18.04.2024, 17:20 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.07.2024, 01:40 przez Erik Longbottom.)
Gdyby nie to, że dalej był w szoku po tym, jak zobaczył, jak to Mabel bawi się z Samem, to może nawet parsknąłby śmiechem na to, że stolarz określił się mianem niedźwiedzia jednoosobowego. Na szczęście komentarz Longbottoma zamarł mu w ustach, gdy to Karl zwrócił na siebie jego uwagę. Pochylił się nad zwierzęciem.
— Nie przypominam sobie, żebyśmy rozmawiali o mnie — odparł na oskarżenia ze strony kota. — Och, dajże już spokój! Po prostu szukasz wymówek, żeby nie przyznać się do tego, że popełniłeś błąd. Oboje dobrze wiemy, że udział w ''podróży przez zawiłości świata materialnego'' z Mabel nierozerwanie łączy się z tym że powinieneś się nią opiekować i dbać o nią. I najwyraźniej nie jest to zadanie, w które jest teraz jakoś mocno zaangażowany. — Zacmokał z niezadowoleniem. — Nie dostaniesz nawet kęsa tuńczyka przed powrotem do Londynu.
Kłamał, ale kocur nie musiał tego wiedzieć. Działał pod wpływem chwili, a wolał skrytykować decyzje futrzastego towarzysza Mabel, niż dziewczynki lub jej starszego kolegi. Dzięki Merlinowi, w ogrodzie nie doszło do żadnego wypadku, jednak skoro ta dwójka zaczęła się ze sobą bawić, to kot mógł czmychnąć na moment do domu, żeby ściągnąć kogoś z zewnątrz, jeśli się martwił o swoją panią. A zamiast tego siedział jak kołek i komentował pod nosem to, co się wokół niego działo.
— Chociaż tyle — powiódł wzrokiem od chrześnicy do Sama, próbując wyczuć, czy faktycznie mówili mu prawdę. Naprawdę chciał im wierzyć, bo w gruncie rzeczy był dosyć ugodowym człowiekiem. A tak długo, jak nikomu nie stała się krzywda, można było się jakoś dogadać. Westchnął ciężko. — Następnym razem niech kogoś spyta, dobrze? Po prostu, żeby ktoś wiedział, co się z nią dzieje. No i... uważajcie. Na przyszłość.
Spojrzał na stolarza, nie chcąc go strofować. Bądź co bądź, nawet doceniał to, że chciał spędzić trochę czasu z młodą. Warownie nie była zbytnio wypełniona dziećmi, a nawet obecność Franka i Alice po powrocie z Hogwartu mogła nie okazać się wystarczająca, aby zaspokoić chęć Mabel do zabawy.
— Domek po ogrodniku miał być dla ludzi — zauważył powoli, jednak zaraz uśmiechnął się. — Ale przejrzenie projektu chyba w niczym nie zaszkodzi? Może kiedyś postawimy drugi. — Skinął głową Samowi. — Tylko nie siedźcie długo. Malwa pewnie niedługo wstawi obiad.
Po tych słowach ruszył z powrotem w kierunku Warowni, jednak co rusz zerkał przez ramię, co by upewnić się, że trójka nie wróci zaraz do niedźwiedziego rodeo. Merlinie, spraw, żeby została architektem, a nie zaklinaczką magicznych stworzeń, pomyślał. Ten pierwszy zawód był zdecydowanie bardziej bezpieczny, a nie wyobrażał sobie, żeby miał się martwić o to, że jakiś dziki zwierz odgryzie jej głowę. Nie był pewny, czy w jej przypadku zdołałby zaakceptować nawet karierę w Brygadzie Uderzeniowej. Ugh, na szczęście ta rozmowa miała się odbyć dopiero za parę lat.
Wiedział, że w gruncie rzeczy nie wydarzyło się nic strasznego. Bądź co bądź, to była tylko zabawa, a młoda Figg dalej znajdowała się pod opieką dorosłego. Wprawdzie był to Sam, którego Erik nie znał jeszcze najlepiej, ale chyba nawet dorosły z dziczy był lepszy niż brak jakiegokolwiek dorosłego. Zwłaszcza że Samuel dodatkowo potrafił zmieniać się w niedźwiedzia, co poniekąd robiło z niego całkiem niezłego strażnika.
