Pokiwał głową, a na jego twarzy zawitał lekki, acz szczery uśmiech. Doceniał to, że pomimo upływu lat łączył ich nie tylko wzajemny szacunek, jak i stabilna nić porozumienia. Czasy były teraz dosyć niepewne, jednak Erik i tak starał się wierzyć, że lojalność wobec siebie nawzajem pomoże zarówno jemu, jak i jego bliskim przetrwać i żyć w stosunkowym spokoju. Przynajmniej na tyle o ile będzie to możliwe, biorąc pod uwagę widmo Czarnego Pana i jego Śmierciożerców, które zdawało się ostatnio podnosić łeb i uważnie węszyć, wyczekując na odpowiednią okazję.
— A i owszem — potwierdził gładko. — Powiedzmy, że tylko się upewniam. Ponoć mam tę przedziwną zdolność, która sprawia, że potrafię bardzo szybko sprowokować ludzi do działania. Wolałbym po prostu przez własną nieuwagę Ci się nie narazić.
Skłonił przed nią głowę w geście szacunku.
Zdziwienie wymalowane na twarzy Longbottoma powinno służyć za wystarczająco sugestię, względem tego, czy spodziewał się takich efektów. Magia rozpraszająca nie była jego konikiem, głównie przez to, że jeśli już musiał wskazać jakąś dziedzinę, w której się specjalizował, to byłaby to magia ofensywna. Czy ćwiczył? Cóż, chodził do pracy i starał się nie wypaść z formy, więc jeśli uchodziło to za trening, to faktycznie był na świeżo z praktyką. Wzorowo postawiona tarcza mogła zostać śmiało uznana za łut szczęście niż wypracowany w ostatnim czasie nowy standard biegłości w zaklęciach obronnych.
— Uwa.. — zaczął i odruchowo machnął różdżką, jakby chciał w ostatniej chwili zmienić trajektorię lotu zaklęcia. Było już jednak na to za późno. Czar porażający trafił rykoszetem w swój cel.
Będziemy musieli popracować nad koncentracją, pomyślał, skracając o parę kroków dystans oddzielający go od Geraldine. Arkana magii ochronnej mogły uchodzić za krytyczne w ich zawodach, toteż dobrze by było, gdyby potrafili je zastosować nawet w niestandardowych warunków. Ich trening jednak nie odbiegał zbytnio od standardów. Gdyby miał być jeszcze bardziej zwyczajny, to musieliby tylko przenieść się na główną arenę Klubu Pojedynków w Londynie.Erik spróbował cofnąć efekty zaklęcia Petrificus Totalus, odwracając wzrok w bok, co by nie peszyć zbytnio swojej towarzyszki.
Westchnął cicho, starając się powstrzymać przed zbędnymi komentarzami. W końcu nie o to w tym chodziło. Gdyby był jej szefem, to może wyraziłby większe niezadowolenie, ale też nie mógł jej winić. Jemu też towarzyszyło roztargnienie w ostatnich dniach. Dużo się działo, a pesymistyczne myśli, jak bardzo nie próbował ich odsuwać, zawsze zdawały się znaleźć jakąś lukę, przez którą mogły wniknąć głębiej do jego umysłu.
— Cóż, mogło pójść dużo gorzej — skomentował słabo. — Ale nie martw się, popracujemy nad tym. Chyba po prostu jesteś trochę rozkojarzona. Zmienimy trochę taktykę. Rzucę teraz zaklęcie Flipendo, więc będziesz mogła zawczasu się przygotować do skorzystania z inkantacji. Popracujemy dzięki temu trochę nad tempem.
Zaklęcie odpychające nie należało może do najbardziej wybitnych zaklęć pojedynkowych. Nie zależało mu jednak na tym, aby raz po raz petryfikować kobietę lub sprawiać, że ta będzie wisieć w powietrzu głową w dół. Mieli wspólnie poszerzać swoją wiedzę i szlifować umiejętności i to też zamierzał zrobić. Nawet jeśli z przeskakiwania z jednego stopnia na drugi, zaczną robić mniejsze kroczki, aby wspiąć się na szczyt. Musieli po prostu popracować nad wpojeniem odpowiednich odruchów.
— No, dalej Ger. Wierzę w Ciebie — powiedział motywująco, starając się wykrzesać z niej jakiś entuzjazm. Lub głębsze emocje, które być może dałyby jej dodatkowy powód do tego, aby się wykazać. — Jeśli Ci to pomoże, to wyobraź sobie, że jestem Twoim ostatnim klientem, który nacisnął Ci na odcisk. Albo jakimś dzikiem zwierzakiem, który grał Ci na nerwach, gdy próbowałaś go pochwycić. Cokolwiek Ci pomoże.
Ponownie wrócił na swoje miejsce. Nie tracił wiary względem tego, że ich spotkanie zakończy się nieefektywnie. Bądź co bądź, mieli za sobą długie lata kształcenia w najróżniejszych dziedzinach. Magia może i bywała kapryśna i nie zawsze działała tak, jak by sobie tego życzyli, jednak przy odpowiednio dużej sile woli i skupieniu na pewno wspólnie uda im się ją okiełznać.
— Okej, gotowa? — zawołał i poczekał, aż panna Yaxley potwierdzi, że faktycznie jest przygotowana. — Flipendo!
Machnął różdżką, licząc, że obędzie się bez dodatkowych komplikacji. Skoro chciał pomóc kobiecie, to niezłym falstartem byłoby, gdyby sam nie zdołał ukształtować odpowiedniego zaklęcia.
Akcja nieudana
Erik wbił skonsternowany wzrok w czubek swojej różdżki, wyciągając dzierżącą ją rękę najdalej jak mógł, jakby sądził, że w ten sposób inkantacja zadziała. Tak się jednak nie stało. Policzki mężczyzny pokryły się czerwienią, gdy zdał sobie sprawę, że nie udało mu się z pozytywnym skutkiem rzucić tak prostego zaklęcia. Może za bardzo się skupił. Tak, to musiało być to. Przerzucił różdżkę dwukrotnie z rąk do rąk i ponowił próbę, starając się tym razem bardziej zrelaksować.
Sukces!
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