18.04.2024, 21:29 ✶
Nie umiała w pełni zrozumieć sytuacji Thomasa – mogła próbować, mogła pewne rzeczy i mechanizmy dostrzegać, mogła współczuć – ale bardziej przeczuwała niż pojmowała w pełni. Była tuż obok, a jednak jej własne życie pozostawało na tyle różne, że ciężko było dostrzec wszystkie niuanse i problemy kogoś, kto niejako żył na granicy dwóch światów. Nie należący już do jednego, ba, niemalże nieistniejący w nim – pozbawiony oficjalnej edukacji i pracy – a w drugim narażony nie tylko na dyskryminację czy ostracyzm, a nawet na śmierć.
I nic nie mogła na to poradzić.
Ale ta wizyta, być może, pozwala wychwycić kolejne drobiazgi, elementy puzzli, z których powoli wyłaniał się obraz.
Przynajmniej próbowała zrozumieć. Nie tylko Thomasa, ale też mugoli, nawet przez tych „dobrych” czarodziei, nawet przez nią, traktowanych przecież inaczej.
– Ja już chyba przywykłam. To znaczy do bycia obiektem żenujących historii. I przecież wiesz, że nie musisz ich wyciągać, pewnie wszyscy ci sami nimi sypią, jestem pewna, że ktoś już ci opowiadał, jak matka mnie obsztorcowała za ucieczkę oknem z przyjęcia Prewettów albo jak jeden zawodnik quidditcha wziął mnie za bezdomną i postawił wesprzeć datkiem?
*
– Oczywiście, że jest, panie Hardwick. Bardzo chciałabym obejrzeć sad, jestem ciekawa, czy jest podobny do tego za moim domem. Poza tym chętnie zobaczę zabudowania gospodarskie, byłam ostatnio na jednej farmie, ale nie była taka duża i nowoczesna, to interesujące, jak się różnią – odparła Brenna, posyłając mu uśmiech. I chociaż umiała czasem trochę manipulować, i może w tym też ta odrobina manipulacji się kryła, to przecież jednocześnie mówiła szczerze: Brennę naprawdę ciekawiły i cieszyły rzeczy, które innych ludzi niekoniecznie by interesowały. Do diaska, mogła iść z Thomasem oglądać krowy na pobliskim pastwisku i prawdopodobnie doskonale by się bawiła, próbując dostrzec jakieś wzory wśród ich łat. I naprawdę była chętna do rozglądania się po mugolskiej stodole. – Chodź, Thomas, chyba gonią nas do roboty. Do zobaczenia przy kolacji, panie Hardwick! – zawołała jeszcze na odchodne, dając się pociągnąć Thomasowi do ogrodu.
Gdy się rozglądała, pomyślała, że właściwie do pewnego stopnia przypomina to okolicę Warowni. Też mieli drzewa owocowe, krzewy, rabaty. Też wystawili stół z krzesłami, by latem jeść na świeżym powietrzu. I, oczywiście, Brenna też często skakała przez płot, który kiedyś oddzielał część ogródka od reszty. Mrugnęła więc do Thomasa, kiedy przesadził przez drewniane ogrodzenie, poszukując Abigail. A potem ciekawie przyglądała się Abigail – nie skojarzyła, że z trzymanym papierosom było coś nie tak, bo cóż, nie znała się na mugolskich używkach… Za to zarówno radosne powitanie, jak i to, że wspomniał Abigail w listach o swoich współlokatorach, wskazywało na to, że chyba był z nią nieco bliżej niż z resztą rodzeństwa. Bo miała niejasne wrażenie, że jednak te dwie części swojego życia Thomas oddzielał grupą kreską… ewentualnie to jego rodzina tę kreskę wyrysowała, a on nie próbował jej ścierać?
– Cześć, Abigail, miło cię poznać. – oświadczyła wesoło. – Czy ciasteczka Lizzie to te ze specjalnym nadzieniem? – spytała, mając oczywiście na myśli tę całą trutkę. Kolejne słowa wypowiedziała już gdy wracali, odruchowo ściszając głos podobnie, jak zrobił to Thomas. Co do wysadzania w powietrze, nie martw się, takie sytuacje to przecież totalnie moja specjalność – przypomniała.
Na poły żartując.
A po części mówiąc całkiem serio.
– Nie wierz we wszystko, co Thomas o mnie pisał. Właściwie może lepiej w nic nie wierz? – oświadczyła, ledwo Hardwick zostawił je same, ruszając do kredensu. Rzadko miała opory wobec mówienia do obcych ludzi, więc próbowała nawiązać rozmowę z Abigail niejako odruchowo. – Zwłaszcza jeśli napisał coś w stylu, że jestem pomiotem szatana albo coś takiego, po prostu uległ nadmiernie propagandzie mojego starszego brata… Ten zestaw będzie w porządku? Wasza mama nie zabije mnie za ruszanie świętości? Moja mama ma taki jeden zestaw, który wyciąga tylko na absolutnie specjalne okazje, musiałby przyjechać minister m… jakiś super ważny minister albo jakiś bóg zstąpić gdzieś z jakiegoś niebiańskiego tronu, żeby wolno było go ruszyć – paplała po swojemu, wskazując na jeden z kompletów zastawy, a jeśli Abigail nie zaprotestowała stanowczo przeciwko jego wyciągnięciu, Brenna zaczęła rozkładanie naczyń przy stole.
