17.04.2024, 22:21 ✶
Po ostatnich tygodniach upalnego lata Wielka Brytania z całą pewnością zasłużyła na ulgę niesioną przez intensywne opady deszczu. Szkoda tylko, że ulewa nawiedziła Little Hangleton tuż po tym, jak Erik Longbottom zawitał do miasteczka, dosyć skutecznie krzyżując jego plany. Tuż po opuszczeniu dworca czarodziej planował urządzić sobie małe tournee po okolicznych pubach i barach, jednak ledwo zawitał do pierwszego z nich, a nocne niebo pokrył gęste czarne chmury, aby zaraz posłać ku ziemi całe hektolitry deszczu, którym towarzyszyły okazjonalne odgłosy gromów niosących się ponad wzgórzami okalającymi wioskę czarodziejów.
Popijając najtańszy dostępny w lokalu alkohol, detektyw Longbottom zastanawiał się, czemu przydarzyło się to akurat jemu. To musiało być jakieś fatum. Ledwo wypełzał z jednej dziury, to zaraz wpadał w drugą. A dzisiaj to już miał kompletnie wszystkiego dosyć, po tym, jak widział się z rana ze swoim byłym. Z rana, pomyślał prześmiewczo, upijając nieco szczyn, którym właściciele pubu nadali miano piwa. Rano był w niewiele gorszym stanie niż teraz. A może lepszym? Podczas popijawy z Morfeuszeum i Norą przynajmniej przez większość nocy towarzyszył mu dobry humor, a teraz? Szukał drogi ucieczki, z uporem maniaka pragnąc znaleźć zapomnienie, które nie nadchodziło.
Panujące we wsi pogoda zaczynała dawać się we znaki nie tylko Erikowi; w lokalu pojawiało się coraz więcej obcych twarzy, które wbrew pozorom zdawały się rozpoznawać jego facjatę. A akurat tego typu atencją mężczyzna nie był tego wieczora zainteresowany. Dopiwszy tanią podróbę piwa, opuścił lokal, wychodząc na opustoszałą drogę. Tu i ówdzie migały mu pojedyncze sylwetki okryte płaszczami przeciwdeszczowymi lub trzymające parasolki ponad swymi głowami. Inne, zapewne młodszy, naciągały kaptury na głowy, skrywając twarz przed opadami. A Longbottom? Cóż, on nawet nie miał czym się okryć.
Gdyby nie przekrwione oczy, ociężały ruchy, zmęczenie podróżą kolejami czarodziejów i rajd po londyńskich barach, jaki zakończył wizytą w pubie w Little Hangleton, wyglądałby jak milion galeonów. Taki przynajmniej był zamysł, gdy opuszczał rano Warownię na spotkanie z Laurencem. Granatowa swetrowa koszula z krótkim rękawem opinała się ciasno na jego piersi i szerokich ramionach kontrastując z jasnymi, prawie że białymi spodniami. Brązowe mokasyny stanowiły w tym zestawieniu jedynie dodatek, jednak równie ważny - Erikowi wyraźnie zależało na tym, aby pokazać się z jak najlepszej strony i sięgnął po najlepsze ciuchy. Nie najdroższe, jakie miał w szafie, ale takie, w których wiedział, że wygląda dobrze.
Teraz, te kilka godzin później, wyglądał zgoła inaczej. Chociaż w drodze do Little Hangleton nie zgubił żadnych ciuchów, tak zdążył je już przepocić i pobrudzić, przez co na koszuli i spodniach można było znaleźć drobne plamy po trunkach czy tłustych przekąskach. Zapach drogich perfum z drogerii Potterów, jakimi spryskał się z rana, zdążył już kompletnie zwietrzeć i został zastąpiony przez nieprzyjemną woń taniego alkoholu. Zupełnie jakby opuścił najpodlejszą gorzelnię w okolicy po całym dniu pracy. Nawet okulary przeciwsłoneczne gdzieś mu się zawieruszyły.
Nie szukał żadnego konkretnego schronienia. Snuł się po wiosce, kierując się instynktem czy mglistymi wspomnieniami nielicznych wizyt w wiosce. Aż w końcu po parunastu minutach drogi zatrzymał się przy nieco odizolowanej od reszty społeczności posiadłości. Uniósł wzrok, przyglądając się z namysłem fasadzie budynku. Shafiq. Dom Anthony'ego. Momentalnie poczuł gulę w gardle, przypominając sobie swoją poprzednią wizytę w tym miejscu. Zdecydowanie mógł być wówczas milszy. Pozwolić sobie na nieco więcej. Czy był wówczas chłodny? Może... A może to jego wyobraźnia płatała mu teraz figle.
