18.04.2024, 19:02 ✶
Na pewnym poziomie swojej świadomości Erik na pewno doceniłby przeprosiny, nawet jeśli siostra dosyć dosadnie udowodniła mu, że Brenna ze snu nie miała za wiele wspólnego z prawdziwą Brenną. Był całkiem bliski uwierzenia temu, że siedząca przed nim dziewczyna nie byłaby w stanie pozostać w Ministerstwie Magii, gdy miała jeszcze otwartą drogę ucieczki.
Pomimo całej swej empatii i zdolności postawienie się na czyimś miejscu, nie potrafił jednak całkowicie zignorować wytworów własnego umysłu. Fałszywa Longbottom musiała mieć coś wspólnego z jego obrazem młodszej siostry. I to też był powód do zmartwień. Może tylko na nieco mniejszą skalę.
— To prawda, nie zawsze — przytaknął z kamienną twarzą, powstrzymując się od głośnego parsknięcia.
Wybieganie podczas posiłków, spisany na prędce listy pozostawione w kuchni lub biurze Brygady Uderzeniowej, plotki krążące w Ministerstwie Magii o tym, w jakim stanie wraca ze swoich wypadów... Czasem cieszył się, że niektóre informacje wpadały do jego głowy jednym uchem, a wypadały drugim. Przynajmniej dzięki temu nie czuł się w obowiązku latać do Brenny za każdym razem, gdy wpadała w kłopoty, a zamiast tego czekał, aż siostra sama do niego przyjdzie, żeby się pochwalić.
A sprawach Zakonu nawet nie musiała tego robić. Oboje byli aż nadto świadomi tego, gdzie to wszystko może się skończyć. I jak pokazało Beltane, wielka bitwa wcale nie była potrzebna do tego, aby przesądzić o czyimś być albo nie być. Konflikt mógł równie dobrze rozegrać w potyczce małego oddziału. Jednym udawało się dożyć wschodu słońca, innym nie. Takie były realia, ale nie było to łatwe do zaakceptowania.
— Oczywiście, że możesz. Po prostu nie chcesz — mruknął, wywracając teatralnie oczami. — Starasz się być dobrym wzorem do naśladowania, więc brak udziału mógłby zmniejszyć twój autorytet wobec nowszych członków organizacji. Jest w tym lekka różnica, bo mogłabyś zostać despotką, która tylko żąda wyników, a nie daje od siebie niczego w zamian.
Pewnie z tym męczyłabyś się jeszcze bardziej, dodał w myślach. Trudno było mu wyobrazić sobie Brennę, jako dowódczynię, która tylko wydawała rozkazy, a sama znikała w gabinecie, pokoju spotkań czy po prostu znikała z pola widzenia, oczekując na raport. Była nie tylko Ręką, ale i Sercem tej organizacji. Na swój sposób podtrzymywała ją przy życiu, dbając o stały zastrzyk świeżej krwi. I może to tak przeraziło Erika na wyspie: wątpił, aby potrafił ją godnie zastąpić.
— A ja będę uważać na ciebie — rzucił, uśmiechając się do niej krzywo. Ścisnął lekko jej rękę. Jak długo będzie to możliwe.
Chrząknął cicho i podniósł się z podłogi, aby zaraz wyciągnąć pomocną dłoń w stronę Brenny. Odprowadził ją do łóżka, a potem ruszył w stronę drzwi. Odwrócił się po raz ostatni w stronę siostry, zanim opuścił pokój:
— Przyniosę ci zaraz dzbanek z herbatą. Jeśli... naprawdę będziesz musiała gdziekolwiek wyjść, to masz mnie zawołać — uprzedził spokojnym głosem. — Może nie jestem lekarzem, ale wolę mieć cię na oku, gdyby wystąpiły jakieś skutki uboczne.
Pomimo całej swej empatii i zdolności postawienie się na czyimś miejscu, nie potrafił jednak całkowicie zignorować wytworów własnego umysłu. Fałszywa Longbottom musiała mieć coś wspólnego z jego obrazem młodszej siostry. I to też był powód do zmartwień. Może tylko na nieco mniejszą skalę.
— To prawda, nie zawsze — przytaknął z kamienną twarzą, powstrzymując się od głośnego parsknięcia.
Wybieganie podczas posiłków, spisany na prędce listy pozostawione w kuchni lub biurze Brygady Uderzeniowej, plotki krążące w Ministerstwie Magii o tym, w jakim stanie wraca ze swoich wypadów... Czasem cieszył się, że niektóre informacje wpadały do jego głowy jednym uchem, a wypadały drugim. Przynajmniej dzięki temu nie czuł się w obowiązku latać do Brenny za każdym razem, gdy wpadała w kłopoty, a zamiast tego czekał, aż siostra sama do niego przyjdzie, żeby się pochwalić.
A sprawach Zakonu nawet nie musiała tego robić. Oboje byli aż nadto świadomi tego, gdzie to wszystko może się skończyć. I jak pokazało Beltane, wielka bitwa wcale nie była potrzebna do tego, aby przesądzić o czyimś być albo nie być. Konflikt mógł równie dobrze rozegrać w potyczce małego oddziału. Jednym udawało się dożyć wschodu słońca, innym nie. Takie były realia, ale nie było to łatwe do zaakceptowania.
— Oczywiście, że możesz. Po prostu nie chcesz — mruknął, wywracając teatralnie oczami. — Starasz się być dobrym wzorem do naśladowania, więc brak udziału mógłby zmniejszyć twój autorytet wobec nowszych członków organizacji. Jest w tym lekka różnica, bo mogłabyś zostać despotką, która tylko żąda wyników, a nie daje od siebie niczego w zamian.
Pewnie z tym męczyłabyś się jeszcze bardziej, dodał w myślach. Trudno było mu wyobrazić sobie Brennę, jako dowódczynię, która tylko wydawała rozkazy, a sama znikała w gabinecie, pokoju spotkań czy po prostu znikała z pola widzenia, oczekując na raport. Była nie tylko Ręką, ale i Sercem tej organizacji. Na swój sposób podtrzymywała ją przy życiu, dbając o stały zastrzyk świeżej krwi. I może to tak przeraziło Erika na wyspie: wątpił, aby potrafił ją godnie zastąpić.
— A ja będę uważać na ciebie — rzucił, uśmiechając się do niej krzywo. Ścisnął lekko jej rękę. Jak długo będzie to możliwe.
Chrząknął cicho i podniósł się z podłogi, aby zaraz wyciągnąć pomocną dłoń w stronę Brenny. Odprowadził ją do łóżka, a potem ruszył w stronę drzwi. Odwrócił się po raz ostatni w stronę siostry, zanim opuścił pokój:
— Przyniosę ci zaraz dzbanek z herbatą. Jeśli... naprawdę będziesz musiała gdziekolwiek wyjść, to masz mnie zawołać — uprzedził spokojnym głosem. — Może nie jestem lekarzem, ale wolę mieć cię na oku, gdyby wystąpiły jakieś skutki uboczne.
Koniec sesji
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