20.04.2024, 21:53 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.04.2024, 21:56 przez Samuel McGonagall.)
To chyba tak właśnie było, tak działało szczęście, że zawsze coś do niego brakowało. Bo gdyby było wszystko, to człowiek nie miałby kierunku do dążenia, do wzrostu. Samuel nie zrozumiał tego jako zaproszenie, nie widział w tym wyznania, tęsknoty, pragnienia Nory, aluzji, że może ten brak w szczęściu jest jego kształtu. Samuel tego nie rozumiał, ale tulił Norę dalej, choć tak bardzo chciało mu się płakać. Bo usłyszał, że Nora jest szczęśliwa i go nie potrzebuje, bo usłyszał znów kłamstwa, którymi się karmił tyle lat, by uzasadnić swoją decyzję, by powtarzać sobie, że tak było lepiej dla nich obojga.
I serce znowu bolało i na prawdę trudno byłoby Samowi powiedzieć, że przy Norze czuje się dobrze, bo jakoś zawsze tak cierpiał, nie rozumiał, nie wiedział. Ale przytulanie pomagało i nawet przez stwardniałą robotą skórę czuł jej jasne jak len włosy pod palcami, czuł jej zapach perfum, całego dnia zmagań i drożdżowego ciasta, o którym wszyscy zapomnieli, czuł jej bliskość i ten ból był jakoś mniejszym bólem. Wyłomem w korze, który w końcu się zaleczy, a można... możnaby zaszczepić inne drzewo, poszukać możliwości, możnaby tak jak ze zbyt mocno sheblowanej erikowej deski zrobić po prostu coś innego niekoniecznie płot.
Drzwi otworzyły się, a do środka weszła Mabel. Wiedział już, że jest córką Nory, wiedział to z korespondencji, którą wymienił z Brenną, ale jakoś zapomniał, że powinna tu być, nigdy też nie widział ich obu na raz. Trochę się napiął, ale nie poluźnił uścisku. Brwi miał wysoko uniesione na te rewelacje mówione ustami rozentuzjazmowanej najwidoczniej dziewczynki. Czy to oznaczało jej akceptację? Czy to oznaczało, że nie miałaby nic przeciwko?
Oczywiście to nie jej zdanie było tu decydujące, ale jakoś to proste pytanie otworzyło Samuelowi klapkę w umyśle na ewentualność, której w sumie nie rozważał. Dla niego było wszystko albo nic, dla niego wybór nic przed laty oznaczał nic na zawsze. Ale przecież... ale przecież z deski powstał piękny jeleń, ludzie się zmieniali a Nora... tęskniła za nim, prawda?
Pochylił się ku kobiecie trzymając ją wciąż bardzo mocno, nie dając odsunąć się od siebie, chyba, że rzeczywiście nagle zaczęłaby się spłoszona wyrywać. Odsunął się nieznacznie i spojrzał na nią zaskoczony, zagubiony i bardzo, bardzo niepewny.
– Chciałabyś...?– zapytał sucho, właściwie wyszeptał niemalże bezgłośnie. Przełknął boleśnie ślinę i spróbował powiedzieć jeszcze raz: – Chciałabyś spróbować?... hah... spróbować jeszcze raz? – nie uśmiechał się, ale patrzył, tylko patrzył i czekał na to co powie, choć mówili sobie tak mało. Żałował, że nie był jak pan Morpheus jasnowidzem, żeby móc już wiedzieć, żałował, że nie był tak silny i pewny siebie jak Erik czy mądry i znający odpowiedzi na wszelkie wątpliwości jak Brenna. Nie był Longbottomem, ale też to nie żadne z Longbottomów trzymało teraz w ramionach najpiękniejszą kobietę, jaką nosiła ziemia. Cóż mogło się stać... najwyżej powie nie i będzie miał pewność.
I serce znowu bolało i na prawdę trudno byłoby Samowi powiedzieć, że przy Norze czuje się dobrze, bo jakoś zawsze tak cierpiał, nie rozumiał, nie wiedział. Ale przytulanie pomagało i nawet przez stwardniałą robotą skórę czuł jej jasne jak len włosy pod palcami, czuł jej zapach perfum, całego dnia zmagań i drożdżowego ciasta, o którym wszyscy zapomnieli, czuł jej bliskość i ten ból był jakoś mniejszym bólem. Wyłomem w korze, który w końcu się zaleczy, a można... możnaby zaszczepić inne drzewo, poszukać możliwości, możnaby tak jak ze zbyt mocno sheblowanej erikowej deski zrobić po prostu coś innego niekoniecznie płot.
Drzwi otworzyły się, a do środka weszła Mabel. Wiedział już, że jest córką Nory, wiedział to z korespondencji, którą wymienił z Brenną, ale jakoś zapomniał, że powinna tu być, nigdy też nie widział ich obu na raz. Trochę się napiął, ale nie poluźnił uścisku. Brwi miał wysoko uniesione na te rewelacje mówione ustami rozentuzjazmowanej najwidoczniej dziewczynki. Czy to oznaczało jej akceptację? Czy to oznaczało, że nie miałaby nic przeciwko?
Oczywiście to nie jej zdanie było tu decydujące, ale jakoś to proste pytanie otworzyło Samuelowi klapkę w umyśle na ewentualność, której w sumie nie rozważał. Dla niego było wszystko albo nic, dla niego wybór nic przed laty oznaczał nic na zawsze. Ale przecież... ale przecież z deski powstał piękny jeleń, ludzie się zmieniali a Nora... tęskniła za nim, prawda?
Pochylił się ku kobiecie trzymając ją wciąż bardzo mocno, nie dając odsunąć się od siebie, chyba, że rzeczywiście nagle zaczęłaby się spłoszona wyrywać. Odsunął się nieznacznie i spojrzał na nią zaskoczony, zagubiony i bardzo, bardzo niepewny.
– Chciałabyś...?– zapytał sucho, właściwie wyszeptał niemalże bezgłośnie. Przełknął boleśnie ślinę i spróbował powiedzieć jeszcze raz: – Chciałabyś spróbować?... hah... spróbować jeszcze raz? – nie uśmiechał się, ale patrzył, tylko patrzył i czekał na to co powie, choć mówili sobie tak mało. Żałował, że nie był jak pan Morpheus jasnowidzem, żeby móc już wiedzieć, żałował, że nie był tak silny i pewny siebie jak Erik czy mądry i znający odpowiedzi na wszelkie wątpliwości jak Brenna. Nie był Longbottomem, ale też to nie żadne z Longbottomów trzymało teraz w ramionach najpiękniejszą kobietę, jaką nosiła ziemia. Cóż mogło się stać... najwyżej powie nie i będzie miał pewność.