Pochylił się, żeby odpalić papierosa od jej papierosa.
Proszę, powiedz, że rozumiesz bez słów. Rozumiała. Akceptowała. Albo nie chciała bardziej dręczyć, drążyć, wbijać igłę we wrażliwą tkankę ciała, które już i tak na mniejsze dotknięcie mogło podskakiwać. "Źle robisz" powinno być wypisane na języku, który przyciskał się do podniebienia, żeby wydać niektóre z dźwięków. Powinno wypadać wśród tłumu innych słów, przy akompaniamencie pogardy, bo przecież tacy jak oni powinni być idealni, a problemy znosić w ten sposób, że traktować je tylko jako kolejne przeszkody do pokonania. Pouczanie kogoś mądrościami potrafiło być zgubne. Jeszcze bardziej zgubna była krytyka. Na końcu spotykaliśmy drwiny, ale tego nie oczekiwało po sobie żadne z nich. Z jednej strony chciał usłyszeć jesteś głupcem, Laurencie. Z drugiej strony nie chciałby usłyszeć nawet początku tego zdania na ustach tej kobiety. Tak jak i na żadnych innych. Kiedy stawał przed tobą nieznajomy zawsze miałeś w głowie, że on cię nie zna, nie rozumie, nie zna twojego życia, więc jego ocena była jak woda na kaczych piórach - zsuwała się kroplami przez ochronny wosk. Kiedy przemawiał do ciebie ktoś, komu już pozwoliłeś wejść pod swoją skórę rzecz miała się inaczej. To się odnosiło do ich obojga. Złoty sposób na powiedzenie o niemądrościach czasem nie istniał, bo wypowiadanie ich tylko pogrążało, jeszcze rozpulchniało już i tak miękką ziemię pod nogami. Aż się kolana zaczynały uginać. Ale oni wiedzieli. To, w jaki sposób Victoria powiedziała o Drake'u - to właśnie ten istniejący sposób, żeby coś pokazać. Uzewnętrzniona własna słabość, choć rzeczywiście - Victoria nigdy za Drakem szczególnie nie przepadała. Bardzo ładny eufemizm jak na to, ze budował się między nimi negatyw, choć Victoria więcej miała go za nic niż się denerwowała jego charakterem.
Nie pytał, czemu ze sobą miała papierosy, dlaczego też paliła, bo nawet nie wpadły mu te pytania do głowy. Przecież to było naturalne jak oddychanie - szukanie pocieszenia, nawet minimalnego, w najbardziej prozaicznych nawet czynnościach.
- Tyle lat uganiania się za perfekcją i odmawiania sobie rzeczy, żeby teraz zrujnować to wszystko przez trochę słabości. - Założył nogę na nogę, obracając się teraz do Victorii profilem w tym samym celu, w jakim i ona obracała głowę. Żeby nie dmuchać na nią dymem. Do tego właśnie nawiązywał - papierosów. Dzieciaki zajadały się słodyczami, a on obsesyjnie pilnował swojego wyglądu, bo nazywali go aniołkiem i tak bardzo mu się to podobało. Nadal podobało. W następnej chwili zaś miał mental breakdown i błagał, żeby nigdy więcej nie usłyszeć tego słowa, ale potrzepał głową i znów chciał to słyszeć. To było kompleksowe uzależnienie, na pewno. Bardzo niezdrowe i złożone uzależnienie. - Gdyby przyszedł do mnie ktoś inny zbyłbym go prędzej czy później. - I na pewno nie dał listów do ręki, choćby miał je spalić, żeby te wszystkie niewygodne fakty nie miały najmniejszej szansy wyjrzenia na światło dzienne. - Nie. Nie chciałbym. To ryzyko, które podejmujemy oboje, a jeśli komuś można pomóc walcząc z nimi to... w końcu razem podjęliśmy decyzję, żeby zawalczyć o coś lepszego. - Wtedy dotyczyło to konkretnie walki o zmianę prawa, które pomagało tylko tym, którzy wykorzystywali możliwość bezkarnego wykorzystywania brudnej magii, przed którą ciężko się bronić. Ale czy na pewno? Mógł chcieć chronić Victorię, ale oboje byli pionkami do wykorzystania na tej planszy szachowej. Należało w końcu podjąć ruchy. Wykorzystać to, że mógł pojawić się jakiś trop. - Pierwszy list z wierzchu rzucił mi się w oczy najbardziej. - Choć list Stanleya, który był już pod spodem, był równie specyficzny. Stanley. Osoba, którą znał tyle lat, z którą dzielił dormitorium, z którym podcięli sobie żyły na Perle... nie. Ciężko było mu sobie w to uwierzyć.
Jej dotyk na policzku był niespodziewany, ale... wyczekiwany. Podświadomie wyczekiwany, bardzo chciany. Przymknął powieki, zamknęła się kurtyna rzęs, wtulił się ufnie w tę dłoń. Jedna z bardzo niewielu, którym ufał i przy których mógł być bardziej sobą. Bez tych wszystkich gier, udawania, pokazywania się ze wszystkich stron jak modelka na wybiegu. Uchylił powieki, żeby spojrzeć na jej zdeterminowaną twarz, pewne spojrzenie. Kiedy taka osoba wypowiada zdanie to mogła nawet szeptać. Świat zamierał. Trzęsienia ziemi, huragany, tsunami - wszystko rozbijało się o przestrzeń między tobą i nią, rozpraszało na boki, bo przecież ta przestrzeń w chwilach takich jak ta nie istniała. Szkoda, że to był tak smutny świat. Gdyby mogli zamieszkać między kartami bajek Victoria byłaby najpiękniejszym z rycerzy. Tak, rycerzy. Wojownicza księżniczka, która nie potrzebowała zamku i wieży, bo prędzej by temu smokowi odcięła łeb.
- Wiem. - Miał poczucie, że wystarczyło stanąć za jej plecami. Och, jakież to było męskie..! Nie było, ale struganie bohatera... Laurent sam powiedziałby, że to nie było w jego stylu, a jak przychodziło co do czego to prędzej gotów był sam zginąć niż kogoś zostawić za plecami. Ale to było coś innego. Znał swoje możliwości i wiedział aż za dobrze, czego zrobić nie może i co będzie trudne do wykonania. Victoria była przecież niepokonana. Nie dla Śmierciożercy, który chciałby odebrać jej coś (kogoś), co kochała.