Figg miała wrażenie, że ten dzień jest jednym z lepszych dni w jej życiu. Słońce wydawało się mocniej świecić, ptaszki głośniej śpiewać, no istna sielanka. Na pewno wpływ na to miała obecność Leo przy jej boku, przy nim stąpanie po tym szarym świecie wydawało się dużo lżejsze i zdecydowanie bardziej kolorowe. Wszystkie problemy, jakby ręką odjął. Uwielbiała to uczucie, jakby nic nie mogło się pozbyć, jakby gwarantował jej to, że po prostu wszystko będzie przepiękne. I spoglądała na niego tymi swoimi zielonymi oczami, z podziwem. Nie miała pojęcia, jak to możliwe, że taki jeden Leo, potrafił u niej wzbudzić tyle pozytywnych emocji, że też dopiero dzisiaj dostrzegła tę jego wyjątkowość, znaczy to nie tak, że tylko dzisiaj, ale dzisiaj dotarło do niej jaki jest niesamowity i jakie miała szczęście, że go poznała.
Najwyraźniej mężczyźni z rodziny O'Dwyer mieli coś w sobie, bo przecież nie bez powodu kiedyś zainteresowała się Vincentem. Tyle, że przy Leo... cóż Vinnie wydawał się nie mieć żadnego znaczenia. To Leo całym sobą demonstrował swoją wspaniałość, a ona mogła mu w tym towarzyszyć i napawać się nim, kiedy był obok niej. Niczym jakiś młody bóg, który zstąpił na ziemię.
Zupełnie niespodziewanie, znaczy może i spodziewanie, bo najpierw się do niej odezwał, ale nie do końca wiedziała, przed czym to nie mógł się powstrzymać, objął ją ten słodki kociak. Poczuła, że zbliża się chwila, której w ogóle nie przewidziała, bo kto to widział, żeby ona w ten sposób traktowała swojego pracownika, tyle, że w sumie to on zaczął? Prawda. To się chyba nie liczyło, jako jej wina. Kiedy tak na niego spoglądała, to czuła, że nie może mu tego odmówić, bo był taki wspaniały i chciała zobaczyć, czy te jego usta też są takie doskonałe w smaku. Nie było chyba nic złego w sprawdzeniu tego, po prostu musiała zobaczyć, czy równie wspaniale całuje, co robi wszystko inne. Nie, żeby w to wątpiła choć przez chwilę, bo czuła w tej chwili uwielbienie do całej jego osoby. Nie mogła mu odmówić, szczególnie, że ten wspaniały Leo zainteresował się nią w taki sposób, nią, zwyczajną, szarą Norą, która nie miała nic szczególnego do zaoferowania. To jakiś dar od losu.
Nie zawiodła się. Zmrużyła przy tym oczy, aby nie daj Merlinie się niczym nie rozproszyć, bo chciała napawać się tą niespodziewaną chwilą, kto wie, czy kiedyś w ogóle się to powtórzy? To był przecież tylko krótki moment wyrwany codzienności.
Norka nie miała zbyt wielkiego doświadczenia w takich sprawach, niezbyt często pozwalała sobie na całowanie kogoś innego poza Mabel, ale czuła, że tym razem może się otworzyć, bo Leo nie zrobi jej krzywdy. Był taki idealny, wspaniały, na pewno nie miał złych zamiarów. Mogła mu więc dać te kilka pocałunków, skoro już pokusił się na to, aby się do panny Figg zbliżyć. Mogła mu w ten sposób wynagrodzić to, że wcześniej tego nie zauważała, tej jego cudowności.
Swoje dłonie oparła na nim, żeby jej nie przeszkadzały. Zabawnie musieli wyglądać tacy spleceni w uścisku, była przy nim taka drobniutka i malutka, musiała stawać na palcach, by dosięgnąć jego twarzy, ale zupełnie jej to nie przeszkadzało. Pozwoliła sobie na ten moment zapomnienia, i nie widziała nic złego w tych kilku pocałunkach, którymi obdarzyła Leo.