Mimo to Erik wolał się upewnić, że pewne zasady... pewne lekcje... pozostaną z Mabel na dłużej. Na własnej skórze nie raz doświadczył, że nawet drobna reprymenda potrafiła zostać z człowiekiem na długo, o ile wypowiadała ją odpowiednia osoba. Wówczas przestawało się liczyć, czy było się dzieckiem, czy dorosłym, a na znaczeniu zyskiwał szacunek i sympatia w stosunku do drugiej osoby. Longbottom zatrzymał się tuż przed drzwiami tarasowymi i rozejrzał się raz jeszcze po otaczającym go ogrodzie i rozciągających się daleko za budynkami Warowni sadach.
Nie chciał stać się oschłym i wymagającym wujem, który będzie wychodził z założenia, że ''zimny chów'' to jedyne słuszne rozwiązanie przy wychowywaniu dziecka. Nie mógł być też jednak tym, który rozpieszczał dziewczynkę non stop. Nora by mu na to nie pozwoliła, a i tak musiałby konkurować o tę rolę z własną siostrą. Musiał znaleźć jakiś złoty środek. To było ważne, zwłaszcza na tej ziemi, w którą nie raz, nie dwa wsiąkał pot i łzy wszystkich Longbottomów, którzy...
Jestem tobą zawiedziony. Słowa te rozbrzmiewały nieustannie w głowie Erika, chociaż padły dobre kilka godzin wcześniej. Dalej miał wrażenie, że Godryk siedzi tuż obok i powtarza mu je prosto do ucha. Nie potrafił zrozumieć, czemu spotkał się z taką, a nie inną opinią nestora rodu. Przecież nie zrobił nic złego. Zrobił wszystko według zasad i regulaminów Srebrnych Różdżek. Po prostu poniosło go nieco podczas ostatniego turnieju w Klubie Pojedynków.
W ostatnich tygodniach nie miał najlepszej passy, więc liczył, że uda mu się nieco odbić od dna, pokazać na go stać i dać znać innym członkom stowarzyszenia, że chociaż spędzał mnóstwo czasu w Ministerstwie Magii, tak nie siedział ciągle za biurkiem i potrafił machać różdżką, tak dobrze, jak wcześniej. A jednak to starcie było inne od poprzednich. Jako doświadczony zawodnik stanął naprzeciw nowego rekruta, poleconego przed innych doświadczonych członków Srebrnych Różdżek. Młody czarodziej, tuż po szkole, dostał nawet świeżutką szatę.
Przedstawiono ich sobie. Ukłonili się przed sobą, po czym przeszli w wydzielone dla nich miejsca na arenie, a kiedy rozbrzmiał gong rozpoczynający ich starcie... Erik zaatakował agresywnie. Nie sięgał po czarną magią ani zaklęcia, które mogły trwale okaleczyć oponenta, jednak wykorzystywał każdą lukę w obronie przeciwnika, jaką tylko był w stanie wypatrzeć, a sam zasypywał go gradem zaklęć, jakby chciał jak najszybciej doprowadzić do zakończenia starcia.
Typowy overkill. Nadmiar przemocy. Nadmiar emocji, które sprawiały, że splecione wici zaklęć wręcz wibrowały od nadmiaru tchniętej w nie energii. Na koniec chłopak wręcz spadł z areny, nie dając Erikowi nawet szansy na to, aby się do niego odezwać. Chociaż na publiczności słychać było oklaski, tak od tej jednej osoby, na której aprobacie mu zależało, uzyskał jedynie pełne dezaprobaty spojrzenie. I zaledwie kilka zdań zamienionych w szatni.
Erik zatrzymał się w pół kroku, czując, że jego policzki pokrywają się czerwienią pod wpływem zapomnianych do niedawna wspomnień. W pierwszej chwili nie potrafił nawet umiejscowić ich w czasie. Dwa, trzy lata po ukończeniu Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie? Maksymalnie cztery. Sam był wówczas dosyć młody, jednak praca w Brygadzie Uderzeniowej wzniosła jego umiejętności na wyższy poziom. Zdecydowanie wyższy od dzieciaka, który ledwo zdążył odebrać dyplom i wyniki egzaminów.
