Było takie mądre powiedzenie, którego Laurent by nie powtórzył ze względu na jego brzydkość. Albo powtórzyłby, ale będąc w odpowiednim towarzystwie i po paru łykach alkoholu, bo jakkolwiek Geraldine była prawdziwym samcem wśród kobiet, tak dla niego nadal było damą, którą należało szanować. Nawet jeśli to prędzej ona by do niego wyciągnęła dłoń, żeby podnosił się połamany z ziemi niż on do niej, jak to mężczyźnie wypadało. Nawet nie miałby nic przeciwko. Gdyby tak ustawić komfort ich stref i obedrzeć to ze wszystkiego, czego się wymaga w towarzystwie, to idealnie by się dopasowali. Laurent mógłby być księżniczką z wieży, a Geraldine jego rycerzem na... kasztanowym rumaku. Albo kasztanowej klaczy. To mądre powiedzenie mówiło, że jeśli masz serce miękkie to dupy nie możesz mieć szklanej. Niestety często jedno z drugim szło właśnie w parze. Kobieta z krwią olbrzymów, którą właśnie posadził na konia mogła być prostoduszna, mogła szastać wulgaryzmami i bić mocniej, niż Laurent kiedykolwiek będzie w stanie, ale uważał, że wcale nie miała przez to twardego serca. Tak jak nie miała szklanych pośladków, to na pewno. Tworzyła wokół siebie dużą strefę komfortu, w której człowiek mógł się czuć bezpieczniej z samego faktu, że Geraldine tutaj była i nawet jak palniesz jedno czy dwa słowa za dużo, to nie obrazi się na ciebie, nie pobiegnie szeptać za twoimi plecami, żeś nieudacznik i nie zrobi tego wszystkiego, czego spodziewałeś się w negatywie po ludziach... pokroju Laurenta. Tak, Laurent się nawet nie bał tego przyznać, w końcu wbrew obiegowej opinii do świętości było mu bardzo daleko. Pozory, pozory... Geraldine przynajmniej, w przeciwieństwie do swojego brata, nie była aż tak negatywnie uprzedzona do selkie i na powitanie nie groziła mu śmiercią i nie wykręcała rąk.
- To możemy przyjść z whiskey do moich ulubionych abraksanów. - Skoro uważała to za ciekawe doświadczenie - nie ma problemu. Zabiorą szklankę, zabiorą butelkę i odwiedzą rumaki, które były jego zdaniem równie piękne co jednorożce. Miały jedynie inny rodzaj uroku. Potężne, wielkie stworzenia, podczas gdy jednorożce prezentowały sobą światło i filigranowość. Zgadzał się z nią jednak co do tego, że zwierzęta były... lepsze. One nie oszukiwały. Jeśli rozumiałeś ich instynkty, jeśli uważałeś na ich ostrzeżenia to zwierzę nie zaatakuje cię bez powodu, dopóki wszystko jest dobrze, ono jest zdrowe i nic mu nie grozi. A jeśli cię ugryzie to czasem przypadkiem - bo za mocno chciał się bawić. - Moja droga, mam zapchany grafik, gdybym w ciebie wątpił powierzyłbym cię w ręce instruktora jazdy. - Aż błysnęły mu oczy z rozbawienia, bo powiedział to żartem, ale tak połowicznie - bo naprawdę nie wątpił w Geraldine, natomiast wcale by jej nie wepchnął w ręce jakiegoś instruktora, chyba że sama by chciała. Wtedy jednak nie potraktowałby tego jako pretekstu na spotkanie i rozliczyliby się normalną drogą za usługi.
- Operujesz piętami i lekko poruszasz biodrami w przód w siodle. Naciśnij ją w bok, ale nigdy nie uderzaj tymi piętami. Z wyczuciem. - Zapiął lonżę do ogłowia i rozwinął ją, puszczając właściwie Geraldine. Nie chciał zrobić pierwszego kroku bo wiedział, że Aizel pójdzie wtedy za nim. Dlatego chciał go zrobić Geraldine, żeby sama poczuła, z czym się je cała ta zabawa. - Kiedy ruszycie nie dociskaj dalej, bo Aizel będzie sądziła, że chcesz jechać szybciej. - Uprzedził zawczasu, bo by się zdziwili, jakby im klacz nagle wyrwała do dzikiego galopu. A jeszcze nie poinstruował Geraldine, jak bezpiecznie z konia spadać. Tak, do tego też była technika z prostego powodu - było zbyt niebezpiecznie, kiedy koń na oślep pędził do przodu. - Tam jest padok. - Wskazał gestem biały płot z udeptaną ziemią, żeby Geraldine wiedziała, gdzie się skierować. I kiedy ruszyła - ruszył razem z nią.