Była blisko, tańczyła na zielonych trawach starannie przystrzyżonych przez anglików i dotykała palcami stokrotek kryjących się między nimi. Jej odległość od twojej osoby była jednocześnie tak duża, jak daleko sam postawiłeś jej wyobrażenie przed oczami. Czuł ją na karku - te palce, którymi muskała stokrotki - co jakiś czas, ale nie musiał spoglądać w jej twarz. Mógł oglądać ją z daleka. Mógł też nie patrzeć na nią wcale, dopóki nie zmuszała go do obrócenia się w jej kierunku na te krótkie sekundy, gdy już ani ciało, ani umysł nie były w stanie poradzić sobie z upychaniem w ciebie ośrodka ciężkości. Była więc blisko, była daleko, czasem niewidoczna, niekiedy wyczuwalna. Innym razem uwiązywała się w myśl, że może zostanie zaproszona i może w końcu ciało przestanie walczyć. Podda się. Laurent czasami miał tę fatalistyczną wizję - widział, że siedzi w domu, a Śmierć w postaci dowolnego człowieka przechodzi przez próg jego domu, a on wita ją jak dawno niewidzianą przyjaciółkę. W końcu przyszła. W końcu. To były krótkie przepływy, bo nie ważne za jak delikatnego mieli go ludzie wokół to jego esencję wykuli ze stali. Poddanie się nie wchodziło w grę. Nie mogło wejść w grę.
- Radzę sobie na tyle, na ile jestem w stanie. - Czyli trochę radził, trochę nie radził i zanurzał się w świecie, w którym było o wiele lżej, trochę zaczynał szukać kolejnego celu do realizacji, trochę tracił zainteresowanie New Forest. Tak, dbał o nie ciągle, oczywiście. Kochał te stworzenia, kochał to miejsce, był z niego dumny. Ale teraz, kiedy już porozdawał w ręce innych osób kontrolę... jakoś przestało mu zależeć. Jego małe, własne królestwo radziło sobie bez niego - musiał poszukać sobie innego, zbudować coś innego. Gdyby jeszcze tylko dni były dłuższe, doby się tak nie kurczyły i gdyby nie kusiło zamiast szukania czegoś do tworzenia to szukać towarzystwa ludzi na pewno byłoby prościej... chyba byłoby prościej. Prościej na dłuższy dystans, o wiele ciężej na obecny. Laurent nabrał ochoty na to, żeby zapalić. Siedząc tutaj w spokoju z Victorią podzielić się z nią papierosem i popatrzeć w ciszy na słońce i migoczący odbiciem klonowych liści park. - Drake'a? - Powtórzył za nią nie dlatego, że miał wątpliwość, czy usłyszał, a z wyrazu zdziwienia, że to imię zostało wyciągnięte na zewnątrz w tym momencie. - Tak, oczywiście, że pamiętam. - Ciężko byłoby go zapomnieć. Był jedną z bardzo niewielu osób, które Laurent darzył taką antypatią, żeby wylać na niego trochę swojego jadu. Jeśli nie liczyć czasów szkolnych to łatwo było uznać, że Drake dokonał nieomal cudu!
Czy opowieść o człowieku, który dokonał cudu, mogła go zszokować? Pewne rzeczy puszczasz na niektórych etapach swojego życia. Mogą w tobie pozostać pragnienia, marzycielstwo było nieodłączną jego częścią - Laurent przecież marzył o najwyższych wieżach, smokach i księciu na rumaku, nie oznaczało to, że na niego czekał. Nie czekał nigdy. Tak i wiedział, gdzie leżała ta granica głupiej naiwności, jaką w sobie miał. Tak też wiedział, że niszczył nią siebie samego. To była studnia, w której topił samego siebie. Ale to, co stało się w przeciągu ostatnich dni sprawiło, że wbił w cegły swoje paznokcie. Ból... ten ból, którego niby się bał, a jednocześnie niezdrowo go czasem szukał, pomagał czasem otrzeźwieć. Tak samo jak policzek od świata mówiący ci, jak wiele ryzykujesz każdego dnia.
Nie cofnął swojej dłoni. Nie miał też żadnego dobrego słowa na zakończenie tej opowieści. Była wystarczająco adekwatna do sytuacji, wystarczająco mocno pokazująca, że ludzie są dwulicowi... i, och, czy naprawdę tego potrzebował? Doceniał, że podzieliła się z nim tą historią, chociaż nie chciał, żeby jednocześnie historia istniała. Powód był bardzo prosty - nie chciał, żeby Victoria musiała przeżywać rzeczy, które rozkładały świat na części pierwsze. Nie chcieć sobie mógł. Przecież wszystko weryfikował ten okrutny świat.
- Masz papierosy, Victorio? - Chyba jak za starych lat będzie musiał nosić kilka pod ręką. Nie znosił tego smrodu papierosów. Mimo to sama czynność palenia przynosiła jakąś dziwną ulgę. Chociaż na moment ogarniało empirycznym wrażeniem, że te chwile są tak samo lekkie i ulotne jak dym nikotyny. - Jednocześnie tak jak i nie. Nie chciałbym, żebyś przez naszą relację się mocniej angażowała niż to, co już miało miejsce w New Forest. Chociaż jeszcze raz za to dziękuję, nie poradziłem sobie najlepiej w tamtej sytuacji. - Puściły mu nerwy i to bardzo mocno. Prawie tam krzyczał, ale ostatecznie i na krzyk sił zabrakło. Tymczasem była Victoria - zawsze z chłodną głową, starająca się podjąć najbardziej realne i bezpieczne sposoby na dotarcie do celu, jakim była ochrona jego samego i jego domu. - Wiem, że nie. Uznałem jednak, że mogą ci pomóc i będą dobrym początkiem. - Może akurat zobaczy w nich coś, czego on nie widział? Albo da jej jakiś pogląd na to, bo Laurent miał z tym ogromny problem. Mieszało mu się wszystko. Absolutnie wszystko. - Wiem o tym. Będę się starał niczego nie pomijać... - Chociaż miał mnóstwo do ukrycia i robiło mu się niedobrze na myśl, że musiałby się dzielić wszystkim. - ... nie wszystko jest wygodne. - Ufał Victorii, oczywiście. W innym wypadku ukrywałby przed każdym innym aurorem o wiele więcej rzeczy bez znaczenia na to, że to mogło go na coś narażać.