Powoli przypominał sobie coraz więcej szczegółów. Wstyd jaki czuł, gdy Godryk dosadnie zbeształ go za to, jak potraktował nowego rekruta. Nie tego spodziewano się po Longbottomach. Mogli być mistrzami pojedynków obeznanymi w zasadach pojedynków czarodziejów i szermierki, ale mieli też szacunek do przeciwnika. Tutaj go nie pokazał. Po prostu poszedł na całość, nie dając przeciwnikowi szansy na żadną odpowiedź. Zdusił go w zarodku, zanim zdołał jakkolwiek rozwinąć skrzydła. I to wszystko po to, aby się popisać. Przypomnieć innym, że dalej tu jest. I wykorzystał do tego świeżaka.
Z początku naprawdę nie widział w tym niczego złego. Czy naprawdę liczyło się to, jak wygrał tak długo, jak faktycznie lądował na podium? Gdyby to było prawdziwe życie, a nie turniej towarzyski w Srebrnych Różdżkach, to właśnie to by się liczyło najbardziej: czas reakcji, refleks, odpowiednie użycie czarów i zminimalizowanie szans przeciwnika na odpowiedź klątwą czy innym silnym zaklęciem. Tutaj zrobił to samo, więc...
Nie miał nic na swoje usprawiedliwienie. Teraz rozumiał to jeszcze bardziej. Nawet na lokalnym turnieju liczyło się to, jak podchodziło się do drugiego przeciwnika. Gra fairplay, stosowanie się do zasad, brak nadużyć w regulaminie i wykorzystywanie zasad na swoją korzyść. Trzeba było pokazać to kim się jest. A tak? Tamten chłopak już nie wrócił do Srebrnych Różdżek. Nie przypominał sobie też, aby kiedykolwiek widział go w Brygadzie czy Biurach Aurorów. Pewnie znalazł inną ścieżkę. Czy byłby z niego dobry Brygadzista? Teraz już nigdy się tego nie dowie.
Erik westchnął cicho i wrócił do środka. Nawet lata później przeszłość potrafiła wrócić z nowymi lekcjami do przyswojenia.
— Nie przypominam sobie, żebyśmy rozmawiali o mnie — odparł na oskarżenia ze strony kota. — Och, dajże już spokój! Po prostu szukasz wymówek, żeby nie przyznać się do tego, że popełniłeś błąd. Oboje dobrze wiemy, że udział w ''podróży przez zawiłości świata materialnego'' z Mabel nierozerwanie łączy się z tym że powinieneś się nią opiekować i dbać o nią. I najwyraźniej nie jest to zadanie, w które jest teraz jakoś mocno zaangażowany. — Zacmokał z niezadowoleniem. — Nie dostaniesz nawet kęsa tuńczyka przed powrotem do Londynu.
Kłamał, ale kocur nie musiał tego wiedzieć. Działał pod wpływem chwili, a wolał skrytykować decyzje futrzastego towarzysza Mabel, niż dziewczynki lub jej starszego kolegi. Dzięki Merlinowi, w ogrodzie nie doszło do żadnego wypadku, jednak skoro ta dwójka zaczęła się ze sobą bawić, to kot mógł czmychnąć na moment do domu, żeby ściągnąć kogoś z zewnątrz, jeśli się martwił o swoją panią. A zamiast tego siedział jak kołek i komentował pod nosem to, co się wokół niego działo.
— Chociaż tyle — powiódł wzrokiem od chrześnicy do Sama, próbując wyczuć, czy faktycznie mówili mu prawdę. Naprawdę chciał im wierzyć, bo w gruncie rzeczy był dosyć ugodowym człowiekiem. A tak długo, jak nikomu nie stała się krzywda, można było się jakoś dogadać. Westchnął ciężko. — Następnym razem niech kogoś spyta, dobrze? Po prostu, żeby ktoś wiedział, co się z nią dzieje. No i... uważajcie. Na przyszłość.