A jednak coś popchnęło go do okazałego podjazdu, na którym zdążyły już uformować się sporych rozmiarów kałuże. Jakaś siła wyższa pokierowała go do drzwi frontowych, aby następnie zastukał parę razy do drzwi frontowych i zadzwonił dzwonkiem. Gdy te w końcu się uchyliły, w progu nie spotkał jednak Anthony'ego, a... Wergiliusza. Skrzata. Mimowolnie cofnął się o pół kroku, walcząc ze sobą, czy nie uciec w ostatniej chwili lub się nie wycofać.
— Ja do — Ledwo zaczął, a powietrze przeszył odgłos kolejnego grzmotu. — Ja do pana Shafiqa.
Powinien go poznać. Malwa by zapamiętała. Miała głowę do takich rzeczy, biorąc pod uwagę, że niezliczoną ilość razy brała udział w przygotowaniach do różnego rodzaju bali, przyjęć i hucznych spotkań. Czy ten tutaj miał podobne doświadczenie. Ku własnemu zaskoczeniu, Erik koniec końców został zaproszony do końca, a skrzat pokuśtykał po schodach na górę, zapewne po to, aby zawiadomić swego mistrza o przybyciu gościa.
— To ja poczekam w ogrodzie — rzucił za nim, jednak nie był pewien, czy skrzat go w ogóle usłyszał.
Pamiętał drogę, toteż chwilę później znalazł się na zewnątrz. Dalej padało. Wielkie zaskoczenie, czyż nie? Chociaż wiedział, że powinien trzymać się zadaszenia, tak mimowolnie powędrował, jak zahipnotyzowany w stronę basenu, wiedziony ku niemu odgłosami rozbijających się o tafle wody kropli deszczu. Nachylił się, aby przyjrzeć temu, co znajdowało się w wodzie, jednak wtedy do jego uszu dotarł także dźwięk muzyki dobiegającej z jednego z otwartych okien, więc... Spróbował nagle się obrócić i poślizgnął na mokrym brzegu i... Wpadł do basenu.
— NOSZ KURWA JEGO...!
Kolejny grzmot tym razem rozległ się o wiele bliżej, skutecznie zagłuszając dalszą wiązankę przekleństw, jaka wydobyła się z ust Longbottoma. Może to i lepiej? Właściciel rezydencji raczej nie byłby zadowolony, że jego gość używa tak pospolitego języka z tak błahego powodu.
Popijając najtańszy dostępny w lokalu alkohol, detektyw Longbottom zastanawiał się, czemu przydarzyło się to akurat jemu. To musiało być jakieś fatum. Ledwo wypełzał z jednej dziury, to zaraz wpadał w drugą. A dzisiaj to już miał kompletnie wszystkiego dosyć, po tym, jak widział się z rana ze swoim byłym. Z rana, pomyślał prześmiewczo, upijając nieco szczyn, którym właściciele pubu nadali miano piwa. Rano był w niewiele gorszym stanie niż teraz. A może lepszym? Podczas popijawy z Morfeuszeum i Norą przynajmniej przez większość nocy towarzyszył mu dobry humor, a teraz? Szukał drogi ucieczki, z uporem maniaka pragnąc znaleźć zapomnienie, które nie nadchodziło.
Panujące we wsi pogoda zaczynała dawać się we znaki nie tylko Erikowi; w lokalu pojawiało się coraz więcej obcych twarzy, które wbrew pozorom zdawały się rozpoznawać jego facjatę. A akurat tego typu atencją mężczyzna nie był tego wieczora zainteresowany. Dopiwszy tanią podróbę piwa, opuścił lokal, wychodząc na opustoszałą drogę. Tu i ówdzie migały mu pojedyncze sylwetki okryte płaszczami przeciwdeszczowymi lub trzymające parasolki ponad swymi głowami. Inne, zapewne młodszy, naciągały kaptury na głowy, skrywając twarz przed opadami. A Longbottom? Cóż, on nawet nie miał czym się okryć.
