20.04.2024, 17:52 ✶
Potańcówka była miłą odskocznią od wszystkiego, co się działo wokół niego działo. Mógłby nawet pokusić się o stwierdzenie, że pierwszy raz od dawna czuł, że jego życie wraca jako tako na właściwy tor, choć mogło być to równie dobrze zaćmienie wywołane zbyt dużą ilością alkoholu, którego wlał już w siebie dość znaczną ilość. Nie czuł się jednak z tym źle.
W przeciwieństwie do części mieszkańców domu, w którym przyszło mu teraz żyć, nie miał na jutro (a może już dziś, stracił rachubę czasu) żadnych konkretnych planów, poza ewentualnym dogorywaniem gdzieś w koncie posiadłości.
Mimo to, jakiś głosik w jego głowie podpowiadał, że to może czas na napicie się szklanki wody i pójście grzecznie do swojego łóżka.
Dotarł nawet w okolicę kuchni, tu jednak dopadło go zdecydowanie głośniejsze wołanie Bulstrode’a, zapraszające do partyjki w karty. Był naprawdę słabym graczem. W tej chwili jednak widocznie go to kompletnie nie obchodziło, bo grzecznie podszedł do stołu, wybierając jedno z wolnych miejsc.
Mieszkał tu niby rok, nadal jednak momentami czuł się nieswojo, szczególnie, gdy w pobliżu nie było ani Brenny, ani Erika. No, chyba, że zostawał sam na sam z psami mieszkającymi w Warowni. Te widocznie musiały na tyle często widzieć go przemykającego w formie animaga, że zaczęły go chyba traktować niczym członka własnego stada. I to takiego, który wie gdzie trzymana jest karma i smaczki. A do tego ma miękkie serce.
Usiadł na krzesełku, opierając się wygodnie, patrząc z ciekawością na karty.
- A w co gramy? - zapytał, uśmiechając się do zebranych, mając nadzieję, że chociaż wybiorą grę której zasady znał. Nauka w trybie upojenia alkoholowego mogła skończyć się marnie.
Przyjął mimo to kieliszek, nie mając zamiaru zmuszać się do nagłego wytrzeźwienia. Dopiero wtedy zauważył nowy dodatek do kreacji Morpheusa. Wyszczerzył się, wskazując kwiat palcem.
- Twarzowy. Pasuje do koszuli - skomentował, po czym uniósł swoja nalewkę w górę, w ramach toastu i wypił całą zawartość. Może i powinien się oszczędzać, rozsądek jednak już dawno wybrał się na spoczynek, zostawiając organizm Tomasza w jego rękach. Co pewnie miało skończyć się tragicznie. Ale tym będzie martwił się poranny Hardwick.
Skrzywił się na żart o sprzedawaniu własnej siostry. Miał ich wiele i żadnej z nich nie postawiłby w karty. No, może swoją najmłodszą. Wróć, to pewnie był tylko żart.
- Jeśli chcemy zagrać na pieniądze, to czuję, że jestem już na straconej pozycji. - Ot, ci dwaj należeli do rodzin o wielkich majątkach a Tomasz… Powiedzmy, że może nie był człowiekiem biednym, na wszystko jednak musiał już na starcie zapracować niemalże sam.
W przeciwieństwie do części mieszkańców domu, w którym przyszło mu teraz żyć, nie miał na jutro (a może już dziś, stracił rachubę czasu) żadnych konkretnych planów, poza ewentualnym dogorywaniem gdzieś w koncie posiadłości.
Mimo to, jakiś głosik w jego głowie podpowiadał, że to może czas na napicie się szklanki wody i pójście grzecznie do swojego łóżka.
Dotarł nawet w okolicę kuchni, tu jednak dopadło go zdecydowanie głośniejsze wołanie Bulstrode’a, zapraszające do partyjki w karty. Był naprawdę słabym graczem. W tej chwili jednak widocznie go to kompletnie nie obchodziło, bo grzecznie podszedł do stołu, wybierając jedno z wolnych miejsc.
Mieszkał tu niby rok, nadal jednak momentami czuł się nieswojo, szczególnie, gdy w pobliżu nie było ani Brenny, ani Erika. No, chyba, że zostawał sam na sam z psami mieszkającymi w Warowni. Te widocznie musiały na tyle często widzieć go przemykającego w formie animaga, że zaczęły go chyba traktować niczym członka własnego stada. I to takiego, który wie gdzie trzymana jest karma i smaczki. A do tego ma miękkie serce.
Usiadł na krzesełku, opierając się wygodnie, patrząc z ciekawością na karty.
- A w co gramy? - zapytał, uśmiechając się do zebranych, mając nadzieję, że chociaż wybiorą grę której zasady znał. Nauka w trybie upojenia alkoholowego mogła skończyć się marnie.
Przyjął mimo to kieliszek, nie mając zamiaru zmuszać się do nagłego wytrzeźwienia. Dopiero wtedy zauważył nowy dodatek do kreacji Morpheusa. Wyszczerzył się, wskazując kwiat palcem.
- Twarzowy. Pasuje do koszuli - skomentował, po czym uniósł swoja nalewkę w górę, w ramach toastu i wypił całą zawartość. Może i powinien się oszczędzać, rozsądek jednak już dawno wybrał się na spoczynek, zostawiając organizm Tomasza w jego rękach. Co pewnie miało skończyć się tragicznie. Ale tym będzie martwił się poranny Hardwick.
Skrzywił się na żart o sprzedawaniu własnej siostry. Miał ich wiele i żadnej z nich nie postawiłby w karty. No, może swoją najmłodszą. Wróć, to pewnie był tylko żart.
- Jeśli chcemy zagrać na pieniądze, to czuję, że jestem już na straconej pozycji. - Ot, ci dwaj należeli do rodzin o wielkich majątkach a Tomasz… Powiedzmy, że może nie był człowiekiem biednym, na wszystko jednak musiał już na starcie zapracować niemalże sam.