Spojrzał na stolarza, nie chcąc go strofować. Bądź co bądź, nawet doceniał to, że chciał spędzić trochę czasu z młodą. Warownie nie była zbytnio wypełniona dziećmi, a nawet obecność Franka i Alice po powrocie z Hogwartu mogła nie okazać się wystarczająca, aby zaspokoić chęć Mabel do zabawy.
— Domek po ogrodniku miał być dla ludzi — zauważył powoli, jednak zaraz uśmiechnął się. — Ale przejrzenie projektu chyba w niczym nie zaszkodzi? Może kiedyś postawimy drugi. — Skinął głową Samowi. — Tylko nie siedźcie długo. Malwa pewnie niedługo wstawi obiad.
Po tych słowach ruszył z powrotem w kierunku Warowni, jednak co rusz zerkał przez ramię, co by upewnić się, że trójka nie wróci zaraz do niedźwiedziego rodeo. Merlinie, spraw, żeby została architektem, a nie zaklinaczką magicznych stworzeń, pomyślał. Ten pierwszy zawód był zdecydowanie bardziej bezpieczny, a nie wyobrażał sobie, żeby miał się martwić o to, że jakiś dziki zwierz odgryzie jej głowę. Nie był pewny, czy w jej przypadku zdołałby zaakceptować nawet karierę w Brygadzie Uderzeniowej. Ugh, na szczęście ta rozmowa miała się odbyć dopiero za parę lat.
Wiedział, że w gruncie rzeczy nie wydarzyło się nic strasznego. Bądź co bądź, to była tylko zabawa, a młoda Figg dalej znajdowała się pod opieką dorosłego. Wprawdzie był to Sam, którego Erik nie znał jeszcze najlepiej, ale chyba nawet dorosły z dziczy był lepszy niż brak jakiegokolwiek dorosłego. Zwłaszcza że Samuel dodatkowo potrafił zmieniać się w niedźwiedzia, co poniekąd robiło z niego całkiem niezłego strażnika.
Mimo to Erik wolał się upewnić, że pewne zasady... pewne lekcje... pozostaną z Mabel na dłużej. Na własnej skórze nie raz doświadczył, że nawet drobna reprymenda potrafiła zostać z człowiekiem na długo, o ile wypowiadała ją odpowiednia osoba. Wówczas przestawało się liczyć, czy było się dzieckiem, czy dorosłym, a na znaczeniu zyskiwał szacunek i sympatia w stosunku do drugiej osoby. Longbottom zatrzymał się tuż przed drzwiami tarasowymi i rozejrzał się raz jeszcze po otaczającym go ogrodzie i rozciągających się daleko za budynkami Warowni sadach.
Nie chciał stać się oschłym i wymagającym wujem, który będzie wychodził z założenia, że ''zimny chów'' to jedyne słuszne rozwiązanie przy wychowywaniu dziecka. Nie mógł być też jednak tym, który rozpieszczał dziewczynkę non stop. Nora by mu na to nie pozwoliła, a i tak musiałby konkurować o tę rolę z własną siostrą. Musiał znaleźć jakiś złoty środek. To było ważne, zwłaszcza na tej ziemi, w którą nie raz, nie dwa wsiąkał pot i łzy wszystkich Longbottomów, którzy...
Jestem tobą zawiedziony. Słowa te rozbrzmiewały nieustannie w głowie Erika, chociaż padły dobre kilka godzin wcześniej. Dalej miał wrażenie, że Godryk siedzi tuż obok i powtarza mu je prosto do ucha. Nie potrafił zrozumieć, czemu spotkał się z taką, a nie inną opinią nestora rodu. Przecież nie zrobił nic złego. Zrobił wszystko według zasad i regulaminów Srebrnych Różdżek. Po prostu poniosło go nieco podczas ostatniego turnieju w Klubie Pojedynków.
W ostatnich tygodniach nie miał najlepszej passy, więc liczył, że uda mu się nieco odbić od dna, pokazać na go stać i dać znać innym członkom stowarzyszenia, że chociaż spędzał mnóstwo czasu w Ministerstwie Magii, tak nie siedział ciągle za biurkiem i potrafił machać różdżką, tak dobrze, jak wcześniej. A jednak to starcie było inne od poprzednich. Jako doświadczony zawodnik stanął naprzeciw nowego rekruta, poleconego przed innych doświadczonych członków Srebrnych Różdżek. Młody czarodziej, tuż po szkole, dostał nawet świeżutką szatę.
