17.12.2022, 23:51 ✶
Fakt, że szukający Norwegów złapał tego znicza, faktycznie był zadrą w sercu Mackenzie.
Przecież ich dosłownie roznosili.
Ich szukający nawet nie musiał dopaść znicza. Wystarczyłoby jeszcze choćby pięć minut i na pewno strzeliliby te trzy gole. Mackenzie pewnie znacznie łatwiej byłoby znieść tę porażkę, gdyby nie mieli takiej przewagi. Qudditch jednak nigdy nie był najbardziej sprawiedliwym ze sportów.
- Pozostanę przy hodowaniu lawendy i szałwi w doniczkach - odparła, bo do zmiany zawodu faktycznie nie było jej spieszno. Tym, co kochała najbardziej, było latanie, a quidditch dawał szansę na robienie tego zawodowo. - Badanie magicznych stworzeń też brzmi ciekawie. Powodzenia z tymi... granianami.
Kiwnęła głową na deklarację o tym, że Regina będzie trzymać kciuki. Obie się zbierały: Regina raczej nie trafiła tutaj przypadkiem, a Greengrass z kolei musiała wracać do bazy, zanim trener wyśle ekipę poszukiwawczą.
Trochę tego żałowała. Skoro w lesie siedziały jakieś graniany, istniała spora szansa na to, że były tu także jakieś rzadkie, magiczne rośliny. Uznała jednak, że nie ma już czasu, aby się tutaj włóczyć i rozglądać, zresztą o tej porze roku większość roślin pewnie i tak trwała już w stanie wegetacji.
- Dziękuję. Do widzenia.
Wypuściła miotłę z rąk. Ta nie upadła, a tym razem wiedziona magią właścicielki zawisła w powietrzu, jakieś pół metra nad ziemią. Mackenzie mocniej owinęła wokół szyi szalik, poprawiła czapkę, by nie zgubić tej w powietrzu - Norweski wiatr nie był czymś, co chciała znosić z gołą głową - a potem wsiadła na miotłę i mocno odbiła się od ziemi. Pozostawiała za sobą Reginę, rezerwat, a także myśl o Voldemorcie, jego manifeście i tym, co nadejdzie, nawet o haniebnej przegranej we wczorajszym meczu: bo nic z tego nie miało dla niej znaczenia, jak długo była w powietrzu.
Chwilę później już leciała nad lasem, z każdą sekundą rozpędzając się, aż jej sylwetka stała się nie większa od ptaka i w końcu znikła na horyzoncie.
Przecież ich dosłownie roznosili.
Ich szukający nawet nie musiał dopaść znicza. Wystarczyłoby jeszcze choćby pięć minut i na pewno strzeliliby te trzy gole. Mackenzie pewnie znacznie łatwiej byłoby znieść tę porażkę, gdyby nie mieli takiej przewagi. Qudditch jednak nigdy nie był najbardziej sprawiedliwym ze sportów.
- Pozostanę przy hodowaniu lawendy i szałwi w doniczkach - odparła, bo do zmiany zawodu faktycznie nie było jej spieszno. Tym, co kochała najbardziej, było latanie, a quidditch dawał szansę na robienie tego zawodowo. - Badanie magicznych stworzeń też brzmi ciekawie. Powodzenia z tymi... granianami.
Kiwnęła głową na deklarację o tym, że Regina będzie trzymać kciuki. Obie się zbierały: Regina raczej nie trafiła tutaj przypadkiem, a Greengrass z kolei musiała wracać do bazy, zanim trener wyśle ekipę poszukiwawczą.
Trochę tego żałowała. Skoro w lesie siedziały jakieś graniany, istniała spora szansa na to, że były tu także jakieś rzadkie, magiczne rośliny. Uznała jednak, że nie ma już czasu, aby się tutaj włóczyć i rozglądać, zresztą o tej porze roku większość roślin pewnie i tak trwała już w stanie wegetacji.
- Dziękuję. Do widzenia.
Wypuściła miotłę z rąk. Ta nie upadła, a tym razem wiedziona magią właścicielki zawisła w powietrzu, jakieś pół metra nad ziemią. Mackenzie mocniej owinęła wokół szyi szalik, poprawiła czapkę, by nie zgubić tej w powietrzu - Norweski wiatr nie był czymś, co chciała znosić z gołą głową - a potem wsiadła na miotłę i mocno odbiła się od ziemi. Pozostawiała za sobą Reginę, rezerwat, a także myśl o Voldemorcie, jego manifeście i tym, co nadejdzie, nawet o haniebnej przegranej we wczorajszym meczu: bo nic z tego nie miało dla niej znaczenia, jak długo była w powietrzu.
Chwilę później już leciała nad lasem, z każdą sekundą rozpędzając się, aż jej sylwetka stała się nie większa od ptaka i w końcu znikła na horyzoncie.
Koniec sesji