Był przystojny. Bardzo przystojny. To urodziwe lico kryło za sobą polot, a inteligencja była o wiele bardziej intratną inwestycją emocjonalną niż sama uroda. Nie przeszkadzało mu angażować się w coś jednowątkowego - jeden wieczór dla przyjemności, jeden oddech dla ulgi, trochę nacisku na skórę, żeby zbliżyć się do łaski Boga. Kiedy jednak masz przed sobą kogoś, kto oferuje coś więcej poza ładną buźką serce brzmiało inaczej. Nie uderzało tylko one i nie tylko krew w żyłach szumiała o zauroczeniach. Dokładany był puzzel z zapytaniem co kryje jego wnętrze..? Pytanie, które mogło być zgubne, mogło być dominantą, a mogła submisyjnie zająć swoje miejsce na dole wszystkich tych kawałeczków, z których próbujesz stworzyć obraz. Tutaj nie miała pierwszorzędnego znaczenia - na pierwszy miejscu było wspomnienie ich spotkania, a na drugim to, że właśnie siedział przed nim wampir, który jakby nigdy nic zaprosił go na herbatę. Wampir, który był bratem Geraldine Yaxley. Gdyby kobieta nie mówiła mu o swoim bracie i nie przewinął się on parę razy między zdaniami to o wiele mniej wierzyłby w wyśpiewaną przez Astarotha gadkę. Łatwo było nakryć to woalem zaitrygowania.
- W porządku. Dziękuję w takim razie za pańską wyrozumiałość. - Działa się tutaj przedziwna zamiana, bo Laurent nabierał na spokoju, a przynajmniej tak to można było odebrać. Dla Laurenta Astaroth natomiast wydawał się kilka punktów pewności siebie utracić. Jakiś dyskomfort w niego wstąpił? Nie zamierzał w pełni rozluźnić się przy tym człowieku, to brzmiało głupio, nazbyt ryzykownie, ale zaczynał czuć, że ma jakąś kontrolę nad sytuacją. Że odzyskał kontrolę nad białymi pionkami, przed którymi go posadzono. Nieopacznie zrobił pierwszy ruch, jakim był śpiew. Kolejne musiały być już wykalkulowane. Więc - strata pewności siebie? Nie, to nie to. Pytanie o powód było raczej nie na miejscu. Padło dopełnienie wypowiedzi mężczyzny i Laurent aż uniósł brwi na moment w zdziwieniu. - Zapewniam, że w normalnych warunkach nie zbliża się nawet do ryzyka związanego z zatopieniem się w morzu. - Uśmiechnął się delikatnie, łagodnie. Nie wiedział, czym były te słowa podyktowane, natomiast zamierzał uszanować granicę. - Jeśli sobie pan życzy to tak będzie. Żaden ze mnie publiczny śpiewak, druga taka sytuacja jaka miała miejsce już się zaś nie wydarzy. - Wydarzy, nie był do końca szczery, bo wcale nie zamierzał przestać śpiewać do Matki Wody. Natomiast zamierzał bardziej pilnować tego, żeby było to bezpieczne i w pobliżu jego domu, a nie na dzikich plażach. - Gdyby zmienił pan zdanie chętnie posłużę pomocą. - Bo kochał śpiewać. Niektórzy mieli obsesję na punkcie kontroli własnego umysłu, innymi kierował strach - nie jesteś w stanie przewidzieć, co ludziom strzeli do głowy.