19.04.2024, 19:18 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.04.2024, 19:40 przez Alexander Mulciber.)
Wołał jej złość niż smutek; wolał wściekłość, słuszny gniew, gorejący niczym Słońce z tarota, niż bezradność i łzy, które widział we Francji.
(Ty nic nie rozumiesz. Nic, a nic nie rozumiesz.)
Mógłby powiedzieć jej to samo. Ironią losu było, że jego najbardziej szlachetny, niemalże bezinteresowny postępek poczytywała mu za egoizm: tam, gdzie on widział akt łaski, ona widziała zdradę i tchórzostwo. Nie winił jej. Mieszał jej w głowie swoim zachowaniem. Żył w rozdwojeniu, jak Księżyc: z jednej strony, grał przed Rosie tego starego, dobrego Alexa, do którego przywykła przez siedem lat szkoły i siedem lat bycia razem, niemal non stop, do porzygu a z drugiej - był sobą, wtedy, kiedy nie było jej obok. Kiedy stał się mężczyzną, na którego patrzyłaby z odrazą, gdyby tylko znała pełnię jego niegodziwości? Kiedyś patrzyła na niego jak na swojego zbawcę, teraz to on był powodem, dla którego wylewała łzy. Chciał ją ocalić, także przez samym sobą. Mógł znieść nienawiść Rosie, cholera, mógł nawet znieść tę przeklętą litość w jej spojrzeniu, ale nigdy więcej nie chciał widzieć kobiety tak upodlonej i rozbitej jak we Francji. Kiedy mełł w głowie obelgi, jakie skierował w jego stronę Lestrange, mógł co najwyżej przewrócić z pogardą oczami: to, co Louvain myślał na jego temat, było ugrzecznioną wersją tego, co Alexander myślał o samym sobie.
Kochał ją tak samo mocno, jak nienawidził siebie. Wiedział, że kocha, bo to ona nauczyła go, co to w ogóle znaczy. Wiedział - bo nie czuł tego przed nią, ani po niej - tylko z nią. Ale to nie wystarczy, myślał, znużony. Bo gdyby kochał Ambrosię wystarczająco - gdyby kochał ją tak jak trzeba - postąpiłby dobrze. Zostawiłby ją w spokoju.
Ale on nigdy nie potrafił jej zostawić. Nie potrafił zrobić tego siedem lat temu, i nie potrafił zrobić tego teraz.
Spotykanie się z Ambrosią było błędem, ale jeszcze większym błędem było porzucenie jej. Zwłaszcza teraz. Życie Alexa było zbyt silnie związane z życiem Rosie - a to, czy jego egzystencja miała w ogóle sens, było niezdrowo zależne od jej szczęścia. Nie dbał o to, co się z nim stanie, ale już jej los nie był mu obojętny.
(Nigdy nie obchodziło mnie, czy byłabym twoją dziewczyną, kochanką czy żoną.)
- Mnie obchodziło - warknął tylko, choć jego słowa utonęły w morzu wyrzutów. Mulciber, wychowany w otoczeniu magicznych purystów, święcie wierzył w istnienie określonego porządku społecznego: w to, że ich świat trzymają w ryzach uniwersalne prawidła moralne, w to, że kobiety i mężczyźni mają w tym świecie określone role do wypełnienia... Może i lubił pozować na obrazoburcę, który niewiele robi sobie z obowiązujących norm społecznych. ale w gruncie rzeczy, był ich wiernym wyznawcą, jakkolwiek wybiórczo odnosił je do własnego życia.
(Chciałam być z tobą. Chciałam dzielić z tobą życie, na naszych własnych zasadach.)
Nie dbał o zasady, będąc z Lorettą. Oboje wywlekali z siebie to, co było w nich najgorsze, a on był ciekaw, dokąd ich zabierze ta popierdolona pantomima miłości. Było coś wyzwalającego we wspólnym upodleniu. Nie był z tego dumny, ale ćpanie wyleczyło go z dumy, kurwienie się pozbawiło go honoru, a przemoc - reszty uczuć wyższych, tak, że Alexander był pusty w środku; a pustkę zapełniał błędnym kołem ćpania, kurwienia się i przemocy. Wtedy czuł się niemal dobrze. Z Lorettą nie przejmował się konsekwencjami, bo nie uważał, by życie, jakie oboje prowadzili, miało jakąkolwiek wartość. Zawsze przesadnie dbał zaś o zasady z Rosie. Zepsuła mu tym inne kobiety. Sam był sobie winny: traktował je jak szmaty, nieważne, co sobą reprezentowały, zaś Ambrosię wywyższał do rangi bóstwa. Jakiż wyznawca śmiałby bluźnić przeciwko bogu, w którego wierzy? Obcować z nim, nie obmywszy przedtem rąk? Mógł być na samym dnie, ale kiedy podnosił głowę do góry, widział niebo, które przypominało mu o codziennej modlitwie do Słońca. Mógł żyć w ciemnościach, ale nigdy nie przestał wystawiać twarzy na jego promienie.
