19.04.2024, 13:56 ✶
- Musiałam wreszcie wyjść mentalnie z Hogwartu – powiedziała Brenna, posyłając Morpheusowi uśmiech, szczery, ale nieco blady. Albus Dumbledore nie był już jej profesorem, nie był dyrektorem, nie był nawet już po prostu dowódcą organizacji, do której należała. Był bezpośrednim współpracownikiem.
I Morpheus o tym nie wiedział.
Brenna chyba nawet nie pomyślała, by mu powiedzieć - nie celowo, a nie uznając tego za istotne - chociaż być może, gdyby się zastanowiła, uznałaby, że może lepiej, aby Morpheus nie wiedział bardzo dużo. Wokół niego pełno było ludzi z konserwatywnych rodzin, miał wiele rozmaitych znajomości, a Niewymownych łączyło pewne... milczące porozumienie. Nikt nie wiedział, co dzieje się w ciemności sal Departamentu Tajemnic i chociaż Brenna ufała wujowi, inaczej przecież nie zabrałaby go na tę wyspę, to... nie było potrzeby, aby w tę ciemność wnosić wszystkie informacje o funkcjonowaniu organizacji.
– Też się nad tym zastanawiałam. Pewnie masz rację... Zaklęcie snu mogło być tylko mechanizmem obronnych, ale może śmierć tam zasilała to coś? Jakaś forma nekromantycznej, pasożytniczej więzi? Za mało wiem o nekromancji... - mruknęła Brenna.
Kiedyś sądziła, że jej to niepotrzebne.
Teraz była zła na samą siebie za te braki w edukacji. Nawet jeśli wiedza o nekromancji była... cóż, zakazana.
Przesunęła palcami po policzku i niemal natychmiast opuściła rękę, przypominając sobie, że tej lewej dziś jeszcze nie powinna za bardzo używać. Niezbyt chciała mówić o tym, co widziała. Z jednej strony Brenna paplała na lewo i prawo, nie miała żadnych oporów wobec mówienia o tym, że kogoś lubi czy kocha, nie było problemu w opowiadaniu głupiutkich historyjek z dzieciństwa, z proszeniem o pomoc, przyznawaniem się do błędu czy przepraszaniem... z tymi wszystkimi słowami, z którymi tak wielu ludzi miało problem.
Z drugiej nie lubiła dopuszczać nikogo do tego, co było ciemne. Strachy, wątpliwości, niepewność i złe wspomnienia zamykała bardzo starannie gdzieś na dnie duszy, nie chcąc pokazywać ich przyjaciołom czy rodzinie. Teraz jeszcze bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. I przychodziło jej to łatwo, bo robiła to od lat, a że była wesoła i gadatliwa – i to naprawdę była wesoła, nie była to zwykle nawet gra – to mało kto doszukiwał się czegoś za uśmiechem.
– Derwin, Jason, żyli. Zimni nie byli Zimnymi. W ogóle nikt nie zginął podczas sabatu ani po sabacie, bo Voldemort został tam pokonany. Koniec wojny, wszyscy świętują. Dobra, poza Borginami i pewnie niektórymi czystokrwistymi. Wszystko było dobrze, mogłoby być dobrze. Gdybym po prostu weszła w ciemność. Gdybym znikła w mroku. Gdyby zamiast mnie był tam ktoś inny – powiedziała, zbywając to wzruszeniem ramion, jakby nie było ważne.
I zaraz odwróciła się.
Kalkulowała.
A słowa wuja wskazywały na to, że już patrzył na jej intencje, i rozpatrywane możliwości.
- Drugie? Czekaj, to będzie... na pewno nie trzecie? Jeśli drugie... to stawiaj przed sobą tarczę, bardzo proszę?
I Morpheus o tym nie wiedział.
Brenna chyba nawet nie pomyślała, by mu powiedzieć - nie celowo, a nie uznając tego za istotne - chociaż być może, gdyby się zastanowiła, uznałaby, że może lepiej, aby Morpheus nie wiedział bardzo dużo. Wokół niego pełno było ludzi z konserwatywnych rodzin, miał wiele rozmaitych znajomości, a Niewymownych łączyło pewne... milczące porozumienie. Nikt nie wiedział, co dzieje się w ciemności sal Departamentu Tajemnic i chociaż Brenna ufała wujowi, inaczej przecież nie zabrałaby go na tę wyspę, to... nie było potrzeby, aby w tę ciemność wnosić wszystkie informacje o funkcjonowaniu organizacji.
– Też się nad tym zastanawiałam. Pewnie masz rację... Zaklęcie snu mogło być tylko mechanizmem obronnych, ale może śmierć tam zasilała to coś? Jakaś forma nekromantycznej, pasożytniczej więzi? Za mało wiem o nekromancji... - mruknęła Brenna.
Kiedyś sądziła, że jej to niepotrzebne.
Teraz była zła na samą siebie za te braki w edukacji. Nawet jeśli wiedza o nekromancji była... cóż, zakazana.
Przesunęła palcami po policzku i niemal natychmiast opuściła rękę, przypominając sobie, że tej lewej dziś jeszcze nie powinna za bardzo używać. Niezbyt chciała mówić o tym, co widziała. Z jednej strony Brenna paplała na lewo i prawo, nie miała żadnych oporów wobec mówienia o tym, że kogoś lubi czy kocha, nie było problemu w opowiadaniu głupiutkich historyjek z dzieciństwa, z proszeniem o pomoc, przyznawaniem się do błędu czy przepraszaniem... z tymi wszystkimi słowami, z którymi tak wielu ludzi miało problem.
Z drugiej nie lubiła dopuszczać nikogo do tego, co było ciemne. Strachy, wątpliwości, niepewność i złe wspomnienia zamykała bardzo starannie gdzieś na dnie duszy, nie chcąc pokazywać ich przyjaciołom czy rodzinie. Teraz jeszcze bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. I przychodziło jej to łatwo, bo robiła to od lat, a że była wesoła i gadatliwa – i to naprawdę była wesoła, nie była to zwykle nawet gra – to mało kto doszukiwał się czegoś za uśmiechem.
– Derwin, Jason, żyli. Zimni nie byli Zimnymi. W ogóle nikt nie zginął podczas sabatu ani po sabacie, bo Voldemort został tam pokonany. Koniec wojny, wszyscy świętują. Dobra, poza Borginami i pewnie niektórymi czystokrwistymi. Wszystko było dobrze, mogłoby być dobrze. Gdybym po prostu weszła w ciemność. Gdybym znikła w mroku. Gdyby zamiast mnie był tam ktoś inny – powiedziała, zbywając to wzruszeniem ramion, jakby nie było ważne.
I zaraz odwróciła się.
Kalkulowała.
A słowa wuja wskazywały na to, że już patrzył na jej intencje, i rozpatrywane możliwości.
- Drugie? Czekaj, to będzie... na pewno nie trzecie? Jeśli drugie... to stawiaj przed sobą tarczę, bardzo proszę?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.