Gdyby nie przekrwione oczy, ociężały ruchy, zmęczenie podróżą kolejami czarodziejów i rajd po londyńskich barach, jaki zakończył wizytą w pubie w Little Hangleton, wyglądałby jak milion galeonów. Taki przynajmniej był zamysł, gdy opuszczał rano Warownię na spotkanie z Laurencem. Granatowa swetrowa koszula z krótkim rękawem opinała się ciasno na jego piersi i szerokich ramionach kontrastując z jasnymi, prawie że białymi spodniami. Brązowe mokasyny stanowiły w tym zestawieniu jedynie dodatek, jednak równie ważny - Erikowi wyraźnie zależało na tym, aby pokazać się z jak najlepszej strony i sięgnął po najlepsze ciuchy. Nie najdroższe, jakie miał w szafie, ale takie, w których wiedział, że wygląda dobrze.
Teraz, te kilka godzin później, wyglądał zgoła inaczej. Chociaż w drodze do Little Hangleton nie zgubił żadnych ciuchów, tak zdążył je już przepocić i pobrudzić, przez co na koszuli i spodniach można było znaleźć drobne plamy po trunkach czy tłustych przekąskach. Zapach drogich perfum z drogerii Potterów, jakimi spryskał się z rana, zdążył już kompletnie zwietrzeć i został zastąpiony przez nieprzyjemną woń taniego alkoholu. Zupełnie jakby opuścił najpodlejszą gorzelnię w okolicy po całym dniu pracy. Nawet okulary przeciwsłoneczne gdzieś mu się zawieruszyły.
Nie szukał żadnego konkretnego schronienia. Snuł się po wiosce, kierując się instynktem czy mglistymi wspomnieniami nielicznych wizyt w wiosce. Aż w końcu po parunastu minutach drogi zatrzymał się przy nieco odizolowanej od reszty społeczności posiadłości. Uniósł wzrok, przyglądając się z namysłem fasadzie budynku. Shafiq. Dom Anthony'ego. Momentalnie poczuł gulę w gardle, przypominając sobie swoją poprzednią wizytę w tym miejscu. Zdecydowanie mógł być wówczas milszy. Pozwolić sobie na nieco więcej. Czy był wówczas chłodny? Może... A może to jego wyobraźnia płatała mu teraz figle.
A jednak coś popchnęło go do okazałego podjazdu, na którym zdążyły już uformować się sporych rozmiarów kałuże. Jakaś siła wyższa pokierowała go do drzwi frontowych, aby następnie zastukał parę razy do drzwi frontowych i zadzwonił dzwonkiem. Gdy te w końcu się uchyliły, w progu nie spotkał jednak Anthony'ego, a... Wergiliusza. Skrzata. Mimowolnie cofnął się o pół kroku, walcząc ze sobą, czy nie uciec w ostatniej chwili lub się nie wycofać.
— Ja do — Ledwo zaczął, a powietrze przeszył odgłos kolejnego grzmotu. — Ja do pana Shafiqa.
Powinien go poznać. Malwa by zapamiętała. Miała głowę do takich rzeczy, biorąc pod uwagę, że niezliczoną ilość razy brała udział w przygotowaniach do różnego rodzaju bali, przyjęć i hucznych spotkań. Czy ten tutaj miał podobne doświadczenie. Ku własnemu zaskoczeniu, Erik koniec końców został zaproszony do końca, a skrzat pokuśtykał po schodach na górę, zapewne po to, aby zawiadomić swego mistrza o przybyciu gościa.
— To ja poczekam w ogrodzie — rzucił za nim, jednak nie był pewien, czy skrzat go w ogóle usłyszał.
Pamiętał drogę, toteż chwilę później znalazł się na zewnątrz. Dalej padało. Wielkie zaskoczenie, czyż nie? Chociaż wiedział, że powinien trzymać się zadaszenia, tak mimowolnie powędrował, jak zahipnotyzowany w stronę basenu, wiedziony ku niemu odgłosami rozbijających się o tafle wody kropli deszczu. Nachylił się, aby przyjrzeć temu, co znajdowało się w wodzie, jednak wtedy do jego uszu dotarł także dźwięk muzyki dobiegającej z jednego z otwartych okien, więc... Spróbował nagle się obrócić i poślizgnął na mokrym brzegu i... Wpadł do basenu.
— NOSZ KURWA JEGO...!
Kolejny grzmot tym razem rozległ się o wiele bliżej, skutecznie zagłuszając dalszą wiązankę przekleństw, jaka wydobyła się z ust Longbottoma. Może to i lepiej? Właściciel rezydencji raczej nie byłby zadowolony, że jego gość używa tak pospolitego języka z tak błahego powodu.
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