Jeżeli mnie kochasz, to kochaj mnie tak jak trzeba, mówił Lorettcie, w tych rzadkich chwilach, kiedy zew przerażającej pustki zwyciężał nad podszeptami rozsądku, a potrzeba bliskości stawała się nieznośna. Przychodził do niej, niczym pies z podkulonym ogonem, by obdarzyć ją swym nieprzytomnym afektem i podsycaną narkotycznym transem czułością przeznaczoną dla innej kobiety. Ale czy to miało w ogóle znaczenie? Była przecież taka piękna, i tak cierpliwie znosiła jego zaćpane kaprysy, nawet jęczała mu ulegle do ucha, tak jak lubił, więc co za różnica, czy leżała pod nim właśnie ona, czy jakaś inna. Mówiła mu, że go kocha, a on właśnie to chciał usłyszeć. On też jej to mówił; w nadziei, że kiedyś przekona samego siebie, że też potrafi ją pokochać. Nie jak heroinę, tylko jako osobę. Tak jak trzeba.
Przez to, że zawsze wyobrażał sobie pożycie małżeńskie z Ambrosią u boku, nie potrafił wpasować Loretty w swoją codzienność. Być może była to kwestia ego - szaleńcza i sadystyczna pokusa podporządkowania sobie kobiety, która odmawiała bycia zależną od niego - Mulciber traktował Lorettę bardziej jak swoją własność niż samodzielną jednostkę. Niczego więcej nie oczekiwał także i z jej strony. "Tak jak trzeba" było żałosną fantazją - najbardziej desperacką z prób pochwycenia się resztek starego życia - i tylko fantazją, podobnie jak kolejne pijackie oświadczyny, rzucane w delirium obietnice poprawy i delikatne pocałunki w miejsce brutalnych rękoczynów. Wypaczona wizja życia, które oboje mogli mieć - z kimś innym. Kimś lepszym od nich.
(Chciałam ciebie. Ciebie, i tylko ciebie.)
Zawsze mówił Lorettcie, że nie lubi jej dwulicowości, i tego, jak cały czas gra kogoś pod publiczkę, przeklęty hipokryta: przecież chciał, by udawała kogoś, kim nie jest. Potem, było tylko gorzej: zapragnął, żeby stała się wyidealizowanym obrazem żony. Żeby powtarzała te swoje pierdolone, rozpoetyzowane do porzygu wyznania tak głośno, że zagłuszyłaby dźwięczące mu w uszach obietnice, które złożył kiedyś innej, nie jej. Tyle pięknych, słodkich obietnic.
Żeby mógł oszukiwać się, że jest dokładnie tak, jak trzeba.
(Jedyna osoba, której ufałam ponad wszystko, wzięła i wykorzystała jedyną rzecz, którą mogła mnie zranić.)
- Nie wykorzystałem tego. Nie chciałem wykorzystać ciebie. - Wiele kosztowało Alexa zachowanie spokoju. - Powiedziałem mu to, co chciał usłyszeć.
Jak ona po tylu latach razem mogła myśleć, że ma ją za nic, kiedy była dla niego wszystkim? Czy nie udowadniał jej tysiące razy, jak bardzo jest jej oddany? Siedem lat szkoły, siedem lat bycia razem, niemal non stop, do porzygu, a ona uciekła, tak, jakby to wszystko było niczym wobec jednego słowa, które padło w rozmowie z Donaldem. Była jedna osoba na świecie, której Alex się bał - jedna osoba, której nie potrafił się nigdy tak naprawdę postawić - i był to jego brat, a ten im mniej wiedział o jego życiu, tym lepiej. Ojciec w końcu by zrozumiał - w końcu sam był outsiderem, który poślubił Cygankę - ale kiedy martwe oczy Donalda padły na twarz Ambrosii, Alexander wiedział, że to koniec. Więc zrobił to, co robił zawsze w starciu z bratem. Skłamał.
