Kąciki jego ust uniosły się w górę, chociaż tak szczerze... sam nie był do końca pewien, dlaczego chce się w to pakować. O'Dwyer wzbudzał w nim różne emocje. Niektóre z nich żyły w cichej zgodzie ze sobą, inne... cóż, nie tylko nie pasowały, czasami nawet stawały do siebie w opozycji. Pewnie dlatego, że nawet to, co mu się w chłopaku podobało - a było takich cech całkiem sporo jak na płytkość ich relacji - stawało się o wiele mniej ciekawe w zestawieniu z tym, co czekało na niego w domu. Pokusa była jak zawsze silna, ale to przez jego wyuzdanie i chęć zapewnienia sobie lepszej rozrywki niż ostatnio regularne kłótnie. Nawet ktoś tak wesoły, promieniujący, przyciągający go wzrokiem, kto od razu wzbudził jego zainteresowanie i utrzymał je krótkim poruszeniem bioder, nijak miał się przecież do osób, jakie Crow miał już przy sobie.
Każdy normalny po takich przemyśleniach skończyłby dłubać w tym radiu i sobie stąd poszedł, albo w ogóle porzuciłby to zadanie, ale to przecież był on. Nieśmiertelny on w wiecznej misji robienia na złość wszystkiemu i wszystkim, w szczególności samemu sobie. Uniósł więc wzrok ponad głowę Leo i rzucił spojrzeniem na zegar wiszący na jednej ze ścian baru. Po jego minie widać było, że liczy coś w głowie.
- Deal.
Nic więcej nie dodał. Utonął w tym co robił, bo to radio faktycznie nie grało i problemu nie rozwiązały nawet takie próby jak uderzenie go dwa razy z plaskacza w antenę - musiał rozkręcić obudowę i zajrzeć do środka. Usunął się więc z widoku, żeby nie zajmować miejsca na samym środku blatu i zabrał się do pracy, jaką szczególnie ze względu na cyrkową codzienność uważał za interesującą. Lubił to robić. W Fantasmagorii rzadko miał okazję się tym zajmować. Tak rzadko, że Alexander ostatnio zapomniał, że Flynn w ogóle potrafił to robić. Związał włosy w nieelegancki kok i pochylając się tak, żarł cukierki z paczki wyciągniętej z kieszeni. Landrynki były roztopione od ciepła i ciasnoty (kto w taką pogodę decydował się na założenie skórzanych spodni oprócz absolutnego szaleńca), ale on zdawał się na to nie zważać. I wreszcie, po kilku siarczystych przekleństwach, z głośnika wydobyła się muzyka. Pieruńsko cicha, ale po wyłączeniu go, pobawieniu się czymś w środku jeszcze raz... udało się...?
Każdy normalny po takich przemyśleniach skończyłby dłubać w tym radiu i sobie stąd poszedł, albo w ogóle porzuciłby to zadanie, ale to przecież był on. Nieśmiertelny on w wiecznej misji robienia na złość wszystkiemu i wszystkim, w szczególności samemu sobie. Uniósł więc wzrok ponad głowę Leo i rzucił spojrzeniem na zegar wiszący na jednej ze ścian baru. Po jego minie widać było, że liczy coś w głowie.
- Deal.
Nic więcej nie dodał. Utonął w tym co robił, bo to radio faktycznie nie grało i problemu nie rozwiązały nawet takie próby jak uderzenie go dwa razy z plaskacza w antenę - musiał rozkręcić obudowę i zajrzeć do środka. Usunął się więc z widoku, żeby nie zajmować miejsca na samym środku blatu i zabrał się do pracy, jaką szczególnie ze względu na cyrkową codzienność uważał za interesującą. Lubił to robić. W Fantasmagorii rzadko miał okazję się tym zajmować. Tak rzadko, że Alexander ostatnio zapomniał, że Flynn w ogóle potrafił to robić. Związał włosy w nieelegancki kok i pochylając się tak, żarł cukierki z paczki wyciągniętej z kieszeni. Landrynki były roztopione od ciepła i ciasnoty (kto w taką pogodę decydował się na założenie skórzanych spodni oprócz absolutnego szaleńca), ale on zdawał się na to nie zważać. I wreszcie, po kilku siarczystych przekleństwach, z głośnika wydobyła się muzyka. Pieruńsko cicha, ale po wyłączeniu go, pobawieniu się czymś w środku jeszcze raz... udało się...?
Rzut TakNie 1d2 - 1
Tak
Tak
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.