spodziewałam się być odbiorcą jego wynurzeń. Zdawało mi się, że chociaż jest bardzo rozmowny, to najgłębsze tematy zostawia dla najbliższych.
— Im dalej od ludzi, tym życie jest prostsze. Człowiek to najbardziej skomplikowane zwierzę, więc im więcej ich wokół, tym trudniej.
Była to spontaniczna myśl, ale aż zdumiała mnie mądrość, jaka z niej biła. Być może usłyszałam to od babki, albo kogoś innego. Na pewno sama na to nie wpadłam. Nie ja, siedząc na stołku i obracając nożyk w ręce.
— Uhm... Wiesz, nie wiem. Wydaje mi się, że to tylko nieporozumienie... I być może sami zapomnicie o tym za kilka dni. Albo napisz do niego i wyjaśnij to. Najlepiej pewnie się spotkać... ale to takie kłopotliwe by było... To znaczy, ja bym nie potrafiła. Z resztą listów takich też nigdy nie pisałam... Wiesz, ja nawet specjalnie nie miałam się z kim posprzeczać w życiu, ale jak już do tego doszło, to jeszcze tego samego dnia było zapomniane.
Byłam tchórzem. Uciekinierem. Nie pakowałam się w żadne konflikty. Jak już doszło do utarczki słownej z kuzynem lub kolegą ze szkoły — wszystko ulatywało w niepamięć. Cóż, prawie zawsze. Czasami nosiłam uraz długo w sercu, ale druga strona wręcz przeciwnie. Było wtedy niezręcznie, ale co zrobić. Bez tego i tak miałam sporo niezręczności w życiu.
Nożyk ześlizgnął mi się po dłoni na pytanie Sama. Odłożyłam go i wcisnęłam skaleczony palec do buzi, spuszczając wzrok.
— Ee... Może...
Z jakiegoś powodu bardzo się przede mną otwierał, ale nie wiedziałam, czy ja jestem na to gotowa. Tak naprawdę to tylko przy babci mogłam opowiadać o swoich najskrytszych myślach. Nawet mamie się nie zwierzałam. Przez jakiś czas myślałam, że może w Lyssie znalazłam swoją powierniczkę... Ale chyba jednak nie.