Gdyby tylko mógł cofnąć czas... Choć, czy miałby wystarczająco odwagi, by przeciwstawić się bratu? Czasem miał wrażenie, że te siedem lat jego pierdolonej odysei było tylko po to, by mógł mu tchórzliwie strzelić zaklęciem w plecy. Wcześniej nie poważyłby się nawet na to.
- Myślałem, że go przechytrzę: jak Cygan z bajki, który okantował w karty samego diabła. - powiedział cicho Alex. Słowa same spływały jego ust. - Nie powinienem. Byłem głupi. Byłem dumny. Myślałem, że mogę mieć wszystko. - Twarz Alexandra nie wyrażała niczego. Jego głos, wcześniej spokojny, ale i przepełniony emocjami, nagle przybrał charakterystyczne, zgrzytliwe zabarwienie; lżejszą wersję upiornego tonu, który towarzyszył przepowiedniom mężczyzny. - Nie powinienem... układać się z Diabłem. Przegrałem w momencie, w którym podjąłem jego grę - wycedził. - Nie przechytrzysz Diabła. Nie w grze, w której to on ustala zasady.
Przywitał ból z radością, bo ten nie pozwolił mu stracić przytomności umysłu i odpłynąć dalej. Palce Ambrosii, które wpijały się kurczowo w jego ramię, były kotwicą osadzającą go w rzeczywistości. To nie była nawet przepowiednia, tylko krótka premonicja, przeczucie. Jak zawsze, w najgorszym możliwym momencie. Rozluźnił zaciśniętą szczekę. Wziął głęboki oddech, by uspokoić kołatanie serca. Gdyby nie ten szczególny głos, nawet nie byłoby po nim wiele widać. - Nigdy nie miałaś tego usłyszeć. - usprawiedliwił się, dalej nieco nieobecny. Mówił o tych wstrętnych przebłyskach intuicji, czy o rozmowie z Donaldem, którą podsłuchała siedem lat temu? Nie wiedział. Chyba o obu tych rzeczach.
Czuł jak paznokcie Ambrosii wbijają mu się boleśnie w skórę, a chociaż wcześniej się skrzywił, teraz odbierał to niemal jako pieszczotę.
Czego oczekiwałaś, krzyczał, kiedy Rosie zabierała swoje rzeczy z mieszkania, kochającej rodziny? Rodzinnego, kurwa, ciepła? Potem długo mówił tylko: "przepraszam". "Skłamałem mu, bo się, kurwa, bałem", padło po latach, w nagłym przypływie szczerości, który przełamał nawet jego wstyd. Powinienem rzucić zaklęcie wyciszające na drzwi, myślał, z pewną premedytacją, ale nie mówił tego na głos, bo to byłoby okrutne. Powinienem wtedy zabrać cię stamtąd, i wyjechać na drugi koniec świata, rzucił kiedyś w zamyśleniu, nie zdając sobie do końca sprawy z tego, że mówi na głos, ale leżąca obok niego Ambrosia na szczęście już zasnęła, a on resztę nocy mógł spędzić, czytając raz po raz tę samą stronę książki. Teraz pozostała mu już tylko rezygnacja i wyprane z emocji: ile razy mam przepraszać za jedno kłamstwo.
Teraz był mądrzejszy, i na szczęście nie rzucił jej w twarz własnych, odbitych rykoszetem słów: nie mogłaś się powstrzymać, żeby nie obrócić tego w narrację o tobie.
To nie była jej walka. W tym konflikcie nie chodziło o nią. Ale to było już nieważne. Podjął pojedynek z bratem siedem lat za późno.
- Jedno kłamstwo, Rosie - tyle dzieliło nas od wolności - a ty wciąż pytasz: “dlaczego”? - wybuchł pretensją. Swoją drogą, miło słyszeć, że byłam dla ciebie właśnie tym. Tylko tym. Kochanką, powiedziała ironicznie. Zacisnął zęby. - Nie musiałaś pytać, kiedy zamieniałaś miejscami Kochanków w naszych taliach. - Zatrzymał się na jeden oddech. Musiał, bo to, co przeszło mu właśnie przez usta, było jak zaklęcie niewybaczalne i jak modlitwa błagalna zarazem. - Nie przekręcaj teraz moich słów, kiedy dobrze wiesz, o czym mówię. - Dobrze wiesz, kim dla mnie byłaś, pomyślał, rozżalony. - Nie masz prawa. - Zdołał się opanować. Prawie. W jego głosie była dziwna zawziętość. - To dla ciebie jedno słowo przekreśliło wszystko, nie dla mnie.
Gdyby wtedy zaczekał dłużej - choćby tydzień, choćby dzień, choćby godzinę - jak wyglądałoby teraz jego życie?
