20.04.2024, 14:18 ✶
Crow parsknął. Wcale nie potrzebował pocieszenia. Takich rzeczy nie mówiło się głośno, na pewno nie na Ścieżkach, ale... on nie potrzebował od niej niczego. Miał zamiar jej pomóc, bo chciał jej pomóc. Żadne mrugnięcie ani żart nie zmieniłyby jego nastawienia na przychylniejsze. Tym czego pragnął od życia, jakie sobie wybrał była wolność - możliwość wyboru za kim pójdzie i jak, komu poda rękę i dlaczego. I chociaż codzienność, w jakiej egzystował, była podła, brudna i śmierdząca, a on sam przesiąknął w tym na wskroś, wciąż siedział w nim ten zalążek dobrego człowieka - kulawy, bo nie wykształcił się do końca, ale był tam i sięgał nostalgią czasów swojej młodości.
Lubił pomagać dobrym ludziom. Nawet jeżeli się zagubili. Tylko czy o Viorice mógł powiedzieć, że była dobrym człowiekiem? Jasne, że nie. Nie mógł o tej drobnej złodziejce powiedzieć absolutnie nic poza jakimiś losowymi informacjami o szajce złodziei, w jakiej się obracała - i to tyle. Tylko i aż. Tylko, bo nikt normalny by jej nie pomógł. Crow nie był ani normalny, ani nie zgubił tego aż - wychowany wśród Bellów po prostu musiał podchodzić do takiej szajki z dużą pięścią pełną kruchej nostalgii. To nie Fontaine nauczyła go skakać tak wysoko, to nie ona pokazała mu jak otwierać zamki wytrychem i wsadzać dłonie do kieszeni przechodniów tak, żeby nikt się nie zorientował. Pewnie nawet gdyby mu wskazać głupotę tego nakładania własnych wspomnień na cudze życie, wzruszyłby ramionami. Jeżeli Zamfir to przeżyje, on poczuje się dobrze.
W jego oczach nie odnalazła wahania. Ciemne, uważnie obserwujące ją teraz tęczówki były pewne siebie, pewnie zbyt pewne siebie jak na sytuację, w której się znajdował. To musiała być jakaś maska i nikt nie lubił kiedy się przed nimi udawało, ale przy takiej codzienności chłopak pewnie nauczył się kłamać bardzo, bardzo wcześnie. A może nie kłamać, tylko... udawać. Grać.
Wyraźnie zmarszczył się dopiero wtedy, kiedy usłyszał słowo piekło. Uśmiech mu nie pobladł, ale brwi spięły się nieznacznie i coś w oczach mu zgasło. Przynajmniej na moment.
- Baby - skomentował wreszcie, kręcąc głową. - Dają ci kosza już na starcie, a potem znajdą cię nawet na samym dnie tego cholernego świata, żeby skopać ci dupę, bo za nimi nie pobiegłeś. - Niby narzekał, ale... wcale nie przeszkadzało mu nigdy zabieganie o kogoś dłużej. Jeżeli tego kobiety potrzebowały, aby czuć się dobrze, mógłby za nimi biegać do osranej śmierci.
- Wiesz, że mieszka W- - Wcale nie musiał dzielić się jego imieniem. - Nieważne. - Machnął ręką, jakby chciał odgonić tę myśl. A później wyrwał kartkę z notesu i przerażająco krzywym charakterem pisma wyskrobał na niej adres nieopodal magicznych dzielnic. - Masz. - Podał jej ją. W rogu była nieco poklejona od lukrowej polewy i wyglądała, jakby dziecko próbowało naśladować pismo techniczne, ale dało się ją rozczytać. - Przyjdź jutro rano i zapukaj. - Zapomniał tylko dodać, że rano znaczyło dla niego okolice dwunastej.
Lubił pomagać dobrym ludziom. Nawet jeżeli się zagubili. Tylko czy o Viorice mógł powiedzieć, że była dobrym człowiekiem? Jasne, że nie. Nie mógł o tej drobnej złodziejce powiedzieć absolutnie nic poza jakimiś losowymi informacjami o szajce złodziei, w jakiej się obracała - i to tyle. Tylko i aż. Tylko, bo nikt normalny by jej nie pomógł. Crow nie był ani normalny, ani nie zgubił tego aż - wychowany wśród Bellów po prostu musiał podchodzić do takiej szajki z dużą pięścią pełną kruchej nostalgii. To nie Fontaine nauczyła go skakać tak wysoko, to nie ona pokazała mu jak otwierać zamki wytrychem i wsadzać dłonie do kieszeni przechodniów tak, żeby nikt się nie zorientował. Pewnie nawet gdyby mu wskazać głupotę tego nakładania własnych wspomnień na cudze życie, wzruszyłby ramionami. Jeżeli Zamfir to przeżyje, on poczuje się dobrze.
W jego oczach nie odnalazła wahania. Ciemne, uważnie obserwujące ją teraz tęczówki były pewne siebie, pewnie zbyt pewne siebie jak na sytuację, w której się znajdował. To musiała być jakaś maska i nikt nie lubił kiedy się przed nimi udawało, ale przy takiej codzienności chłopak pewnie nauczył się kłamać bardzo, bardzo wcześnie. A może nie kłamać, tylko... udawać. Grać.
Wyraźnie zmarszczył się dopiero wtedy, kiedy usłyszał słowo piekło. Uśmiech mu nie pobladł, ale brwi spięły się nieznacznie i coś w oczach mu zgasło. Przynajmniej na moment.
- Baby - skomentował wreszcie, kręcąc głową. - Dają ci kosza już na starcie, a potem znajdą cię nawet na samym dnie tego cholernego świata, żeby skopać ci dupę, bo za nimi nie pobiegłeś. - Niby narzekał, ale... wcale nie przeszkadzało mu nigdy zabieganie o kogoś dłużej. Jeżeli tego kobiety potrzebowały, aby czuć się dobrze, mógłby za nimi biegać do osranej śmierci.
- Wiesz, że mieszka W- - Wcale nie musiał dzielić się jego imieniem. - Nieważne. - Machnął ręką, jakby chciał odgonić tę myśl. A później wyrwał kartkę z notesu i przerażająco krzywym charakterem pisma wyskrobał na niej adres nieopodal magicznych dzielnic. - Masz. - Podał jej ją. W rogu była nieco poklejona od lukrowej polewy i wyglądała, jakby dziecko próbowało naśladować pismo techniczne, ale dało się ją rozczytać. - Przyjdź jutro rano i zapukaj. - Zapomniał tylko dodać, że rano znaczyło dla niego okolice dwunastej.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.