Londyn był jednym z ostatnich miejsc, jakie wybrałby na miejsce zamieszkania. Jednym z ostatnich bo były większe dziury od tego miasta, w których wcale nie było ładnie. Tymczasem nawet w Londynie można było znaleźć zaciszne miejsca, gdzie postawienie domu nawet nie byłoby tak straszne. Nawet - bo Laurent nie wyobrażał sobie mieszkania gdzieś, gdzie nie miałby dostępu do morza. Możliwość ucieczki w głębiny była zbyt cenna. Bezcenna. Mógłby je zamienić na duże jezioro, ale to nie byłoby to. Słona woda, fale, kaprysy tej Mateczki, która była gorsza i lepsza zarazem od Matki Nadziei. Morze nie mogło w końcu umrzeć, więc nigdy nie umierało ostatnie. Mogło pochłonąć setki istnień i nadal pozostawało niewzruszone - najedzone, co najwyżej. Sztorm fal przechodził w lazurowy błękit, kiedy wychylało się słońce zza chmur. Góry były równie pięknie, niczego nie ujmowało im to, że większość do morza dostępu nie miała. Panowała wśród nich zupełnie inna atmosfera, którą cenił sobie równie mocno. Krew jednak, nie ważne, jak bardzo chciałoby się temu zaprzeczać, wzywała i robiła swoje. W jego żyłach płynęła wystarczająco gęsta, żeby przywiązywać go do wody tak samo, jak Matka Woda więziła jego matkę.
- Propozycja - to dobre słowo. - Nie prośba, bo przecież nie mógłby jej odmówić! To znaczy - mógłby. Zawsze znajdą się wymówki, kiedy nie chcesz się z kimś spotykać, ale obecność Geraldine w tym miejscu była teraz wręcz pokrzepiająca. Po tym wstrząsie dzisiejszego poranka nawet bardzo pokrzepiająca. Była jedną z tych osób, przy których człowiek mógł się czuć bezpiecznie. Prosta kobieta, która czyniła z prostoty sztukę. Tak, sztukę. Dla Laurenta była fascynującym i godnym podziwu zjawiskiem, prawie jak góry, z których pochodziła - niby człowiek zna i rozumie promienie słońca, a jednak halo słoneczne wśród gór było jedyne w swoim rodzaju. Więc tak, poczuł ulgę, że mógł potowarzyszyć tego popołudnia Geraldine w nauce jazdy konnej i całkowicie zapomnieć o porażce, jaką doświadczył. Z uśmiechem. Z uśmiechem, jak i ona nosiła uśmiech, bo żadne z nich nie musiało wiedzieć, co działo się po drugiej stronie lustra. Bo... czasami człowiek tego potrzebował. Przez moment oszukać samego siebie, że jest naprawdę dobrze, że coś kontrolujesz i że wcale nie każda chwila twojego życia musi być zabarwiona porażkami. - Zaproponowałbym ci whiskey, ale przed jazdą konną to bardziej niż niewskazane. - Wyjaśnił się, bo nie musiał daleko kombinować, żeby wiedzieć, że osoby takie jak Geraldine niekoniecznie preferują rozmowy przy herbatce i ciastkach. Chooć... to nie było oczywiste. Czasami ludzie potrafili naprawdę zaskakiwać. - Zaproponuję za to po jeździe. - Żeby czasem nie sądziła, że mógłby ją tutaj zaniedbać!
Zamknął za sobą drzwi i gestem ręki wskazał jej kierunek stajni. Spodziewając się Geraldine kazał przygotować dla niej już dla niej rumaka, żeby czasem nikt go nie porwał tego dnia pod siodło, skoro potrzebował go dla kobiety. Bo nie, to nie działało tak, że to mógł być pierwszy lepszy. Nie każdy koń nadawał się pod wierzch dla osoby zaczynającej przygodę z jeździectwem. To było żywe zwierze, nie maszyna - koń mógł tak przejmować złe nawyki od jeźdźca, jak jeździec od konia, a złe nawyki bywały bardzo trudne do wyplenienia z przyzwyczajeń. Dlatego Laurent trzymał konie, które się doskonale do nauki nadawały, bo były wypracowane, spokojne i pomagały jeźdźcowi zrozumieć co się dzieje - prowadziły go czasem same, jeśli była taka potrzeba.
- Miałaś już kiedyś do czynienia z jeździectwem czy będziemy zaczynali od podstaw? - Nie, Laurent nie pracował jako instruktor. Miał o wiele ważniejsze zajęcia do roboty. Ale znajomym z przyjemnością rezerwował chwilę ze swojego kalendarza, bo traktował to jako możliwość spędzenia z nimi czasu, kontaktu. Odprężenia się tak prawdę mówiąc. - Nie spodziewałem się zobaczyć po tobie obaw dotyczących nauki, a jednak cieszy mnie jednocześnie twój spokój. - Ludzie potrafili się stresować byle pierdołami, a tym bardziej rzeczami nowymi.