(Ale ty nie byłeś w stanie na mnie poczekać. Kiedy wreszcie zrozumiałam, kiedy poukładałam sobie wszystko w głowie, ciebie nie było.)
- Nie wmawiaj mi, że nie czekałem. Ja całe życie na ciebie czekam.
Popełnił wtedy błąd, ale było za późno, by go cofnąć. Nigdy nie pozwoli mu odejść tak, jak by tego chciał, uświadomił sobie, nieważne, czy od niej, czy z tego świata. To drugie było łatwiejsze, kiedy był tak bliski tego pierwszego.
Było jakieś szaleństwo w jej oddaniu. W ślepym uczuciu, które kazało jej powtarzać jak litanię wszystkie te wyrzuty. W tym, jak gwałtownie zaciskała palce na ramieniu Alexa, jakby chciała wyrwać kawałek, i zatrzymać go, tylko dla siebie.
Pozwoliłby jej.
A potem wzięłaby kolejny kawałek, i kolejny, aż mogłaby z całej tej krwawiącej masy złożyć na nowo mężczyznę, którym kiedyś dla niej był. Potem scałowałaby z niego całą tę krew - zlizałaby ją z otarć, zadrapań i siniaków - tak jak zwykła to robić, kiedy przychodził do niej z twarzą rozpierdoloną przez czyjeś pięści. Chciał, by wbiła paznokcie głębiej. By zostawiła na nim blizny, obok tych, które miał po wkłuciach. By nigdy nie puściła jego ręki.
Gdyby to mogło naprawić wszystko, zrujnowałby samego siebie, byleby ona zaznała tej satysfakcji.
Choć wolał żeby zacisnęła palce na jego gardle. Wolał, by zostawiła odcisk swej drobnej dłoni na jego tchawicy, tak, żeby czuł ją przy każdym oddechu. Chciał czuć ten sam ból, co i ona, tylko mocniej; chciał, by go bolało tak, żeby z tego bólu nie zostałoby już nic dla niej. Chciał patrzeć w lustro, na wieniec siniaków, i mieć namacalny dowód swej porażki: tego, że nie zdołał jej obronić, wtedy, kiedy najbardziej go potrzebowała. Nosiłby je z honorem, jak order, bo ona zmuszona była je nosić bez słowa skargi. Chciał po prostu budzić się z wspomnieniem jej dłoni na swojej szyi. To nie byłaby groźba, pomyślał Alex, tylko obietnica. Brzydka, gorzka obietnica, w zamian za wszystkie piękne i słodkie. Stałe przypomnienie, że jest ktoś, kto skrzywdził Ambrosię, i kogo trzeba ukarać, bo zadał ból tej jednej istocie, która w oczach Mulcibera była absolutnie nietykalna.
Puściła jego ramię, ale jej oczy wciąż płonęły zielonym ogniem. Podniosła głos. On nie musiał.
- Ty mi nie odpuścisz? Mów głośniej. No, dalej, Rosie. Zrób scenę. Dlaczego zabrałaś rękę? Przestań płakać. Uderz mnie jeszcze raz. - Mówił zapamiętale, w zimnym szale, z jakąś piekielną pewnością. - Wmawiaj sobie, że pojechałem do tej jebanej Grecji: sam wymyślę jeszcze więcej kłamstw, jeżeli to ci pomoże zobaczyć mnie wreszcie takim, jakim naprawdę jestem. Zapomniałaś o Francji? Możesz mnie, kurwa, przekląć, i uwierz mi, będę wówczas szczęśliwy - bo nie proszę, żebyś odpuściła mnie - tylko żebyś odpuściła samej sobie. - Nawet gdyby próbowała się odsunąć, nie pozwoliłby jej.
- Przestań się ze mną kłócić - dodał, już łagodniej. - Przecież oboje chcemy tego samego. - Najpierw założył uparty blond kosmyk za ucho, tylko po to, by zaraz dopasować swoją dłoń do policzka Rosie, i kciukiem otrzeć spływające po nim łzy. - Nie tego - szepnął. Nie wypuszczając jej z objęć, zrobił krok do przodu, naciskając mocniej na Ambrosię dłonią, którą opierał wciąż o jej kibić, tak, że zmusił kobietę do cofnięcia się razem z nim. - Tego. - Na twarz Rosie padły promienie słońca, dosyć nieśmiało zaglądającego do zaułka, tak, że policzek kobiety był teraz skąpany w popołudniowym blasku, a włosy zalśniły złotem. Alexander pozostał w cieniu. - Tylko tego.
