Biegł, stąpał, znowu biegł i zatrzymywał się, by przewrócić się na plecy i wytarzać w lipcowej trawie, bez większego celu chwytać paszczą źdźbła trawy i wyrywać je. A potem znów się podnosił, otrzepywał futro i szedł dalej, przechodząc pomiędzy drzewami i napawając się chwilą, w której nie musiał myśleć o niczym, jak o tym, jak wspaniale było znowu czuć pod łapami ziemię.
Jak cudownie byłoby znów poczuć pod nimi śnieg.
W momencie, w którym otworzył paszczę, by znowu wypłoszyć ptaki, do jego uszu dotarł nowy dźwięk.
Dźwięk, od którego drżała ziemia i strach przepełniał serce.
Niedźwiedź. Dorosły niedźwiedź, gdzieś niedaleko.
Z jego gardła wydobył się krótki, ale głośny warkot, gdy łapy kolejny raz uderzyły o ziemię i poniosły go w stronę, z której dotarł do niego ryk drugiego samca.
Niedobrze. Bardzo niedobrze. Dziki niedźwiedź, pałętający się w okolicach Doliny, stwarzał ogromne niebezpieczeństwo. Przecież mógł skrzywdzić Vladimira, gdyby jego stryj pomylił prawdziwe zwierzę z bratankiem. Mógł skrzywdzić hipogryfy. Skrzywdzić Suzie. Mógł skrzywdzić Brennę i jej bliskich.
Odpowiadał na ryk, odpowiedział na wezwanie. Nie mógł zignorować takiego zagrożenia.
Obnażył kły, futro mu się zjeżyło na karku i powietrze przeciął kolejny jego ryk.
Wiedziony zwierzęcym instynktem, ruszył na zbliżającego się ku niemu przeciwnika.