20.04.2024, 20:46 ✶
Tym, z kim przyszło spotkać się Geraldine był szeroko rozpoznawalny, ale jeszcze nie popularny muzyk. Niegdyś dyrygent, obecnie pianista - ceniony na salonach, z pewnością widziany przez jej oczy na bardziej wyszukanych przyjęciach, ale niekoniecznie zapadający w pamięć akurat panny Yaxley - tak przynajmniej zakładał Umbriel, widząc ją umorusaną w po nos w błocie. Brud. Pierwsza myśl - przyszła tutaj prosto z lasu, niewymyta. Można się tego było takiej dzikości spodziewać po kimś, kto zawodowo zajmował się ubijaniem magicznych stworzeń. Nie pomyślał tego z jakąś specyficzną, ukierunkowaną w nią pogardą. Właściwie, to nie miał jakichś szczególnie głębokich przemyśleń na jej temat. Nie miał w zwyczaju gardzić kimkolwiek - był uparciuchem i mordercą, ale z zupełnie innych powodów, niż można było podejrzewać po kimś, kto chciał stać się poplecznikiem Czarnego Pana. Potrzebował sprawdzenia jakiejś cholernej kości, bo się na tym zupełnie nie znał. Zauważał sporo detali, bo jako artysta musiał na przestrzeni lat stać się dobrym obserwatorem - z kogóż miałby brać inspirację do swoich dotychczasowych dzieł, jeżeli nie z postaci charakternych, pełnych życia?
Musiała ubijać te stworzenia nielegalne. Kłusowniczka więc, nie łowczyni? Nie widział innego powodu, dla którego Louvain wskazałby ją jako kogoś godnego zaufania. No... może nie godnego zaufania, ale przynajmniej kogoś, kto potencjalnie nie zechce wydać go Brygadzie Uderzeniowej po pierwszych kilku minutach rozmowy.
Muzyk, dobre sobie. Czy... to ten moment, w którym powinien myśleć o sobie nie muzyk a przestępca? Jak go ostatnio nazwano? Szmalcownik. Co za dziwna, cholernie dziwna nazwa.
- Dzień dobry, szanowna panno - powiedział spokojnie, wynurzając się spomiędzy drzew. Nie lubił przyrody, generalnie przebywania wśród natury. Ta koncepcja nie napawała go jednak tak głębokim obrzydzeniem lub strachem jak niektórych. Nie pasował do tej scenerii w swoich niskich, skórzanych bucikach i czarnej, czarodziejskiej szacie z kapturem przysłaniającym twarz. Nie wyglądał jednak jak ktoś całkowicie odklejony, jak niektóre panienki próbujące przechadzać się po takich miejscach w wypucowanych pantofelkach. Sprawiał po prostu wrażenie kogoś, kto większość czasu spędzał w mieście, a do zajścia w ten cholerny zagajnik zmusiły go niewygodne okoliczności.
Ściągnął ten kaptur, pozwalając wylać się spod niego kaskadzie prostych, czarnych, miękkich włosów. I uśmiechnął się do niej delikatnie, łudząco podobnie do tego, w jaki sposób uśmiechał się na listach gończych Brygadzistów. Głos miał miękki, mówił nisko. Z zauważalnym, acz nie denerwującym akcentem. Musiał być obcokrajowcem, ale takim przebywającym tu od dawna.
Nie przedstawił się, ani nie podał jej dłoni, jeżeli ona nie zrobiła tego pierwsza.
- Miałem pytać, dlaczego akurat Las Wisielców, ale wszechświat odpowiedział mi na to zanim raczyłem otworzyć usta.
Musiała ubijać te stworzenia nielegalne. Kłusowniczka więc, nie łowczyni? Nie widział innego powodu, dla którego Louvain wskazałby ją jako kogoś godnego zaufania. No... może nie godnego zaufania, ale przynajmniej kogoś, kto potencjalnie nie zechce wydać go Brygadzie Uderzeniowej po pierwszych kilku minutach rozmowy.
Muzyk, dobre sobie. Czy... to ten moment, w którym powinien myśleć o sobie nie muzyk a przestępca? Jak go ostatnio nazwano? Szmalcownik. Co za dziwna, cholernie dziwna nazwa.
- Dzień dobry, szanowna panno - powiedział spokojnie, wynurzając się spomiędzy drzew. Nie lubił przyrody, generalnie przebywania wśród natury. Ta koncepcja nie napawała go jednak tak głębokim obrzydzeniem lub strachem jak niektórych. Nie pasował do tej scenerii w swoich niskich, skórzanych bucikach i czarnej, czarodziejskiej szacie z kapturem przysłaniającym twarz. Nie wyglądał jednak jak ktoś całkowicie odklejony, jak niektóre panienki próbujące przechadzać się po takich miejscach w wypucowanych pantofelkach. Sprawiał po prostu wrażenie kogoś, kto większość czasu spędzał w mieście, a do zajścia w ten cholerny zagajnik zmusiły go niewygodne okoliczności.
Ściągnął ten kaptur, pozwalając wylać się spod niego kaskadzie prostych, czarnych, miękkich włosów. I uśmiechnął się do niej delikatnie, łudząco podobnie do tego, w jaki sposób uśmiechał się na listach gończych Brygadzistów. Głos miał miękki, mówił nisko. Z zauważalnym, acz nie denerwującym akcentem. Musiał być obcokrajowcem, ale takim przebywającym tu od dawna.
Nie przedstawił się, ani nie podał jej dłoni, jeżeli ona nie zrobiła tego pierwsza.
- Miałem pytać, dlaczego akurat Las Wisielców, ale wszechświat odpowiedział mi na to zanim raczyłem otworzyć usta.
they should be
t e r r i f i e d
of me
t e r r i f i e d
of me