Próbował się uśmiechnąć. Nie wyszło mu.
(Ty nic nie rozumiesz. Nic, a nic nie rozumiesz.)
Mógłby powiedzieć jej to samo. Ironią losu było, że jego najbardziej szlachetny, niemalże bezinteresowny postępek poczytywała mu za egoizm: tam, gdzie on widział akt łaski, ona widziała zdradę i tchórzostwo. Nie winił jej. Mieszał jej w głowie swoim zachowaniem. Żył w rozdwojeniu, jak Księżyc: z jednej strony, grał przed Rosie tego starego, dobrego Alexa, do którego przywykła przez siedem lat szkoły i siedem lat bycia razem, niemal non stop, do porzygu a z drugiej - był sobą, wtedy, kiedy nie było jej obok. Kiedy stał się mężczyzną, na którego patrzyłaby z odrazą, gdyby tylko znała pełnię jego niegodziwości? Kiedyś patrzyła na niego jak na swojego zbawcę, teraz to on był powodem, dla którego wylewała łzy. Chciał ją ocalić, także przez samym sobą. Mógł znieść nienawiść Rosie, cholera, mógł nawet znieść tę przeklętą litość w jej spojrzeniu, ale nigdy więcej nie chciał widzieć kobiety tak upodlonej i rozbitej jak we Francji. Kiedy mełł w głowie obelgi, jakie skierował w jego stronę Lestrange, mógł co najwyżej przewrócić z pogardą oczami: to, co Louvain myślał na jego temat, było ugrzecznioną wersją tego, co Alexander myślał o samym sobie.
Kochał ją tak samo mocno, jak nienawidził siebie. Wiedział, że kocha, bo to ona nauczyła go, co to w ogóle znaczy. Wiedział - bo nie czuł tego przed nią, ani po niej - tylko z nią. Ale to nie wystarczy, myślał, znużony. Bo gdyby kochał Ambrosię wystarczająco - gdyby kochał ją tak jak trzeba - postąpiłby dobrze. Zostawiłby ją w spokoju.
Ale on nigdy nie potrafił jej zostawić. Nie potrafił zrobić tego siedem lat temu, i nie potrafił zrobić tego teraz.
Spotykanie się z Ambrosią było błędem, ale jeszcze większym błędem było porzucenie jej. Zwłaszcza teraz. Życie Alexa było zbyt silnie związane z życiem Rosie - a to, czy jego egzystencja miała w ogóle sens, było niezdrowo zależne od jej szczęścia. Nie dbał o to, co się z nim stanie, ale już jej los nie był mu obojętny.
(Nigdy nie obchodziło mnie, czy byłabym twoją dziewczyną, kochanką czy żoną.)
- Mnie obchodziło - warknął tylko, choć jego słowa utonęły w morzu wyrzutów. Mulciber, wychowany w otoczeniu magicznych purystów, święcie wierzył w istnienie określonego porządku społecznego: w to, że ich świat trzymają w ryzach uniwersalne prawidła moralne, w to, że kobiety i mężczyźni mają w tym świecie określone role do wypełnienia... Może i lubił pozować na obrazoburcę, który niewiele robi sobie z obowiązujących norm społecznych. ale w gruncie rzeczy, był ich wiernym wyznawcą, jakkolwiek wybiórczo odnosił je do własnego życia.
(Chciałam być z tobą. Chciałam dzielić z tobą życie, na naszych własnych zasadach.)
Nie dbał o zasady, będąc z Lorettą. Oboje wywlekali z siebie to, co było w nich najgorsze, a on był ciekaw, dokąd ich zabierze ta popierdolona pantomima miłości. Było coś wyzwalającego we wspólnym upodleniu. Nie był z tego dumny, ale ćpanie wyleczyło go z dumy, kurwienie się pozbawiło go honoru, a przemoc - reszty uczuć wyższych, tak, że Alexander był pusty w środku; a pustkę zapełniał błędnym kołem ćpania, kurwienia się i przemocy. Wtedy czuł się niemal dobrze. Z Lorettą nie przejmował się konsekwencjami, bo nie uważał, by życie, jakie oboje prowadzili, miało jakąkolwiek wartość. Zawsze przesadnie dbał zaś o zasady z Rosie. Zepsuła mu tym inne kobiety. Sam był sobie winny: traktował je jak szmaty, nieważne, co sobą reprezentowały, zaś Ambrosię wywyższał do rangi bóstwa. Jakiż wyznawca śmiałby bluźnić przeciwko bogu, w którego wierzy? Obcować z nim, nie obmywszy przedtem rąk? Mógł być na samym dnie, ale kiedy podnosił głowę do góry, widział niebo, które przypominało mu o codziennej modlitwie do Słońca. Mógł żyć w ciemnościach, ale nigdy nie przestał wystawiać twarzy na jego promienie.