I nic nie mogła na to poradzić.
Ale ta wizyta, być może, pozwala wychwycić kolejne drobiazgi, elementy puzzli, z których powoli wyłaniał się obraz.
Przynajmniej próbowała zrozumieć. Nie tylko Thomasa, ale też mugoli, nawet przez tych „dobrych” czarodziei, nawet przez nią, traktowanych przecież inaczej.
– Ja już chyba przywykłam. To znaczy do bycia obiektem żenujących historii. I przecież wiesz, że nie musisz ich wyciągać, pewnie wszyscy ci sami nimi sypią, jestem pewna, że ktoś już ci opowiadał, jak matka mnie obsztorcowała za ucieczkę oknem z przyjęcia Prewettów albo jak jeden zawodnik quidditcha wziął mnie za bezdomną i postawił wesprzeć datkiem?
*
– Oczywiście, że jest, panie Hardwick. Bardzo chciałabym obejrzeć sad, jestem ciekawa, czy jest podobny do tego za moim domem. Poza tym chętnie zobaczę zabudowania gospodarskie, byłam ostatnio na jednej farmie, ale nie była taka duża i nowoczesna, to interesujące, jak się różnią – odparła Brenna, posyłając mu uśmiech. I chociaż umiała czasem trochę manipulować, i może w tym też ta odrobina manipulacji się kryła, to przecież jednocześnie mówiła szczerze: Brennę naprawdę ciekawiły i cieszyły rzeczy, które innych ludzi niekoniecznie by interesowały. Do diaska, mogła iść z Thomasem oglądać krowy na pobliskim pastwisku i prawdopodobnie doskonale by się bawiła, próbując dostrzec jakieś wzory wśród ich łat. I naprawdę była chętna do rozglądania się po mugolskiej stodole. – Chodź, Thomas, chyba gonią nas do roboty. Do zobaczenia przy kolacji, panie Hardwick! – zawołała jeszcze na odchodne, dając się pociągnąć Thomasowi do ogrodu.
Gdy się rozglądała, pomyślała, że właściwie do pewnego stopnia przypomina to okolicę Warowni. Też mieli drzewa owocowe, krzewy, rabaty. Też wystawili stół z krzesłami, by latem jeść na świeżym powietrzu. I, oczywiście, Brenna też często skakała przez płot, który kiedyś oddzielał część ogródka od reszty. Mrugnęła więc do Thomasa, kiedy przesadził przez drewniane ogrodzenie, poszukując Abigail. A potem ciekawie przyglądała się Abigail – nie skojarzyła, że z trzymanym papierosom było coś nie tak, bo cóż, nie znała się na mugolskich używkach… Za to zarówno radosne powitanie, jak i to, że wspomniał Abigail w listach o swoich współlokatorach, wskazywało na to, że chyba był z nią nieco bliżej niż z resztą rodzeństwa. Bo miała niejasne wrażenie, że jednak te dwie części swojego życia Thomas oddzielał grupą kreską… ewentualnie to jego rodzina tę kreskę wyrysowała, a on nie próbował jej ścierać?
– Cześć, Abigail, miło cię poznać. – oświadczyła wesoło. – Czy ciasteczka Lizzie to te ze specjalnym nadzieniem? – spytała, mając oczywiście na myśli tę całą trutkę. Kolejne słowa wypowiedziała już gdy wracali, odruchowo ściszając głos podobnie, jak zrobił to Thomas. Co do wysadzania w powietrze, nie martw się, takie sytuacje to przecież totalnie moja specjalność – przypomniała.
Na poły żartując.
A po części mówiąc całkiem serio.
– Nie wierz we wszystko, co Thomas o mnie pisał. Właściwie może lepiej w nic nie wierz? – oświadczyła, ledwo Hardwick zostawił je same, ruszając do kredensu. Rzadko miała opory wobec mówienia do obcych ludzi, więc próbowała nawiązać rozmowę z Abigail niejako odruchowo. – Zwłaszcza jeśli napisał coś w stylu, że jestem pomiotem szatana albo coś takiego, po prostu uległ nadmiernie propagandzie mojego starszego brata… Ten zestaw będzie w porządku? Wasza mama nie zabije mnie za ruszanie świętości? Moja mama ma taki jeden zestaw, który wyciąga tylko na absolutnie specjalne okazje, musiałby przyjechać minister m… jakiś super ważny minister albo jakiś bóg zstąpić gdzieś z jakiegoś niebiańskiego tronu, żeby wolno było go ruszyć – paplała po swojemu, wskazując na jeden z kompletów zastawy, a jeśli Abigail nie zaprotestowała stanowczo przeciwko jego wyciągnięciu, Brenna zaczęła rozkładanie naczyń przy stole.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.