20.04.2024, 18:57 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.04.2024, 18:58 przez Thomas Hardwick.)
Podobał mu się pomysł stworzenia dla Zakonu kolejnych miejsc, gdzie mogliby się spotykać, przeczekać ewentualne zagrożenia, czy ewentualnie przechować tych, którzy tego potrzebowali.
Fakt jednak, że musiał nieco z Millie zgodzić. Ten dom był akurat jedną wielką dziurą, a im dłużej w niej przebywał, tym bardziej zastanawiało go, czy Brenna na pewno przemyślała ten akurat zakup. Dotarł na miejsce co prawda trochę później niż reszta towarzystwa, wracając prosto z patrolu, zdążył się jednak nasłuchać o przygodach, które wszystkich tu spotkały.
Przez nie spacer po zapewne kiedyś imponującym ogrodzie wcale nie był taki przyjemny.
Starał się dostrzec jednak jakieś pozytywy, na przykład to, że porządki jako tako szły w dobrym kierunku i pojawiała się drobna nadzieja na to, że jeszcze budynek nada się do użytku. O ile Moody nie zdecyduję się jednak rzucić w niego tą swoją zapalniczką.
- Nie no, jak przekrzywisz głowę, przymrużysz jedno oko i zamkniesz drugie, to nie wygląda to tak źle. Zobacz na ogród. Jeszcze nas nic nie zeżarło na przykład. Jeszcze - uśmiechnął się z przekąsem, podsuwając swojego papierosa, w niemym geście prosząc o ogień. Brenna zakazała mu palić w tej ruderze, dlatego tak chętnie zgodził się na wyjście na zewnątrz.
Spojrzał na Millie z kwaśną miną, gdy ta skupiła się na szklarni, która wyglądała, jakby miała się rozpaść od najmniejszego dotknięcia.
- Tak, a potem się będę tłumaczył, dlaczego nas trzeba wyciągać z gruzów, dziękuję bardzo, postoję, Alastor pewnie by mnie znalazł i tym razem ja bym siedział w szpitalu - prychnął.
Trochę nie wiedział, czy powinien poruszać ten temat. Millie wydawała się jednak wracać w miarę do siebie, co niezwykle go cieszyło. Lubił dziewczynę, znali się od dzieciaka, gdy wylądowali w na tym samym roku i w tym samym domu, nic dziwnego, że przejął się, gdy usłyszał, co stało się w Beltane. Była jednak tu teraz z nimi i chyba to było najważniejsze. Że przetrwała i stanęła na własne nogi. No, powiedzmy.
- Rzeczywiście, ścieżka jest trochę podejrzana. Co prawda może się okazać, że prowadzi w jakieś miejsce romantycznych schadzek lub libacji młodzieży, nie zaszkodzi jednak tego sprawdzić - wzruszył ramionami. Na wszelki wypadek wyjął z kieszeni kurtki różdżkę, woląc ją mieć w ręku.
Zaciągnął się papierosem, zaraz jednak zakrztusił się dymem, słysząc wyznanie, na które zrzuciła na niego kobieta.
- To ten. Mam zacząć się martwić, jak oboje zobaczymy coś dziwnego, tak? - rzucił z załzawionymi oczami, nie będąc pewnym, jak ma na takie rewelacje zareagować. - Widzisz coś konkretnego, czy to ogólne, ten no, zwidy? - zapytał, nie potrafiąc tak nagle zrzuconej na niego informacji.
Podszedł pod altanę, ciekaw całej tej ścieżki. Spróbował poszukać ewentualnych śladów, które mógłby ktoś zostawić, dostrzec dziwne zachowanie roślin, lub inne niespodzianki, które mogłaby przeoczyć Moody.
Rzut na percepcje
Fakt jednak, że musiał nieco z Millie zgodzić. Ten dom był akurat jedną wielką dziurą, a im dłużej w niej przebywał, tym bardziej zastanawiało go, czy Brenna na pewno przemyślała ten akurat zakup. Dotarł na miejsce co prawda trochę później niż reszta towarzystwa, wracając prosto z patrolu, zdążył się jednak nasłuchać o przygodach, które wszystkich tu spotkały.
Przez nie spacer po zapewne kiedyś imponującym ogrodzie wcale nie był taki przyjemny.
Starał się dostrzec jednak jakieś pozytywy, na przykład to, że porządki jako tako szły w dobrym kierunku i pojawiała się drobna nadzieja na to, że jeszcze budynek nada się do użytku. O ile Moody nie zdecyduję się jednak rzucić w niego tą swoją zapalniczką.
- Nie no, jak przekrzywisz głowę, przymrużysz jedno oko i zamkniesz drugie, to nie wygląda to tak źle. Zobacz na ogród. Jeszcze nas nic nie zeżarło na przykład. Jeszcze - uśmiechnął się z przekąsem, podsuwając swojego papierosa, w niemym geście prosząc o ogień. Brenna zakazała mu palić w tej ruderze, dlatego tak chętnie zgodził się na wyjście na zewnątrz.
Spojrzał na Millie z kwaśną miną, gdy ta skupiła się na szklarni, która wyglądała, jakby miała się rozpaść od najmniejszego dotknięcia.
- Tak, a potem się będę tłumaczył, dlaczego nas trzeba wyciągać z gruzów, dziękuję bardzo, postoję, Alastor pewnie by mnie znalazł i tym razem ja bym siedział w szpitalu - prychnął.
Trochę nie wiedział, czy powinien poruszać ten temat. Millie wydawała się jednak wracać w miarę do siebie, co niezwykle go cieszyło. Lubił dziewczynę, znali się od dzieciaka, gdy wylądowali w na tym samym roku i w tym samym domu, nic dziwnego, że przejął się, gdy usłyszał, co stało się w Beltane. Była jednak tu teraz z nimi i chyba to było najważniejsze. Że przetrwała i stanęła na własne nogi. No, powiedzmy.
- Rzeczywiście, ścieżka jest trochę podejrzana. Co prawda może się okazać, że prowadzi w jakieś miejsce romantycznych schadzek lub libacji młodzieży, nie zaszkodzi jednak tego sprawdzić - wzruszył ramionami. Na wszelki wypadek wyjął z kieszeni kurtki różdżkę, woląc ją mieć w ręku.
Zaciągnął się papierosem, zaraz jednak zakrztusił się dymem, słysząc wyznanie, na które zrzuciła na niego kobieta.
- To ten. Mam zacząć się martwić, jak oboje zobaczymy coś dziwnego, tak? - rzucił z załzawionymi oczami, nie będąc pewnym, jak ma na takie rewelacje zareagować. - Widzisz coś konkretnego, czy to ogólne, ten no, zwidy? - zapytał, nie potrafiąc tak nagle zrzuconej na niego informacji.
Podszedł pod altanę, ciekaw całej tej ścieżki. Spróbował poszukać ewentualnych śladów, które mógłby ktoś zostawić, dostrzec dziwne zachowanie roślin, lub inne niespodzianki, które mogłaby przeoczyć Moody.
Rzut na percepcje
Rzut N 1d100 - 35
Akcja nieudana
Akcja nieudana