Jeżeli mnie kochasz, to kochaj mnie tak jak trzeba, mówił Lorettcie, w tych rzadkich chwilach, kiedy zew przerażającej pustki zwyciężał nad podszeptami rozsądku, a potrzeba bliskości stawała się nieznośna. Przychodził do niej, niczym pies z podkulonym ogonem, by obdarzyć ją swym nieprzytomnym afektem i podsycaną narkotycznym transem czułością przeznaczoną dla innej kobiety. Ale czy to miało w ogóle znaczenie? Była przecież taka piękna, i tak cierpliwie znosiła jego zaćpane kaprysy, nawet jęczała mu ulegle do ucha, tak jak lubił, więc co za różnica, czy leżała pod nim właśnie ona, czy jakaś inna. Mówiła mu, że go kocha, a on właśnie to chciał usłyszeć. On też jej to mówił; w nadziei, że kiedyś przekona samego siebie, że też potrafi ją pokochać. Nie jak heroinę, tylko jako osobę. Tak jak trzeba.
Przez to, że zawsze wyobrażał sobie pożycie małżeńskie z Ambrosią u boku, nie potrafił wpasować Loretty w swoją codzienność. Być może była to kwestia ego - szaleńcza i sadystyczna pokusa podporządkowania sobie kobiety, która odmawiała bycia zależną od niego - Mulciber traktował Lorettę bardziej jak swoją własność niż samodzielną jednostkę. Niczego więcej nie oczekiwał także i z jej strony. "Tak jak trzeba" było żałosną fantazją - najbardziej desperacką z prób pochwycenia się resztek starego życia - i tylko fantazją, podobnie jak kolejne pijackie oświadczyny, rzucane w delirium obietnice poprawy i delikatne pocałunki w miejsce brutalnych rękoczynów. Wypaczona wizja życia, które oboje mogli mieć - z kimś innym. Kimś lepszym od nich.
(Chciałam ciebie. Ciebie, i tylko ciebie.)
Zawsze mówił Lorettcie, że nie lubi jej dwulicowości, i tego, jak cały czas gra kogoś pod publiczkę, przeklęty hipokryta: przecież chciał, by udawała kogoś, kim nie jest. Potem, było tylko gorzej: zapragnął, żeby stała się wyidealizowanym obrazem żony. Żeby powtarzała te swoje pierdolone, rozpoetyzowane do porzygu wyznania tak głośno, że zagłuszyłaby dźwięczące mu w uszach obietnice, które złożył kiedyś innej, nie jej. Tyle pięknych, słodkich obietnic.
Żeby mógł oszukiwać się, że jest dokładnie tak, jak trzeba.
(Jedyna osoba, której ufałam ponad wszystko, wzięła i wykorzystała jedyną rzecz, którą mogła mnie zranić.)
- Nie wykorzystałem tego. Nie chciałem wykorzystać ciebie. - Wiele kosztowało Alexa zachowanie spokoju. - Powiedziałem mu to, co chciał usłyszeć.
Jak ona po tylu latach razem mogła myśleć, że ma ją za nic, kiedy była dla niego wszystkim? Czy nie udowadniał jej tysiące razy, jak bardzo jest jej oddany? Siedem lat szkoły, siedem lat bycia razem, niemal non stop, do porzygu, a ona uciekła, tak, jakby to wszystko było niczym wobec jednego słowa, które padło w rozmowie z Donaldem. Była jedna osoba na świecie, której Alex się bał - jedna osoba, której nie potrafił się nigdy tak naprawdę postawić - i był to jego brat, a ten im mniej wiedział o jego życiu, tym lepiej. Ojciec w końcu by zrozumiał - w końcu sam był outsiderem, który poślubił Cygankę - ale kiedy martwe oczy Donalda padły na twarz Ambrosii, Alexander wiedział, że to koniec. Więc zrobił to, co robił zawsze w starciu z bratem. Skłamał.
Gdyby tylko mógł cofnąć czas... Choć, czy miałby wystarczająco odwagi, by przeciwstawić się bratu? Czasem miał wrażenie, że te siedem lat jego pierdolonej odysei było tylko po to, by mógł mu tchórzliwie strzelić zaklęciem w plecy. Wcześniej nie poważyłby się nawet na to.
