21.04.2024, 18:46 ✶
To było... nieoczekiwane. Może właśnie o to chodziło z tym całym rozmawianiem, żeby weryfikować co się komuś wydaje z tym co druga osoba ma na prawdę w głowie. Zamyślił się i... tak, cały czas tulił ją do siebie, cały czas głaskał ją po głowie, jakby wcale roziskrzona kometa nie wpadła do środka kuchni sprawdzić co się wewnątrz niej dzieje.
I ów kometa nie zatrzymywała się ani na sekundę. Wspólne mieszkanie, ślub, randki, spacery...? Nagle ta próba rozrosła się gwałtownie, jak jemioła na ciężkiej bukowej gałęzi. A jednak oddychał zaskakująco spokojnie, jego serce nie załopotało w panice, bo przed chwilą Nora powiedziała, że chciałaby spróbować. Nora powiedziała, że jest jej chłopakiem i miał wrażenie że absolutnie nic nie będzie w stanie mu zepsuć tego przedziwnego dnia.
– Nie wiem, czy Twoja mama panienko chciałaby zamieszkać w Dolinie Godryka. – zaczął powoli patrząc się gdzieś w dal, jakby jego błękitne oczy wcale nie widziały kuchennej ściany tylko przestrzenie rozciągające się pod lotkami. – I spacer... ja... ja chyba nie jestem gotowy, żeby zobaczyć co jest... mm.... co jest na zewnątrz. Jak byłem taki mały jak Ty, to nie polubiliśmy się z Londynem. Bardzo. – smród kadzidła, labirynt widmowych zaułków i śmiech bzyczących mechanicznych twarzy. To miał być głupi żart pewnie, teraz tak sobie myślał, a jednak chichot zwidów śnił mu się czasem, wyrywając go z najgłębszego snu.
I ów kometa nie zatrzymywała się ani na sekundę. Wspólne mieszkanie, ślub, randki, spacery...? Nagle ta próba rozrosła się gwałtownie, jak jemioła na ciężkiej bukowej gałęzi. A jednak oddychał zaskakująco spokojnie, jego serce nie załopotało w panice, bo przed chwilą Nora powiedziała, że chciałaby spróbować. Nora powiedziała, że jest jej chłopakiem i miał wrażenie że absolutnie nic nie będzie w stanie mu zepsuć tego przedziwnego dnia.
– Nie wiem, czy Twoja mama panienko chciałaby zamieszkać w Dolinie Godryka. – zaczął powoli patrząc się gdzieś w dal, jakby jego błękitne oczy wcale nie widziały kuchennej ściany tylko przestrzenie rozciągające się pod lotkami. – I spacer... ja... ja chyba nie jestem gotowy, żeby zobaczyć co jest... mm.... co jest na zewnątrz. Jak byłem taki mały jak Ty, to nie polubiliśmy się z Londynem. Bardzo. – smród kadzidła, labirynt widmowych zaułków i śmiech bzyczących mechanicznych twarzy. To miał być głupi żart pewnie, teraz tak sobie myślał, a jednak chichot zwidów śnił mu się czasem, wyrywając go z najgłębszego snu.