To zależy, kto patrzył, kto potrzebował pomocy. Wśród większości czarodziejów Geraldine była po prostu myśliwą, to było całkiem wygodne, bo i bez tego spoglądali na nią z pogardą, bo przynosiła śmierć niewinnym istotom. Nawet jeśli były to bestie, które mogły zabić ludzi w mgnieniu oka jakoś łatwo przychodziło im żałowanie tych zabieranych przez nią żyć. Kłusowniczką stawała się, kiedy można było coś na tym ugrać, nieważne czy dobrą zapłatę, czy przysługę, lub po prostu szacunek kogoś, kogo warto było mieć po swojej stronie. Wiedziała, jak działa ten świat. Starała się po prostu do niego dostosować, odnaleźć swoje miejsce. Wydawało jej się, że robi to całkiem zgrabnie, w końcu nadal żyła i nadal robiła to, co kochała. Nic więcej nie było jej do szczęścia potrzebne, przynajmniej z pozoru.
Usłyszała ruch, wiedziała, że się zbliża. Nie odwróciła się jednak jeszcze, pozwoliła się sobie zaciągnąć ostatnim oddechem z tytoniowym dymem, a następnie rzuciła niedopałek na ziemię, później go zdeptała. Wolałaby uniknąć podpalenia lasu, bo mogłoby to przynieść niepotrzebne zainteresowanie miejscem, w którym się znajdowali.
Otaksowała go wzrokiem, od stóp do głów. Póki co nie widziała jeszcze twarzy schowanej pod kapturem. Tajemniczy jegomość. Cóż, z tego, co pisał Louvain to chciał dyskrecji, nie dziwiło jej to więc wcale.
- Dzień dobry. - Rzuciła jeszcze na przywitanie, nie przestawała mu się przyglądać z ciekawością, tak ludzką i bardzo zdradliwą cechą, bo wiele razy przez nią zdarzyło jej się dostać po ryju. Nie powinno się to zdarzyć dzisiaj, bo przecież to on potrzebował pomocy, mogła więc się wpatrywać w niego do woli, a przynajmniej tak się pannie Yaxley wydawało.
Wreszcie ściągnął kaptur, mogła więc zobaczyć z kim ma do czynienia. Znała tę twarz, na pewno widziała ją nieraz. Musiała sobie tylko przypomnieć skąd. Nie trwało to długo. Bywał na tych spędach czystokrwistych na których i ona się pojawiała, tyle, że w innej roli. To by wyjaśniało jego wygląd, buty, które nie do końca pasowały do lasu. Artysta, dziwne, że potrzebował jej pomocy. Nie wnikała w to jednak jakoś specjalnie, klient nasz pan, tak przynajmniej mówili.
Nie zamierzała ciągnąć go za język, próbować na siłę się przedstawiać, to by przyniosło niepotrzebne informacje, a im mniej wiedziała, tym mniej czuła się winna, że pomaga komuś nieodpowiedniemu. Zrobi swoje i stanie się to kolejnym zapomnianym zleceniem, jednym z wielu. Takie podejście było najprostsze.
- Całkiem malownicze miejsce, nie sądzi pan? - Dodała jeszcze z uśmiechem na twarzy, jak gdyby nigdy nic.
- Doszły mnie słuchy, że potrzebna jest pomoc z materiałami z buchorożca? - Zagaiła, bo w sumie przecież przez to się tutaj spotkali. Wolała od razu przejść do konkretów.