21.04.2024, 14:15 ✶
Thomas nie był taki pewien, jaki koniec byłby dla niego najlepszy. Ostatnio coraz bardziej czuł, że nie była pisana mu śmierć ze starości, nie wiedział jednak, jak się z tym czuł. Gdzieś w środku miał chyba nadal nadzieję na długie i szczęśliwe życie. Choć te wydawało się coraz bardziej odległe, w obliczu tak wielu niebezpieczeństw i śmierci, która dopadała osoby będące coraz bardziej do niego podobne.
Nie był wojownikiem od urodzenia. Na przestrzeni lat jednak odkrywał w sobie tą iskrę, która sprawiała, że potrafił wlaczyć za innych. Właściwe przeszkolenie dostał dopiero dostając się do brygady, a jednak znacznie wcześniej umiał stanąć w czyjejś obronie, mając jedynie proste, podwórkowe doświadczenie w tej kwestii. Teraz wyglądało to zupełnie inaczej, nadal jednak nie dorastał do pięt osobom, które w magii i walce szkoliły się od dziecka.
Był dumny ze swoich osiągnięć, gdzieś w tle zawsze jednak czaiło się pewne poczucie bycia gorszym. Udawało mu się jednak je w większości zdławić, szczególnie przy tych, którzy byli mu bliscy.
Rzeczywiście, to on był specjalista od prawa i tak dalej, czasem jednak kusiło by złamać jedna czy dwie zasady. W Hogwarcie dostał nie jeden szlaban, nie tylko za bójki, ale także za łamanie mniej poważnych zasad, jak na przykład ta cała cisza nocna i inne bzdety.
A myśl o latającym motocyklu, po tym jak już zagnieździła się w jego głowie, tak jakoś nie chciała wylecieć. Najwyżej będzie musiała mu ten pomysł wybić z głowy Brenna. Pewnie dosłownie.
- W sumie racja, przecież na wiosnę spotkaliśmy się gdy wypisywałem ci mandat. - Przypomniał sobie nagle, a na jego twarzy pojawił się radosny uśmiech. Było to mimo wszystko całkiem miło wspomnienie, choć okoliczności raczej temu nie sprzyjały. A jednak, gdyby nie ta chwila, mogliby tu dziś razem nie siedzieć.
Może porównanie rzeczywiście trafiło do Ger, im dłużej jednak myślał, to jednak nie do końca było to samo. O istnieniu innych krajów przynajmniej się wiedziało. Tu zaś raczej bliżej było do odkrywania nowych amazońskich plemion, niż zwykłego wyjazdu za granicę. Ewentualnie na odwrót. Czasem miał wrażenie, że zaczął jak jakiś dzieciak wychowany przez wilki, który musi się odnaleźć nagle w społeczeństwie. No, może chociaż podstawy kojarzył, ale reszta? Totalny kosmos.
- Pamiętam jak matka po raz pierwszy poszła ze mną na zakupy do pierwszej klasy i trzy dni się zastanawiała, czy to na pewno dobry pomysł, by mnie posłać do Hogwartu, bo jeszcze jej dziecko skończy jako członek jakiejś sekty. Ale potem pewnie przypomniała sobie o tych wszystkich lewitujących i znikających rzeczach, po czym stwierdziła, że może jednak lepiej jak to zacznę kontrolować. - Pokręcił głową, lekko rozbawiony wspomnieniami.
Patrząc na Geraldine, czuł, że może i rzeczywiście pasowała do tych gór. Coś surowego przenikała przez nią, coś, co sprawiało, że trudno było nie zatrzymać na niej wzroku. Siła, która fascynowała i przyciągała.
Thomas czuł, że mógłby się jej poddać.
- Kiedyś może skusze się na posiadanie domku w górach. Oczywiście położonego tak, by budzić się zawsze patrząc na jakiś ładny widok. Pasuje mi taki klimat. - Zamyślił się. Zawsze bliżej było mu do zacisznych miejsc gdzieś blisko natury, niż do wielkiego miasta. Nie mógł wcześniej sobie na taki pozwolić, teraz zaś, żyjąc w Warowni, choć okolica była przyjemniejsza, to nadal nie było to. Bo nie było to jego własne lokum.
- Cieszę się w takim razie, że jednak naprawdę nic ci nie jest. - Znów miał ochotę jej dotknąć. Odgarnąć włosy z jej twarzy. Tym razem jednak zacisnął rękę mocniej na szklance. Nie czuł się zbyt pewnie.
- Czyli, jednak nie lubisz mieszkać sama? - zapytał, ciekawy jej słów. Mówiła, jakby ta cała pustka wcale jej nie cieszył, a raczej drażniła. Choć, mógł źle ją zrozumieć.
Ile to razy słuchał o tym całym bezpieczeństwie i zagrożeniach. Wiedział o tym wszystkim, rozumiał, a jednak powoli go to męczyło. A jeśli to dopiero początek…
Westchnął i spuścił na chwilę głowę. Nie nastrajało go to zbyt pozytywnie.
- Pewnie masz rację. Nie mogę zrozumieć do końca, czemu to wszystko się dzieje. Czemu ktoś może być tak okrutny. Z drugiej strony mówisz o tej całej egzotyczności mugoli i tak, różnimy się, ale czy nie dałoby się po prostu tych różnic wyjaśnić i nie wiem, żyć w zgodzie? Wiem, to ja się przypałętałem do tego waszego świata, ale czemu niektórzy postanowili mnie za to nienawidzić? - zapytał, nalewając sobie kolejną szklankę alkoholu, gdy swoją już opróżnił.
Temat muzyki był o wiele przyjemniejszy.