Przedstawiono ich sobie. Ukłonili się przed sobą, po czym przeszli w wydzielone dla nich miejsca na arenie, a kiedy rozbrzmiał gong rozpoczynający ich starcie... Erik zaatakował agresywnie. Nie sięgał po czarną magią ani zaklęcia, które mogły trwale okaleczyć oponenta, jednak wykorzystywał każdą lukę w obronie przeciwnika, jaką tylko był w stanie wypatrzeć, a sam zasypywał go gradem zaklęć, jakby chciał jak najszybciej doprowadzić do zakończenia starcia.
Typowy overkill. Nadmiar przemocy. Nadmiar emocji, które sprawiały, że splecione wici zaklęć wręcz wibrowały od nadmiaru tchniętej w nie energii. Na koniec chłopak wręcz spadł z areny, nie dając Erikowi nawet szansy na to, aby się do niego odezwać. Chociaż na publiczności słychać było oklaski, tak od tej jednej osoby, na której aprobacie mu zależało, uzyskał jedynie pełne dezaprobaty spojrzenie. I zaledwie kilka zdań zamienionych w szatni.
Erik zatrzymał się w pół kroku, czując, że jego policzki pokrywają się czerwienią pod wpływem zapomnianych do niedawna wspomnień. W pierwszej chwili nie potrafił nawet umiejscowić ich w czasie. Dwa, trzy lata po ukończeniu Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie? Maksymalnie cztery. Sam był wówczas dosyć młody, jednak praca w Brygadzie Uderzeniowej wzniosła jego umiejętności na wyższy poziom. Zdecydowanie wyższy od dzieciaka, który ledwo zdążył odebrać dyplom i wyniki egzaminów.
Powoli przypominał sobie coraz więcej szczegółów. Wstyd jaki czuł, gdy Godryk dosadnie zbeształ go za to, jak potraktował nowego rekruta. Nie tego spodziewano się po Longbottomach. Mogli być mistrzami pojedynków obeznanymi w zasadach pojedynków czarodziejów i szermierki, ale mieli też szacunek do przeciwnika. Tutaj go nie pokazał. Po prostu poszedł na całość, nie dając przeciwnikowi szansy na żadną odpowiedź. Zdusił go w zarodku, zanim zdołał jakkolwiek rozwinąć skrzydła. I to wszystko po to, aby się popisać. Przypomnieć innym, że dalej tu jest. I wykorzystał do tego świeżaka.
Z początku naprawdę nie widział w tym niczego złego. Czy naprawdę liczyło się to, jak wygrał tak długo, jak faktycznie lądował na podium? Gdyby to było prawdziwe życie, a nie turniej towarzyski w Srebrnych Różdżkach, to właśnie to by się liczyło najbardziej: czas reakcji, refleks, odpowiednie użycie czarów i zminimalizowanie szans przeciwnika na odpowiedź klątwą czy innym silnym zaklęciem. Tutaj zrobił to samo, więc...
Nie miał nic na swoje usprawiedliwienie. Teraz rozumiał to jeszcze bardziej. Nawet na lokalnym turnieju liczyło się to, jak podchodziło się do drugiego przeciwnika. Gra fairplay, stosowanie się do zasad, brak nadużyć w regulaminie i wykorzystywanie zasad na swoją korzyść. Trzeba było pokazać to kim się jest. A tak? Tamten chłopak już nie wrócił do Srebrnych Różdżek. Nie przypominał sobie też, aby kiedykolwiek widział go w Brygadzie czy Biurach Aurorów. Pewnie znalazł inną ścieżkę. Czy byłby z niego dobry Brygadzista? Teraz już nigdy się tego nie dowie.
Erik westchnął cicho i wrócił do środka. Nawet lata później przeszłość potrafiła wrócić z nowymi lekcjami do przyswojenia.
Koniec sesji
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