19.04.2024, 19:30 ✶
Tulenie było proste, tulenie sprawiało, że jakoś trudniej było na siebie pokrzykiwać i wyrzucać sobie odległość, skoro teraz tej dużej odległości nie było. Tulenie czyniło cuda. Dołączył głaskanie. Szorstkie palce położył delikatnie na jej jasnej głowie i zaczął niespiesznie głaskać ją, jak małą spłoszoną łanię, choć sam był mocno spłoszony całą zaistniałą sytuacją.
Skinął głową, gdy zapytała czy kichnął, a potem przycisnął ją mocniej do siebie, bo mu odpowiedziała, nie krzyczała, nie mówiła mu smutnych rzeczy, więc najprawdopodobniej działało.
– Tak – dodał jeszcze, na wypadek, gdyby nie poczuła jego ruchu.
A potem dał jej mówić dalej i w sumie też poczuł się taki malutki, że tego wszystkiego tak nie rozumie. Jak wtedy, gdy Bee wyjaśniła mu, że po Beltane wszędzie tak rosną rośliny i to nie była jego wina, że ogrody, którymi się opiekował zarastały tak bardzo...
– Ach tak. – skomentował tylko, bardzo neutralnie, głaszcząc ją w ten sam sposób jak przed chwilą, tuląc ją w ten sam sposób jak przed chwilą. Czemu miałby cokolwiek zmieniać? Skoro wiedziała co takiego się zadziało, nie widział powodu by się wobec tego sprzeciwiać. Szczególnie, że była to prawda. Wszakże Nora była mu kiedyś bliska. A czy teraz jest? Serce nie zwalniało, rozterki ostatnich dni dały się we znaki. Tak by chciał pójść z nią powoli, do końca wszystkiego, żeby zacząć na nowo. Przecież radzili sobie kiedyś bez słowa, bez snów, zachwyceni nocą widzianą szeroko otwartymi oczyma tętniącej rozkoszy. Ta bliskość rozpraszała strach przed ciemnością, strach przed przyszłością, liczyli się w tamtych chwilach tylko oni... Mogli biegać nago po łąkach, mogli być okryci przez drzewa, wolni, prawdziwi...
A jednak, pośród tych małych, drobnych żółtych kwiatów okalających jej głowę, czując ją obok milczał. Nie opowiedział nigdy o tym jak bardzo będąc obok niej czuje się nikim. Nie chciał widzieć jej łez, nie chciał by każda z kropel spływających po jej jasnym policzku miażdżyła mu serce. Tak jak wtedy na dworcu, przy oleistej maszynie sprowadzającej na nich własną prywatną małą apokalipsę. Koniec. I opadał i wzbijał się i chciał jej więcej gnając w krogulczej formie, śledząc czarną smugę sadzy, wciąż myśląc o tym, że wpadnie przez uchylone okno i porwie ją, ukradnie jej własnym marzeniom i zaklnie w swym sercu, w zielonym sercu.
Wrócił tamtego dnia do Kniei, ale nie powrócił do domu.
Poleciał daleko, na najwyższe wzgórze, by wykrzyczeć swój ból, by dotknąć dna widząc to wszystko, czego ona nie chciała, a co on umiłował całym sobą.
Podjął decyzję za nią.
– Czy jesteś szczęśliwa? – zapytał nagle, wciąż ją tuląc, wciąż miarowo głaszcząc jasną głowę. Nie pamiętał ich jeziornej rozmowy, ponad oślepiającą krwawą łunę walki o życie swoje i jej, łunę która później nabrała słodko-gorzkiego posmaku, kiedy znów odnaleźli się po tylu latach, pośród dawnego łoża uformowane im przez łagodne fale jeziora i minionego deszczu.
Skinął głową, gdy zapytała czy kichnął, a potem przycisnął ją mocniej do siebie, bo mu odpowiedziała, nie krzyczała, nie mówiła mu smutnych rzeczy, więc najprawdopodobniej działało.
– Tak – dodał jeszcze, na wypadek, gdyby nie poczuła jego ruchu.
A potem dał jej mówić dalej i w sumie też poczuł się taki malutki, że tego wszystkiego tak nie rozumie. Jak wtedy, gdy Bee wyjaśniła mu, że po Beltane wszędzie tak rosną rośliny i to nie była jego wina, że ogrody, którymi się opiekował zarastały tak bardzo...
– Ach tak. – skomentował tylko, bardzo neutralnie, głaszcząc ją w ten sam sposób jak przed chwilą, tuląc ją w ten sam sposób jak przed chwilą. Czemu miałby cokolwiek zmieniać? Skoro wiedziała co takiego się zadziało, nie widział powodu by się wobec tego sprzeciwiać. Szczególnie, że była to prawda. Wszakże Nora była mu kiedyś bliska. A czy teraz jest? Serce nie zwalniało, rozterki ostatnich dni dały się we znaki. Tak by chciał pójść z nią powoli, do końca wszystkiego, żeby zacząć na nowo. Przecież radzili sobie kiedyś bez słowa, bez snów, zachwyceni nocą widzianą szeroko otwartymi oczyma tętniącej rozkoszy. Ta bliskość rozpraszała strach przed ciemnością, strach przed przyszłością, liczyli się w tamtych chwilach tylko oni... Mogli biegać nago po łąkach, mogli być okryci przez drzewa, wolni, prawdziwi...
A jednak, pośród tych małych, drobnych żółtych kwiatów okalających jej głowę, czując ją obok milczał. Nie opowiedział nigdy o tym jak bardzo będąc obok niej czuje się nikim. Nie chciał widzieć jej łez, nie chciał by każda z kropel spływających po jej jasnym policzku miażdżyła mu serce. Tak jak wtedy na dworcu, przy oleistej maszynie sprowadzającej na nich własną prywatną małą apokalipsę. Koniec. I opadał i wzbijał się i chciał jej więcej gnając w krogulczej formie, śledząc czarną smugę sadzy, wciąż myśląc o tym, że wpadnie przez uchylone okno i porwie ją, ukradnie jej własnym marzeniom i zaklnie w swym sercu, w zielonym sercu.
Wrócił tamtego dnia do Kniei, ale nie powrócił do domu.
Poleciał daleko, na najwyższe wzgórze, by wykrzyczeć swój ból, by dotknąć dna widząc to wszystko, czego ona nie chciała, a co on umiłował całym sobą.
Podjął decyzję za nią.
– Czy jesteś szczęśliwa? – zapytał nagle, wciąż ją tuląc, wciąż miarowo głaszcząc jasną głowę. Nie pamiętał ich jeziornej rozmowy, ponad oślepiającą krwawą łunę walki o życie swoje i jej, łunę która później nabrała słodko-gorzkiego posmaku, kiedy znów odnaleźli się po tylu latach, pośród dawnego łoża uformowane im przez łagodne fale jeziora i minionego deszczu.