Był taki rodzaj zmęczenia, który ci odpuszczał grzechy dnia powszedniego. Jesteś zmęczony, przebodźcowany, ale wszystko, co złożyło się na to zmęczenie zamieniało je w słodycz waty cukrowej na krańcu języka. Było cholernie gorąco, a on chyba topił się - właśnie jak ta wata - mimo cienia nad ich głowami. Rozmywał się wzrok, cichły zmysły, a jednocześnie żadne z nich nie cichło powtarzając na repecie doznanie zbyt intensywne, żeby mogła go zmyć chwila. Ktoś by powiedział, że to świetna sprawa, no kto by nie chciał przeżywać szczytu seksu raz za razem, to jak oszukiwanie, jak przedłużanie przyjemności! Nie, niekoniecznie. A kiedy dodać do tego wszystkie emocje, które się wokół tego rozwijały to Bletchley miał wrażenie, kiedy już trochę powrócił na powierzchnię myślami, że nie doniesie kolejnego uniesienia, na które go Flynn nakręci jednym zdaniem czy drugim gestem. Jeśli baloniki po spuszczeniu powietrza otrzymały od Boga prawo do odczuwania to na pewno czuły się dokładnie tak jak Cain teraz leżąc na tym kocu, wśród grających świerszczy, śpiewających ptaków, przy zapachu trawy bardziej intensywnego przez rozgrzaną ziemię.
- Taaak. - To starość, jak nic, śmierć już blisko, Flynn go tutaj zawlókł na pewno, żeby go wykończyć, a potem zamurować w tym domku. Po prostu on został kotem w tej pokrętnej opowieści. - Mhmm... - Słuchał go, ale jakoś energia na odpowiadanie... no jak ten balonik. Odetchnął i zsunął przedramię z oczu, którym się zasłaniał, żeby się unieść i spojrzeć na Flynna. Dokładnie z jego przewidywaniami! Ale Bletchley nawet nie próbował kreować się na nieprzewidywalnego przy Flynnie. - To fajnie by było, gdyby była burza, czy niefajnie, bo wtedy zamkną ten fajny bar? - Uśmiechnął się i... cholera, zapaliłby. Totalnie by zapalił, ale ten upadł wydawał się teraz upalny do kwadratu. Na tyle, żeby zniechęcać do podejmowania najmniejszych ruchów, a co dopiero żeby jeszcze się krztusić dymem. I to wszystko nie było złe. Nie, to było błogosławione. Kiedy spoglądał na Flynna na tle tej trawy to było rzeczywiście zbyt dobrym snem, żeby mogło być prawdziwym. Tylko temperatura upewniała go w przekonaniu, że to wcale nie była żadna jego zboczona fantazja. - Chyba nawet u brygadzistów mnie tak nie przetyrali jak ty dzisiaj. - Pół żartem, pół serio, bo przy tym brzmiał dokładnie tak błogo i spokojnie jak powinien. Jak chciałby brzmieć może zawsze. Trochę mrukliwie, jakby sennie, a jednak był w pełni przytomny. Szczególnie po chwili siedzenia, kiedy złapał pewność, że jego mózg nie postanowi mu robić fikołków z błędnikiem, jeśli tylko spróbuje wstać. - Co do tego baru... - Marzenie Caina zawierało akceptację społeczeństwa. Zawierało to, żeby nikt na ciebie nie spoglądał krzywo, żeby nigdy nic nie wyszło na wierzch. To, że on i... jakiś cyrkowiec włóczą się ze sobą i, nie daj Boże, sypiają razem. Uprawiają całkowicie nieprzyzwoity zresztą seks. Już wystarczyło, że tamten dzielnicowy wtedy zajrzał do jego domu, włoski mu na karku stawały później. Pomogło w przyśpieszeniu przeprowadzki. - Nie chcę ci sprawić zawodu, Flynn, ale wiesz, że mam reputację do utrzymania, prawda? - Ostatnim, czego chciał, to zwracać na siebie uwagę - nawet jeśli mugoli. Jak masz pecha, a pech lubił chodzić po ludziach, to od słowa do słowa i potem dowiedzą się o tym niepowołane osoby. Nawet jeśli to była wiocha chuj wie gdzie i chuj wie skąd. Już wystarczyło, że mu coś odwalało i pieprzyli się... kurwa, przy cmentarzu i na plaży. Nie mógł powiedzieć, że żałował, a i tak zdradliwa myśli była. Co jeśli... Obserwował uważnie jego reakcję, ale nie pozwolił mu odpowiedzieć na to pytanie retoryczne, bo kontynuował. - Będziesz musiał trzymać bardziej rączki przy sobie, a niekoniecznie na moim tyłku. - Czy udzie. Albo kolanie. Albo jego ust na jego szyi. Flynn miał maniakalną potrzebę bliskości, więc wolał to uściślić, żeby potem nie było nieprzyjemnej sytuacji dla nich obu.