- Myślałem, że go przechytrzę: jak Cygan z bajki, który okantował w karty samego diabła. - powiedział cicho Alex. Słowa same spływały jego ust. - Nie powinienem. Byłem głupi. Byłem dumny. Myślałem, że mogę mieć wszystko. - Twarz Alexandra nie wyrażała niczego. Jego głos, wcześniej spokojny, ale i przepełniony emocjami, nagle przybrał charakterystyczne, zgrzytliwe zabarwienie; lżejszą wersję upiornego tonu, który towarzyszył przepowiedniom mężczyzny. - Nie powinienem... układać się z Diabłem. Przegrałem w momencie, w którym podjąłem jego grę - wycedził. - Nie przechytrzysz Diabła. Nie w grze, w której to on ustala zasady.
Przywitał ból z radością, bo ten nie pozwolił mu stracić przytomności umysłu i odpłynąć dalej. Palce Ambrosii, które wpijały się kurczowo w jego ramię, były kotwicą osadzającą go w rzeczywistości. To nie była nawet przepowiednia, tylko krótka premonicja, przeczucie. Jak zawsze, w najgorszym możliwym momencie. Rozluźnił zaciśniętą szczekę. Wziął głęboki oddech, by uspokoić kołatanie serca. Gdyby nie ten szczególny głos, nawet nie byłoby po nim wiele widać. - Nigdy nie miałaś tego usłyszeć. - usprawiedliwił się, dalej nieco nieobecny. Mówił o tych wstrętnych przebłyskach intuicji, czy o rozmowie z Donaldem, którą podsłuchała siedem lat temu? Nie wiedział. Chyba o obu tych rzeczach.
Czuł jak paznokcie Ambrosii wbijają mu się boleśnie w skórę, a chociaż wcześniej się skrzywił, teraz odbierał to niemal jako pieszczotę.
Czego oczekiwałaś, krzyczał, kiedy Rosie zabierała swoje rzeczy z mieszkania, kochającej rodziny? Rodzinnego, kurwa, ciepła? Potem długo mówił tylko: "przepraszam". "Skłamałem mu, bo się, kurwa, bałem", padło po latach, w nagłym przypływie szczerości, który przełamał nawet jego wstyd. Powinienem rzucić zaklęcie wyciszające na drzwi, myślał, z pewną premedytacją, ale nie mówił tego na głos, bo to byłoby okrutne. Powinienem wtedy zabrać cię stamtąd, i wyjechać na drugi koniec świata, rzucił kiedyś w zamyśleniu, nie zdając sobie do końca sprawy z tego, że mówi na głos, ale leżąca obok niego Ambrosia na szczęście już zasnęła, a on resztę nocy mógł spędzić, czytając raz po raz tę samą stronę książki. Teraz pozostała mu już tylko rezygnacja i wyprane z emocji: ile razy mam przepraszać za jedno kłamstwo.
Teraz był mądrzejszy, i na szczęście nie rzucił jej w twarz własnych, odbitych rykoszetem słów: nie mogłaś się powstrzymać, żeby nie obrócić tego w narrację o tobie.
To nie była jej walka. W tym konflikcie nie chodziło o nią. Ale to było już nieważne. Podjął pojedynek z bratem siedem lat za późno.
- Jedno kłamstwo, Rosie - tyle dzieliło nas od wolności - a ty wciąż pytasz: “dlaczego”? - wybuchł pretensją. Swoją drogą, miło słyszeć, że byłam dla ciebie właśnie tym. Tylko tym. Kochanką, powiedziała ironicznie. Zacisnął zęby. - Nie musiałaś pytać, kiedy zamieniałaś miejscami Kochanków w naszych taliach. - Zatrzymał się na jeden oddech. Musiał, bo to, co przeszło mu właśnie przez usta, było jak zaklęcie niewybaczalne i jak modlitwa błagalna zarazem. - Nie przekręcaj teraz moich słów, kiedy dobrze wiesz, o czym mówię. - Dobrze wiesz, kim dla mnie byłaś, pomyślał, rozżalony. - Nie masz prawa. - Zdołał się opanować. Prawie. W jego głosie była dziwna zawziętość. - To dla ciebie jedno słowo przekreśliło wszystko, nie dla mnie.
Gdyby wtedy zaczekał dłużej - choćby tydzień, choćby dzień, choćby godzinę - jak wyglądałoby teraz jego życie?