- Następnym razem spotykamy się gdzieś, gdzie mają jakiś odtwarzacz. Ewentualnie wezmę gitarę, jeśli wolisz nadal jakieś miejsce na łonie natury. - Wziął widelec i nałożył sobie trochę sałatki. Co prawda nie był tak dobry, jak oryginalni wykonawcy, mógł jednak nakreślić ogólny zarys ich wyższości.
Nie był wojownikiem od urodzenia. Na przestrzeni lat jednak odkrywał w sobie tą iskrę, która sprawiała, że potrafił wlaczyć za innych. Właściwe przeszkolenie dostał dopiero dostając się do brygady, a jednak znacznie wcześniej umiał stanąć w czyjejś obronie, mając jedynie proste, podwórkowe doświadczenie w tej kwestii. Teraz wyglądało to zupełnie inaczej, nadal jednak nie dorastał do pięt osobom, które w magii i walce szkoliły się od dziecka.
Był dumny ze swoich osiągnięć, gdzieś w tle zawsze jednak czaiło się pewne poczucie bycia gorszym. Udawało mu się jednak je w większości zdławić, szczególnie przy tych, którzy byli mu bliscy.
Rzeczywiście, to on był specjalista od prawa i tak dalej, czasem jednak kusiło by złamać jedna czy dwie zasady. W Hogwarcie dostał nie jeden szlaban, nie tylko za bójki, ale także za łamanie mniej poważnych zasad, jak na przykład ta cała cisza nocna i inne bzdety.
A myśl o latającym motocyklu, po tym jak już zagnieździła się w jego głowie, tak jakoś nie chciała wylecieć. Najwyżej będzie musiała mu ten pomysł wybić z głowy Brenna. Pewnie dosłownie.
- W sumie racja, przecież na wiosnę spotkaliśmy się gdy wypisywałem ci mandat. - Przypomniał sobie nagle, a na jego twarzy pojawił się radosny uśmiech. Było to mimo wszystko całkiem miło wspomnienie, choć okoliczności raczej temu nie sprzyjały. A jednak, gdyby nie ta chwila, mogliby tu dziś razem nie siedzieć.
Może porównanie rzeczywiście trafiło do Ger, im dłużej jednak myślał, to jednak nie do końca było to samo. O istnieniu innych krajów przynajmniej się wiedziało. Tu zaś raczej bliżej było do odkrywania nowych amazońskich plemion, niż zwykłego wyjazdu za granicę. Ewentualnie na odwrót. Czasem miał wrażenie, że zaczął jak jakiś dzieciak wychowany przez wilki, który musi się odnaleźć nagle w społeczeństwie. No, może chociaż podstawy kojarzył, ale reszta? Totalny kosmos.
- Pamiętam jak matka po raz pierwszy poszła ze mną na zakupy do pierwszej klasy i trzy dni się zastanawiała, czy to na pewno dobry pomysł, by mnie posłać do Hogwartu, bo jeszcze jej dziecko skończy jako członek jakiejś sekty. Ale potem pewnie przypomniała sobie o tych wszystkich lewitujących i znikających rzeczach, po czym stwierdziła, że może jednak lepiej jak to zacznę kontrolować. - Pokręcił głową, lekko rozbawiony wspomnieniami.
Patrząc na Geraldine, czuł, że może i rzeczywiście pasowała do tych gór. Coś surowego przenikała przez nią, coś, co sprawiało, że trudno było nie zatrzymać na niej wzroku. Siła, która fascynowała i przyciągała.
Thomas czuł, że mógłby się jej poddać.
- Kiedyś może skusze się na posiadanie domku w górach. Oczywiście położonego tak, by budzić się zawsze patrząc na jakiś ładny widok. Pasuje mi taki klimat. - Zamyślił się. Zawsze bliżej było mu do zacisznych miejsc gdzieś blisko natury, niż do wielkiego miasta. Nie mógł wcześniej sobie na taki pozwolić, teraz zaś, żyjąc w Warowni, choć okolica była przyjemniejsza, to nadal nie było to. Bo nie było to jego własne lokum.
- Cieszę się w takim razie, że jednak naprawdę nic ci nie jest. - Znów miał ochotę jej dotknąć. Odgarnąć włosy z jej twarzy. Tym razem jednak zacisnął rękę mocniej na szklance. Nie czuł się zbyt pewnie.
- Czyli, jednak nie lubisz mieszkać sama? - zapytał, ciekawy jej słów. Mówiła, jakby ta cała pustka wcale jej nie cieszył, a raczej drażniła. Choć, mógł źle ją zrozumieć.
Ile to razy słuchał o tym całym bezpieczeństwie i zagrożeniach. Wiedział o tym wszystkim, rozumiał, a jednak powoli go to męczyło. A jeśli to dopiero początek…
Westchnął i spuścił na chwilę głowę. Nie nastrajało go to zbyt pozytywnie.
- Pewnie masz rację. Nie mogę zrozumieć do końca, czemu to wszystko się dzieje. Czemu ktoś może być tak okrutny. Z drugiej strony mówisz o tej całej egzotyczności mugoli i tak, różnimy się, ale czy nie dałoby się po prostu tych różnic wyjaśnić i nie wiem, żyć w zgodzie? Wiem, to ja się przypałętałem do tego waszego świata, ale czemu niektórzy postanowili mnie za to nienawidzić? - zapytał, nalewając sobie kolejną szklankę alkoholu, gdy swoją już opróżnił.
Temat muzyki był o wiele przyjemniejszy.
- Następnym razem spotykamy się gdzieś, gdzie mają jakiś odtwarzacz. Ewentualnie wezmę gitarę, jeśli wolisz nadal jakieś miejsce na łonie natury. - Wziął widelec i nałożył sobie trochę sałatki. Co prawda nie był tak dobry, jak oryginalni wykonawcy, mógł jednak nakreślić ogólny zarys ich wyższości.