(Ale ty nie byłeś w stanie na mnie poczekać. Kiedy wreszcie zrozumiałam, kiedy poukładałam sobie wszystko w głowie, ciebie nie było.)
- Nie wmawiaj mi, że nie czekałem. Ja całe życie na ciebie czekam.
Popełnił wtedy błąd, ale było za późno, by go cofnąć. Nigdy nie pozwoli mu odejść tak, jak by tego chciał, uświadomił sobie, nieważne, czy od niej, czy z tego świata. To drugie było łatwiejsze, kiedy był tak bliski tego pierwszego.
Było jakieś szaleństwo w jej oddaniu. W ślepym uczuciu, które kazało jej powtarzać jak litanię wszystkie te wyrzuty. W tym, jak gwałtownie zaciskała palce na ramieniu Alexa, jakby chciała wyrwać kawałek, i zatrzymać go, tylko dla siebie.
Pozwoliłby jej.
A potem wzięłaby kolejny kawałek, i kolejny, aż mogłaby z całej tej krwawiącej masy złożyć na nowo mężczyznę, którym kiedyś dla niej był. Potem scałowałaby z niego całą tę krew - zlizałaby ją z otarć, zadrapań i siniaków - tak jak zwykła to robić, kiedy przychodził do niej z twarzą rozpierdoloną przez czyjeś pięści. Chciał, by wbiła paznokcie głębiej. By zostawiła na nim blizny, obok tych, które miał po wkłuciach. By nigdy nie puściła jego ręki.
Gdyby to mogło naprawić wszystko, zrujnowałby samego siebie, byleby ona zaznała tej satysfakcji.
Choć wolał żeby zacisnęła palce na jego gardle. Wolał, by zostawiła odcisk swej drobnej dłoni na jego tchawicy, tak, żeby czuł ją przy każdym oddechu. Chciał czuć ten sam ból, co i ona, tylko mocniej; chciał, by go bolało tak, żeby z tego bólu nie zostałoby już nic dla niej. Chciał patrzeć w lustro, na wieniec siniaków, i mieć namacalny dowód swej porażki: tego, że nie zdołał jej obronić, wtedy, kiedy najbardziej go potrzebowała. Nosiłby je z honorem, jak order, bo ona zmuszona była je nosić bez słowa skargi. Chciał po prostu budzić się z wspomnieniem jej dłoni na swojej szyi. To nie byłaby groźba, pomyślał Alex, tylko obietnica. Brzydka, gorzka obietnica, w zamian za wszystkie piękne i słodkie. Stałe przypomnienie, że jest ktoś, kto skrzywdził Ambrosię, i kogo trzeba ukarać, bo zadał ból tej jednej istocie, która w oczach Mulcibera była absolutnie nietykalna.
Puściła jego ramię, ale jej oczy wciąż płonęły zielonym ogniem. Podniosła głos. On nie musiał.
- Ty mi nie odpuścisz? Mów głośniej. No, dalej, Rosie. Zrób scenę. Dlaczego zabrałaś rękę? Przestań płakać. Uderz mnie jeszcze raz. - Mówił zapamiętale, w zimnym szale, z jakąś piekielną pewnością. - Wmawiaj sobie, że pojechałem do tej jebanej Grecji: sam wymyślę jeszcze więcej kłamstw, jeżeli to ci pomoże zobaczyć mnie wreszcie takim, jakim naprawdę jestem. Zapomniałaś o Francji? Możesz mnie, kurwa, przekląć, i uwierz mi, będę wówczas szczęśliwy - bo nie proszę, żebyś odpuściła mnie - tylko żebyś odpuściła samej sobie. - Nawet gdyby próbowała się odsunąć, nie pozwoliłby jej.
- Przestań się ze mną kłócić - dodał, już łagodniej. - Przecież oboje chcemy tego samego. - Najpierw założył uparty blond kosmyk za ucho, tylko po to, by zaraz dopasować swoją dłoń do policzka Rosie, i kciukiem otrzeć spływające po nim łzy. - Nie tego - szepnął. Nie wypuszczając jej z objęć, zrobił krok do przodu, naciskając mocniej na Ambrosię dłonią, którą opierał wciąż o jej kibić, tak, że zmusił kobietę do cofnięcia się razem z nim. - Tego. - Na twarz Rosie padły promienie słońca, dosyć nieśmiało zaglądającego do zaułka, tak, że policzek kobiety był teraz skąpany w popołudniowym blasku, a włosy zalśniły złotem. Alexander pozostał w cieniu. - Tylko tego.
Próbował się uśmiechnąć. Nie wyszło mu.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat